To nie Messi

To nie Messi

Bartosz Arłukowicz o Platformie: obła, śliska i plastikowa, a jej szef to król cynizmu. Arłukowicz to dziś nowa twarz Platformy.
Bartek, jesteś agentem? – pyta prowadzący program Marcin Meller. Trzydziestolatek z kolczykiem w nosie i włosami postawionymi na jeża wydycha dym z cygara i arogancko się uśmiecha: – Byłem, jestem i będę. To jedna z ostatnich scen „Agenta", popularnego reality show – od niej zaczęła się błyskotliwa kariera Bartosza Arłukowicza.

Dziesięć lat później Arłukowicz, świeżo upieczony minister w kancelarii premiera, stoi z Donaldem Tuskiem w rządowym ogrodzie. – „Negocjacje" to ostatnie słowo, jakiego bym użył w odniesieniu do swoich rozmów z premierem. Rozmawialiśmy o Polsce – zapewnia dziennikarzy.

Kilkadziesiąt godzin później siedzimy z Arłukowiczem w jego pokoju poselskim. Za chwilę ma  się rozpocząć konferencja Grzegorza Napieralskiego. Szef SLD jest w  pułapce. Jeśli podtrzyma decyzję o starcie do Sejmu z rodzinnego Szczecina, zmierzy się z nowym liderem listy PO Arłukowiczem i  najpewniej przegra. A jeśli przeniesie się do Warszawy, to wyjdzie, że  tchórzy przed byłym podwładnym. Arłukowicz drepcze w tę i z powrotem, jest podniecony. Na ekranie telewizora pojawia się Napieralski, przyznaje, że jeszcze nie podjął decyzji, skąd będzie kandydować. Arłukowicz odpala kolejnego papierosa i się uśmiecha: – Kocham politykę.

Meller, który przyjaźni się z Arłukowiczem od czasu „Agenta", był jedną z niewielu osób wtajemniczonych w rozmowy z Platformą. – Bartek ma  lewicowe poglądy, ale nigdy nie pasował do partii postkomunistycznej. Platforma to właściwsze miejsce dla niego – mówi. – On od kilku miesięcy ewoluował w naszym kierunku – dodaje Jarosław Gowin, konserwatywny poseł PO.

Politycy SLD w żadną ewolucję Arłukowicza nie wierzą. Piotr Gadzinowski w swoim blogu skomentował jego ruch krótko i dosadnie: „Twarz lewicy dała dupy".

Król cynizmu? Nie, człowiek kompromisu

Arłukowicz jest dwunastym ministrem w kancelarii premiera. Nazwa jego urzędu – pełnomocnik do spraw koordynacji współpracy organizacji pozarządowych i administracji w przeciwdziałaniu wykluczeniu społecznemu – brzmi tak, że nawet szef rządu nie umie jej powtórzyć. – To stanowisko nie ma znaczenia, dla nas najważniejsze jest dziś osłabienie Napieralskiego. Wchodzenie z nim w koalicję po wyborach to ostatnia rzecz, której chcemy. Liczymy na to, że przeciągnięcie Arłukowicza choć trochę podkopie pozycję Sojuszu – przyznaje jeden ze współpracowników Tuska. Wyborczy strateg PO: – Jak najprościej zniechęcić ludzi do  Napieralskiego? Zapakować go do jednego worka z Kaczyńskim. Nieprzypadkowo Bartek powiedział na konferencji, że odchodzi od  Napieralskiego, bo w Sojuszu wymagano od niego głosowania ramię w ramię z PiS.

Przejście do PO opłacało się także Arłukowiczowi. W SLD jego przyszłość była niepewna: Napieralski bał się rywalizacji z nim i od kilku miesięcy go wypychał.

