Druga twarz pisarza

Druga twarz pisarza

Paweł Huelle wywołał kolejny skandal. W Lublinie właśnie pokazał swój nowy dramat – o wydarzeniach w klasztorze Betanek w Kazimierzu Dolnym. Przed premierą namawiał „moherowe berety” do stawienia się pod teatrem.
Jestem tradycjonalistą – powtarza często w wywiadach. Paweł Huelle to  pisarz regularnie nominowany do prestiżowych nagród, wielbiciel dawnego malarstwa, wykładowca filozofii, kronikarz historii Gdańska. Postać poważna i poważana. A jednocześnie nieprzewidywalna. Literat raz na  jakiś czas przełamuje swój wizerunek i zakłada maskę prowokatora. Regularnie staje się bohaterem kolejnych afer, bo nie stroni od  kontrowersyjnych wypowiedzi. – Czasami, jak wzbiera we mnie złość, to  piszę lub mówię coś ostrego. To są jednak sytuacje wyjątkowe, a nie zaplanowane – zapewnia. Teraz przypomniał o sobie przy okazji premiery „Zamknęły się oczy Ziemi" w Teatrze im. Osterwy w Lublinie. Do  kontrowersyjnej opowieści o siostrach betankach z Kazimierza autor wplótł m.in. wątek polskich oficerów nawiązujący do tragedii katyńskiej. Pikanterii całej sprawie dodało to, że premiera odbyła się 9 kwietnia, czyli dzień przed obchodami rocznicy katastrofy w Smoleńsku. Pisarz broni się jednak, że to przypadkowy zbieg okoliczności. Czy rzeczywiście?

Hołd dla przeszłości

Jego pierwsza powieść, polityczno-kryminalna historia „Ze snu lęku", nigdy nie ujrzała światła dziennego. W późnym stanie wojennym absolwent polonistyki chciał ją wydać w podziemiu, ale recenzenci wydawnictw żądali zmian. Dumny Huelle zapowiedział, że nie dokona żadnych poprawek. Dzisiaj mówi, że dobrze się stało. Jego oficjalny debiut, „Weiser Dawidek”, też kilka lat czekał na wydanie. Książka ukazała się w 1987 r. i natychmiast przyniosła pisarzowi potężny sukces. Została określona mianem „powieści dziesięciolecia” i otrzymała Nagrodę Fundacji im. Kościelskich, której laureatami wcześniej byli m.in. Sławomir Mrożek i  Zbigniew Herbert. Trzydziestoletni literat zyskał rozgłos nie tylko w  kraju, ale i za granicą. W 2000 r. powieść została przeniesiona na ekran przez Wojciecha Marczewskiego.

Debiutem Huelle określił swoją dalszą drogę jako pisarza – miłośnika tradycji. W „Weiserze Dawidku" liczne są odniesienia do twórczości Güntera Grassa, przede wszystkim jego „Kota i  myszy”. Niektórzy krytycy zarzucali nawet artyście splagiatowanie noblisty. Z kolei „Mercedes Benz” (2001) przypomina pisarstwo Hrabala, a  dramat „Kąpielisko Ostrów” (2001) zawiera nawiązania do Czechowa. Pisarz lubi też się powoływać na Dostojewskiego i Manna. – Jestem zwolennikiem poglądu, że sztuka powinna prowadzić dialog z przeszłością. Zbigniew Herbert mawiał, że ten dialog jest ważny właśnie dlatego, że jest trudny, a przez zrozumienie przeszłości lepiej odczytujemy współczesność – tłumaczy Huelle. I dodaje, że nie uważa się za epigona, bo nigdy nie  twierdził, że stworzył coś nowego. Jest raczej rzemieślnikiem, który prowadzi z mistrzami literatury twórczy dialog.

