Włodek, co kraść czas potrafił

Włodek, co kraść czas potrafił

Był jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci polskiej piłki. Nie czarował techniką ani elegancją, zdobył dla reprezentacji zaledwie 13 bramek w 60 meczach. Emanował jednak siłą i nią zarażał. Trudno go było nie kochać.
Nie bardzo wiadomo, który mecz w karierze Smolarka utrwalił jego legendę. Może taniec z piłką w narożniku boiska podczas starcia z ZSRR, które dało drużynie Antoniego Piechniczka awans do półfinału mistrzostw świata w Hiszpanii? To była sztuczka ze wspólnej gry w Legii z  Kazimierzem Deyną. Deyna nauczył Włodzimierza Smolarka, jak „kraść" czas, osłaniając piłkę ciałem przy narożnej chorągiewce. Ten sprytny sposób nasz napastnik wykorzystał w końcowym minutach legendarnego meczu na Camp Nou w Barcelonie. Był 4 lipca 1982 r. W Polsce stan wojenny, kibice jechali na mundial, przemycając flagi „Solidarności”. A tu decydujący o awansie do strefy medalowej mecz nasi grają z Ruskimi. Wystarczał nam bezbramkowy remis, wydarty pazurami, i tańcem Smolarka przy chorągiewce.

A może jednak ważniejsza była batalia w Lipsku z NRD jeszcze w eliminacjach, którą sam Smolarek uważał za mecz numer jeden w  karierze? Mecz z Niemcami to zawsze była wojna na boisku, a już szczególnie w czasach „Solidarności". Niemcy musieli wygrać, by marzyć o  mundialu w Hiszpanii, a napastnik Widzewa dwoma golami wybił im to z  głowy. A może za najbardziej znaczącą uznać bramkę w spotkaniu z Peru w  La Corunii? Po 235 minutach bez gola na hiszpańskich mistrzostwach Smolarek przełamał niemoc drużyny, która zwyciężyła 5:1, a potem pognała po medal. Był jeszcze zwycięski gol z Portugalią na słabym mundialu w  Meksyku w 1986 r., po którym Smolarek na 16 kolejnych lat został ostatnim polskim zdobywcą bramki w finałach mistrzostw świata. Aż do  gola Emmanuela Olisadebe z USA w Korei.

Być może jednak najbardziej symboliczny w karierze Smolarka był mecz z  października 1992 r. w eliminacjach mundialu w USA? Selekcjoner Andrzej Strejlau powołał 35-letniego weterana na starcie w Rotterdamie z wielką Holandią. Jej gwiazdy Marco van Basten, Frank Rijkaard, Ronald Koeman i  Dennis Bergkamp zapierały dech w piersiach. Specjalista od kradzenia czasu wszedł na boisko w końcówce, by utrzymać wynik 2:2. O mały włos zdobył jednak zwycięski gol, kiedy w dziecinny sposób ograł Rijkaarda. Po spotkaniu w Rotterdamie pytaliśmy holenderskich piłkarzy, czy Strejlau ich trochę nie ubawił, wpuszczając do gry 35-letniego faceta? Odpowiedzieli, że nie ma nikogo w ich kraju, kto odważyłby się śmiać na  widok Smolarka.

W miniony weekend przed meczem ligowym Utrechtu z  Feyenoordem, czyli dwóch holenderskich klubów, w których występował Polak, kibice uczcili jego pamięć minutą ciszy, a piłkarze zagrali z  czarnymi opaskami na rękawach. Na oficjalnej stronie Feyenoordu pożegnano Włodzimierza, podkreślając, że przez 13 lat wiernie służył klubowi jako piłkarz, a potem wychowawca młodych. „Opuścił nas, bo  tęsknił za ojczyzną". Ostatnio pracował w PZPN, miał analizować mecze Euro 2012…

Wychowanek Feyenoordu Ebi, syn Włodzimierza, który zdobył potem dla reprezentacji Polski więcej goli niż jego ojciec (20), miał w  1992 r. prawie 12 lat. Ostatni mecz ojca w reprezentacji Polski dobrze więc pamięta. Ja oglądałem go z trybun stadionu Feyenoordu, a potem jakiś czas rozmawialiśmy, bo zadowolony z remisu Strejlau zgodził się, bym pojechał z kadrą do hotelu. Włodzimierz był taki jak zwykle: małomówny, spokojny, opanowany, niedostrzegający absolutnie nic atrakcyjnego w tym, czego dokonał. Kiedy wróciłem do Polski, nikt nie  pytał mnie o strzelców bramek Wojciecha Kowalczyka ani Marka Koźmińskiego, srebrnych medalistów igrzysk w Barcelonie, którzy mieli być przyszłością kadry. Wszyscy rozpytywali o 35-letniego gracza biegającego po boisku z numerem 13. Dla nich był ożywioną legendą przypominającą wielkie dni polskiej piłki.

Włodzimierz Smolarek to  piłkarz, który pozwalał się podziwiać i kochać. Nie olśniewał techniką, nie czarował elegancją ruchów ani niekonwencjonalnymi zagraniami. Przeciwnie – biegał pokracznie, piłka czasem go nie słuchała, na zarzut, że potrafi kopać wyłącznie lewą nogą, odpowiadał: „Lepiej mieć jedną dobrą niż dwie słabe".