Mimo tych kalkulacji decyzja Arłukowicza jest zaskoczeniem. W jednym z wywiadów nazwał Tuska „mistrzem plastikowości" i „królem cynizmu", zarzucił mu miałkość, chęć podobania się wszystkim, rozhisteryzowanie, manipulowanie opinią publiczną i to, że jest podobny do nikogo. O Platformie mówił jeszcze gorzej: obła, śliska, podporządkowująca się zewnętrznym oczekiwaniom, bezduszna, bezideowa, doprowadzająca do afer kilka razy większych niż afera Rywina, żenująca, obsługująca interesy korporacji i „tak plastikowa, że, Jezus Maria, aż boli”.

Niechęć była wzajemna. Półtora roku temu w rozmowie z  „Wprost" szczeciński poseł Platformy Michał Marcinkiewicz nie zostawił na Arłukowiczu suchej nitki: „To człowiek bez kręgosłupa, przynależność partyjną i poglądy traktuje jak papier toaletowy, którym wyciera sobie… wiadomo co". Za kilka miesięcy obaj będą kandydować z jednej wyborczej listy.

– Jak wrażenia po spotkaniu z Donaldem Tuskiem? – pytamy dziś Arłukowicza. Jesteśmy w jego nowym gabinecie w kancelarii premiera. –  Nasze rozmowy rozpoczęliśmy od ustalenia protokołu rozbieżności i  przypomnienia różnych emocjonalnych wypowiedzi, które kiedyś padły. Premier jest politykiem dużego formatu i na pewno nie można mu zarzucić małostkowości. W końcu nie każdego byłoby stać na zaproponowanie współpracy komuś, kto ostro go krytykował – przekonuje nowy minister. –  A może po prostu jest „królem cynizmu"? – dopytujemy. – On raczej szuka kompromisów, umie się wznosić ponad podziały.

Mirek myśli, że nikt go  nie widzi. Zamiast wykonywać zadanie, mierzy Dorocie w plecy. Trafia. Bartek obserwuje to podejrzane zachowanie przez szparę w ścianie. Mimo że to dopiero początek programu, on już wie, kto jest agentem. Kiedy śledzi ruchy Mirka, sam też jest obserwowany. Ogląda go cały Oddział Onkologii i Hematologii Dziecięcej Pomorskiej Akademii Medycznej.

Arłukowicz sześć lat pracował w niej jako pediatra. Leżące tam dzieci, często śmiertelnie chore, przepadały za doktorem Bartkiem. Grał im na  gitarze, śpiewał piosenki, a na szarych szpitalnych ścianach malował kwiaty i postaci z kreskówek. Chodził w skórzanych spodniach i czerwonej kurtce. I wszystkim kazał mówić do siebie po imieniu.

Na onkologię Arłukowicz trafił przez przypadek. Jeszcze na czwartym roku studiów chciał być ginekologiem, myślał o łatwej karierze i wysokiej pensji. Te  plany zmieniła białaczka jego chrześnicy. Odwiedził ją raz, drugi i  został na stałe. – Na początku miałem chwile zwątpienia i chciałem odejść. Do czasu, kiedy pewien 14-latek 10, może 15 minut przed śmiercią powiedział, że jestem fajnym lekarzem i żebym taki był zawsze. Najważniejsze rzeczy usłyszałem od umierających dzieci. I wciąż się od  nich uczę – opowiadał w 2000 r. w rozmowie z „Przyjaciółką". Było to  zaraz po tym, jak wygrał „Agenta".

Wtedy nie myślał jeszcze o polityce. W Szczecinie był już jednak znany. Popularnośćdawała mu nie tylko telewizja, lecz także działalność społeczna. Angażował się w budowę hospicjum, współpracował z fundacją Jolanty Kwaśniewskiej, jako opiekun jeździł na organizowane przez nią wakacje dla chorych dzieci.

W wywiadzie dla „Tiny" Arłukowicz zarzekał się, że nie planuje kariery. Mówił, że nie cierpi garniturów i koszul zapinanych pod szyją. – Nie mam opracowanej strategii życia. Jestem spontaniczny i żyję chwilą. Lubię pobujać w obłokach – opowiadał w 2002 r.

Kilka miesięcy później założył garnitur, wydrukował plakaty i wystartował z list SLD do rady Szczecina. Dostał się.