Huelle tradycjonalista to także drobiazgowy historyk – jego kolejne powieści składają się na  szczegółową kronikę Gdańska. Pisarz jest nawet nazywany archeologiem tego miasta. – Z moim uczuciem do Gdańska jest jak z miłością do  człowieka. Na początku okres fascynacji, potem lekkie wypalenie, a na końcu powrót. Ja jestem na etapie powrotu – mówi.

Głos sprzeciwu

Na co dzień spokojny, poważny i miłujący tradycję Paweł Huelle ma też drugie oblicze – okazjonalnego skandalisty. O pisarzu zrobiło się głośno, gdy w 2004 r. na łamach „Rzeczpospolitej" opublikował felieton „Rozumieć diabła”, w którym pisał o księdzu Henryku Jankowskim: „Przemawia jak gauleiter, gensek, nie jak kapłan”, „Jest mutacją polskiego endeka z moczarowską, komunistyczną fobią plucia na obcego: Żyda, pedała, euroentuzjastę. To chory człowiek, nieszczęśliwy i  potłuczony, który polskość wymieniłby w każdej chwili na dowolny paszport, Volksdeutscha, Irakijczyka czy Rosjanina, gdyby szły za tym piękne szaty, nowe limuzyny, tytuły, ordery”. – Mój felieton był rodzajem pamfletu. Zareagowałem na publiczne wypowiedzi prominentnego księdza, który zupełnie nie rozumiał Ewangelii i słów Jana Pawła II. Jego przemówienia nie tylko obrażały moje uczucia religijne, ale i  ośmieszały instytucję Kościoła – tłumaczy dziś Huelle. – W państwie demokratycznym w granicach prawa każdy ma prawo reagować. Większość ludzi uważa, że lepiej się nie narażać, ale ja nie będę milczał –  dodaje.

Zajście skończyło się trwającym dwa lata procesem. Ks. Jankowski oskarżył pisarza o naruszenie dóbr osobistych. Pisarz wspomina ten proces jako koszmar. – Przed sądem pojawiały się bojówki, które krzyczały: „Huelle do Treblinki!". Jeden z moich świadków został przez tych ludzi poturbowany, ale policja sądowa nie zareagowała. W moim mieszkaniu wybito szyby w oknach. Na drzwiach naklejono nalepkę nazistowskiej organizacji Redwatch – opowiada. W pierwszej instancji pisarz przegrał, ale po odwołaniu wygrał.

Kilka lat później Huelle stał się bohaterem kolejnego trójmiejskiego skandalu. Pisarz miał zastąpić na  stanowisku dyrektora Teatru Wybrzeże usuniętego Macieja Nowaka, ale jego kandydatura podzieliła miejscowe środowisko artystyczne. Nowego dyrektora nie chcieli przede wszystkim aktorzy oraz związki zawodowe. W  mediach rozpętała się prawdziwa burza. Do sporu włączyła się pomorska Liga Polskich Rodzin. – Huelle jest osobą kontrowersyjną, nie do  zaakceptowania dla dużej części środowisk konserwatywno-narodowo-katolickich. Osoba, która ma się zajmować kulturą, powinna być apolityczna, wyłoniona z konkursu oraz powinna łączyć, a nie dzielić – mówił na konferencji prasowej poseł LPR Robert Strąk.

Huelle osobą apolityczną nie jest na pewno. Zawsze otwarcie mówił o swoich poglądach, a w trakcie ostatnich wyborów prezydenckich znalazł się w komitecie honorowym Bronisława Komorowskiego i ostro wypowiadał się o PiS. – Polityka pojawia się w każdym aspekcie naszego życia. Dlatego jest dla mnie ważna, ale nie najważniejsza. Opisuję lub  komentuję jej elementy, ale nie dam się sprowadzić do roli człowieka politycznego – mówi pisarz. Efekt wojny o teatr? Huelle zrezygnował z  kandydowania, stwierdzając, że nie jest zainteresowany prowadzeniem gier, a nagonkę medialną telewizji gdańskiej porównał do tej z 1968 r. Jeszcze niedawno, przed premierą w Lublinie, mówił: – W sensie artystycznym jestem wygnańcem. Jestem emigrantem. To znaczy, że nie mam prawa wstępu do gdańskiego Teatru Wybrzeże. Chyba że sobie kupię bilet, założę maskę, nierozpoznany wejdę na widownię. Zostałem stamtąd wyegzorcyzmowany na wiele lat.