Aż trudno uwierzyć, że w 60 meczach w  reprezentacji pokonał bramkarzy zaledwie 13 razy. Zawsze jednak w  momentach kluczowych, gdy drużyna tego potrzebowała najbardziej. Tworzył pamiętny charakter Widzewa, z którym w 1983 r. dotarł do półfinału Pucharu Europy. W ćwierćfinale na Anfield Road przeciw Liverpoolowi Smolarek zdobył gola, za co w dowód uznania angielscy fani podarowali mu policyjny hełm, a skromną drużynę z Łodzi uhonorowali owacją na stojąco. „Był żołnierzem: mało słów, dużo czynów" – mówił o nim Zbigniew Boniek. W grze o finał łodzianie nie dali rady Juventusowi, gdzie Boniek, ich były kumpel z drużyny, był jedną z gwiazd.

Losy Smolarka i Bońka były mocno splecione: w kadrze i w Widzewie. „Nie mieliśmy rodzinnych stosunków, paradoksalnie, mało z sobą rozmawialiśmy. Ale ufaliśmy jeden drugiemu bezgranicznie" – opowiadał mi Boniek w 1999 r., gdy robiłem z  nim wywiad dla „Gazety Wyborczej”. „Zaczęło się od tego, że graliśmy kiedyś mecz na wyjeździe. Dla nas było to spotkanie o czapkę śliwek, a  gospodarze musieli wygrać. Koledzy mieli chęć odpuścić. Kiedy trener wyszedł, doszło w szatni do gorącej dyskusji. Omal się nie pobiliśmy. Zespół demokratycznie postanowił, że mecz odpuszczamy. Powiedziałem: ?Róbcie, co chcecie. Ja gram, żeby wygrać?. Włodek stwierdził to samo. I zaczęliśmy mecz dwóch na 20. Po pięciu minutach graliśmy trzech na 19, po dziesięciu było czterech na 18. Po pierwszej połowie graliśmy 11 na 11. Wygraliśmy 2:1. Na początku drugiej części gry Smolarek wziął piłkę 50 m od bramki, minął wszystkich i strzelił gola” – wspominał Boniek.

Opowiadał też, jak Smolarek padł na ziemię podcięty przez przeciwnika. Rywal skruszony podbiegł sprawdzić, czy nic się nie stało. Boniek dostrzegł, że kolega się rusza. Potem w  charakterystyczny dla siebie sposób klęka i siada na łydkach, głęboko oddychając. „Oj stary, ten facet za chwilę wstanie, a wtedy to ja gorąco współczuję tobie" – pomyślał. Faktycznie Smolarek był zacięty, waleczny i wręcz chorobliwie ambitny. Niezwykłe były jego pojedynki z włoskim zabijaką Claudio Gentile podczas pucharowych zmagań Widzewa z  Juventusem. Jan Tomaszewski, kolega Smolarka z kadry, ale też rywal z  lokalnego ŁKS, wspomina, że Włodek miał nadludzki dar dobiegania do  piłek, do których dobiec nie było można. „Po co pędzisz, frajerze?” –  myślał bramkarz, po czym parę sekund później zrozpaczony sięgał do  siatki.

Tak jak Włodzimierza Smolarka na piłkarza wychował jego ojciec Ryszard, który grał w Włókniarzu Aleksandrów Łódzki, tak Włodzimierz „stworzył" syna Ebiego. Wspominał, że w naukach stosował te same zabawy co jego ojciec: bieganie slalomem z piłką między drzewami w lesie lub  grę na ustawione z krzeseł bramki w pokoju ich domu. Ebi wyrastał w  piłkarskim kulcie ojca. Choć wychował się za granicą, odrzucił propozycję gry dla Holendrów. Opowiadał też kiedyś, że marzy o chwili, gdy będzie mógł się odezwać przy stole. Siedząc obok medalisty mistrzostw świata, miał kłopot, by zabierać głos w sprawach dotyczących futbolu. Z każdym golem Ebiego dla kadry surowość Włodzimierza malała, w  końcu syn miał ich o siedem więcej od ojca. Nigdy jednak nie  otarł się nawet o porównywalne sukcesy.

Po śmierci Smolarka burmistrz Aleksandrowa Łódzkiego ogłosił, że miejski stadion będzie nosił jego imię. Śladem swojego ojca zaczynał karierę w tamtejszym Włókniarzu. W  1973 r. trafił do Widzewa, grał w nim aż do mundialu w Meksyku z  dwuletnią przerwą na służbę wojskową w Legii. Tam poznał Deynę. W  Warszawie zostać jednak nie chciał, za co zwierzchnicy wysłali go do  pracy w stajni. Legenda głosiła, że biegał z końmi, dostał nawet pseudonim „Karino". Nigdy tego nie dementował, bo lubił „wypuszczać” dziennikarzy i kolegów z boiska. Aby go wyrwać z Legii, nieżyjący już legendarny prezes Widzewa Ludwik Sobolewski interweniował u generałów. Warto było. Smolarek wywalczył dla Widzewa dwa tytuły mistrza kraju. Co  istotniejsze, drużyna stała się potentatem w Europie. Dziś z perspektywy czasu widać jeszcze lepiej, jak wiele znaczył w naszej piłce ten lekko pokraczny, zgarbiony mężczyzna.

Okładka tygodnika WPROST: 11/2012
Więcej możesz przeczytać w 11/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także