Energia jest, ale gaśnie

– Nie żałuje pan tamtej decyzji? – pytamy dziś Arłukowicza. – Nie, bo  zawsze chciałem zmieniać rzeczywistość.

Piotr Kęsik, szczeciński działacz Sojuszu: – W Szczecinie panował wtedy szał na Bartka. W  wyborach dostał nie najlepsze miejsce, ale mandat zgarnął bez problemu, był bardzo popularny. Do partii nie chciał się jednak zapisać. A kiedy nasze notowania zaczęły lecieć na łeb na szyję, odszedł do SdPl.

W 2005 r. wystartował w wyborach parlamentarnych. Zebrał sporo głosów, ale jego partia nie przekroczyła progu. Dwa lata później spróbował raz jeszcze –  jako kandydat Lewicy i Demokratów. Tym razem został posłem.

Marzec 2009 r. „Dziennik" opisał dramatyczną historię Krzysztofa Jackiewicza, nieuleczalnie chorego mężczyzny, którego matka apelowała o eutanazję. Tekst spotkał się z dużym odzewem: toruńska fundacja Światło zaoferowała Jackiewiczowi miejsce w swoim ośrodku, a Janusz Palikot zapowiedział w  telewizji, że udostępni choremu swój prywatny samolot. W sprawę zaangażował się też Arłukowicz, który, nie oglądając się na Palikota, załatwił Jackiewiczowi samolot Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Wpadł też na pomysł, by matka Krzysztofa, zmęczona obecnością kamer, zawiozła syna na lotnisko w przebraniu sanitariuszki. Arłukowicz też miał lecieć, ale w samolocie zabrakło dla niego miejsca. Wziął toboły Krzysztofa –  koce, ubrania, soki – pod pachę i pojechał do Torunia pociągiem.

Pierwszą połowę kadencji Arłukowicz mógł jednak spisać na straty. Jego klub Lewica i Demokraci przegrywał medialną wojnę z PO i PiS, a on sam pozostawał w cieniu Grzegorza Napieralskiego i Ryszarda Kalisza. Wymyślił, że zapisze się do Unii Pracy. – Wypełnił deklarację członkowską, chciał nawet zostać wiceszefem, a może i szefem partii. Miał duże szanse. Zabrakło mu jednak cierpliwości, nie wytrwał do  kongresu – opowiada Waldemar Witkowski, przewodniczący UP. Katarzyna Piekarska, wiceszefowa SLD, zaprzyjaźniona z Arłukowiczem: – Bartek ma  energię i pomysły, ale szybko się niecierpliwi, wszystko porzuca i  gaśnie. Przez swojego asystenta założył na przykład grupę na Facebooku „Arłukowicz – działamy w Warszawie". Kiedy spytałam go, czym zamierza się zajmować, odpowiedział, że chce aktywizować młodzież. Nie umiał jednak doprecyzować, czym ta młodzież miałaby się zająć.

Arłukowicz: –  Pamiętam ten dzień jak dziś. Był 1 października 2009 r. Jak zwykle wstałem przed szóstą, to przyzwyczajenie jeszcze z pracy w karetce, tam dzień zaczyna się bardzo wcześnie. Włączyłem komputer, zrobiłem sobie czarną kawę i zapaliłem pierwszego papierosa. To, co przeczytałem, zamurowało mnie. Nie wierzyłem własnym oczom.

Chodzi oczywiście o  stenogram opublikowany tamtego dnia przez „Rzeczpospolitą", zaczynający się od słów: „Cześć, Zbyszek. Cześć, Rysiek". Arłukowicz wiedział, że  taka szansa się nie powtórzy. Odwołał swój udział w inauguracji roku akademickiego w Szczecinie, asystentom kazał przygotować materiał na  temat ustawy hazardowej, a sam poleciał do Warszawy.