Jestem feministą

O ile afera związana z Teatrem Wybrzeże dotyczyła tylko lokalnego środowiska, o tyle pisząc „Ostatnią wieczerzę", Huelle naraził się artystom w całej Polsce. Pisarz skrytykował bowiem zwolenników szeroko pojętej awangardy w sztuce. Książkę zdecydował się napisać, po tym jak krytyka wyśmiała obraz „Ostatnia wieczerza” jego przyjaciela Macieja Świeszewskiego, pracę,do której Huelle pozował jako jeden z apostołów. –  Fakt, że ktoś sięga po tradycyjne środki w sztuce, budzi dużą agresję i  szyderstwo środowisk, które ja nazywam awangardykami. Dlatego najmocniej polemizuję w „Ostatniej wieczerzy” z pojęciem awangardy. Czym ona jest? Otóż ci, którzy dziś uważają się za awangardę, powtarzają gesty, które stworzyli dadaiści, Duchamp. Robią dokładnie to samo, co już zostało zrobione. To nie jest awangarda, oni są akademikami. Dzisiaj awangardowe jest poszukiwanie natchnienia u dawnych mistrzów. Taka jest moja teza –  tłumaczył w wywiadzie radiowym. – Chciałem pokazać, że król jest nagi. Bo jeśli widzę osiem puszek piwa, na których widnieje napis „manifest”, to mam ochotę krzyczeć: nie dajcie się na to nabrać! – dodaje w rozmowie z „Wprost”.

„Ostatnia wieczerza" to także krytyka polskiej religijności. Huelle znany jest zresztą ze sceptycznego podejścia do instytucji Kościoła. – Coraz więcej Polaków, również katolików, ma bardzo krytyczne nastawienie do hierarchów Kościoła. Nie zgadzają się na przykład, by  dzieci urodzone w wyniku zapłodnienia in vitro nazywać „źle urodzonymi”. Bulwersuje ich, że rodzicom bez ślubu kościelnego tak często utrudnia się chrzest ich dzieci. Ksiądz nie jest już pierwszym po Bogu w parafii – mówił pisarz w wywiadzie dla „Krytyki Politycznej”.

Za antyklerykalną może zostać uznana także jego najnowsza sztuka, „Zamknęły się oczy Ziemi". Tym bardziej że przed premierą na konferencji prasowej pisarz przyznał, iż marzy o tym, by pod Teatrem Osterwy stanęło sto „moherowych beretów” z transparentami. Wyjaśnił przy okazji, dlaczego zajął się właśnie sprawą betanek. – To jest skandal, że sześćdziesiąt parę kobiet zostaje ekskomunikowanych, dostają najcięższą karę w Kościele, a ten łajdak (ks. Roman K., przywódca zbuntowanych betanek) zostaje wikarym i  ma to wszystko, przepraszam, w d.... To jest mój przypis do obecnej sytuacji Kościoła w Polsce. Jestem członkiem tej wspólnoty i zależy mi, żeby ona nie była łajdacka, żeby była jakąś jasnością. Jakąś światłością. Żeby miała więcej światłości niż cienia – mówił Huelle. A w  rozmowie z „Wprost” dodaje: – To mnie zbulwersowało i w tym przypadku jestem feministą.

Niestety, protestu „moherowych beretów" przed teatrem nie było. Całą uwagę zagarnął Smoleńsk i kolejna prowokacja Pawła Huellego nie wywołała afery na całą Polskę. Na razie.

Okładka tygodnika WPROST: 16/2011
Więcej możesz przeczytać w 16/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 1
  • Do automatycznego znajdowania plagiatu najlepiej użyć programu ze strony www.antypalgiat.net