Napieralski zgodził się na jego wejście do komisji śledczej, ale postawił jeden warunek: za  rok ma wystartować w wyborach na prezydenta Szczecina. – Bartek się zgodził. Ba, sam mnie przekonywał, że to świetny pomysł. Mówił, że  dzięki popularności z komisji hazardowej może te wybory wygrać –  wspomina Kęsik. Arłukowicz twierdzi, że to nieprawda: – Grzegorz poruszał ze mną temat tych wyborów, ale ja nigdy nie złożyłem jednoznacznej deklaracji, że będę kandydować.

Arłukowicz wykorzystał swoje pięć minut perfekcyjnie, szybko stał się gwiazdą komisji hazardowej. Ostre pytania umiał przeplatać żartami. Do historii przeszła jego wymiana zdań z Donaldem Tuskiem na temat jego spotkania ze  Zbigniewem Chlebowskim. – To jest przeciek! Aksamitny, ale przeciek! –  krzyczał. – Pan żartuje – odpowiadał mu szef rządu.

Popularność szybko zaczęła się jednak obracać przeciw niemu. Im więcej było w mediach zachwytów nad „nową gwiazdą lewicy", tym mniejszą ochotę miał sam Arłukowicz na start w wyborach prezydenckich w Szczecinie. Sytuacja w  SLD robiła się coraz bardziej nerwowa: Napieralski kazał mu ograniczyć chodzenie do mediów, żądał podpisywania partyjnych lojalek ( jeszcze w  czasie prac komisji śledczej pojawiały się pierwsze przecieki dotyczące podchodów Platformy pod Arłukowicza). A w kuluarach coraz częściej przebąkiwał, że, „jeśli Bartek nie wystartuje na prezydenta Szczecina, to może mieć problem z miejscem na liście do Sejmu".

Apogeum nastąpiło po śmierci kandydata Sojuszu na prezydenta Jerzego Szmajdzińskiego. –  Był moment, że Unia Pracy zgłosiła kandydaturę Arłukowicza – opowiada Kęsik. Polityk PO: – Bartek też o tym myślał. Mówił mi, że na wygraną nie ma szans, ale przynajmniej wypromuje sobie nazwisko.

Arłukowicz zaprzecza, ale wieść o jego rzekomych ambicjach musiała dotrzeć do  Napieralskiego. Szef Sojuszu już po wyborach prezydenckich miał zaprosić go do siebie i pogrozić mu: – Mój wynik ostatecznie rozstrzygnął kwestię przywództwa na lewicy, rozumiemy się?

Kuszenie Churchillem

Marzec, posiedzenie zarządu PO. Między Tuskiem a Schetyną od kilku tygodni trwa sielanka. – Poprosiłem pana marszałka o dokonanie rekonesansu w środowiskach niezwiązanych z Platformą. Chodzi o ciekawe osoby, które mogłyby nas wesprzeć przed wyborami – ogłasza premier.

Schetyna wiedział, gdzie szukać. – Mieliśmy sygnały, że Bartek jest w  trudnej sytuacji w SLD. Zakusy na niego mieli także liderzy PJN, ale  niewiele mogli mu zaproponować. Nasza oferta była znacznie mocniejsza –  opowiada współpracownik marszałka. Zaczęło się niewinnie: pierwszy Arłukowicza zaczął zaczepiać Gowin. Wymieniał się z nim książkami, podsuwał kolejne biografie Winstona Churchilla, ulubionej postaci polityka Sojuszu. Po kilku tygodniach kontakty przejęła kancelaria premiera: najpierw Paweł Graś, a potem Donald Tusk.

Pół godziny przed konferencją w ogrodzie kancelarii premiera Arłukowicz zadzwonił do  czterech osób: Napieralskiego, Piekarskiej, Józefa Oleksego i Aleksandra Kwaśniewskiego. Chciał poinformować ich o swojej decyzji. Najbardziej zależało mu na opinii byłego prezydenta. Rozmowa nie mogła być jednak miła. Tuż po konferencji do Kwaśniewskiego zadzwoniliśmy i my. Były prezydent był poirytowany: – Arłukowicz popełnił błąd, jego transfer nie  zasługuje na tyle szumu. To nie Leo Messi.

Okładka tygodnika WPROST: 20/2011
Więcej możesz przeczytać w 20/2011 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także