Czerwona kartka

Czerwona kartka

Dodano:   /  Zmieniono: 15
Symbolem tygodnia została czerwona kartka. Najgłośniej o niej mówił i najwyżej ją pokazywał prezes. Ale kartka była czerwona po obydwu stronach. I kto wie, czy Jarosław Kaczyński nie pokazał jej także sobie.
Prawo i Sprawiedliwość od zawsze było partią niezadowolonych. Najpierw zebrało tych, którzy w III RP wcale nie widzieli swojego życiowego i historycznego sukcesu. Potem skutecznie podsunęło wizję, w której rak korupcji – skądinąd groźny i niszczący dla każdego państwa – w Polsce odpowiada za wszystkie nieszczęścia. Wreszcie dało ludziom młodego i bezwzględnego szeryfa, który pod czujnym okiem partyjnej starszyzny miał się rozprawić z Grubym Rychem i Szybkim Joe. Filmowo prosta recepta na codzienną i skomplikowaną rzeczywistość zadziałała kolejny raz. I tak się zaczęły dwa lata koszmarnych rządów koszmarnej koalicji.

Ale to, co zadziałało siedem lat temu, dziś ani nie jest skuteczne, ani nawet nie ma politycznego powabu. Prezes szuka więc miejsca dla partii, która jest dziś jak on sam w diagnozie Migalskiego – niezastąpiona, ale też bez szans na zwycięstwo.

Kaczyński chwyta się, czego może, by pokazać, jak poważną jest alternatywą, i jak bardzo staje po stronie uciśnionych. Przemówienia, w którym porównywał mityczne odprawy prezesów likwidowanej stoczni do wieloletnich zarobków kilkudziesięciu robotników, czyniły zeń niemal Janosika. Gdyby tylko mógł, zabrałby bogatym i dał potrzebującym. Za, a nawet przeciw prawu. Na razie jednak prezesowi udaje się co najwyżej skrzyknąć niezadowolonych – a to stanowczo za mało, by myśleć o zwycięstwie. Tym bardziej że w warszawskim pochodzie wzięli udział ludzie starsi, którzy mają prawo okazywać niezadowolenie, ale nie mają żadnego związku z planowanym wydłużeniem wieku emerytalnego – bo ich ta zmiana po prostu nie zdąży już objąć.

Oczywiście, trudno od lidera opozycji wymagać, żeby nie korzystał z każdej okazji do przyłożenia rządowi. Nikt nie był więc zdziwiony, kiedy w zeszłym tygodniu przez centrum stolicy przedefilowały tysiące protestantów z pieśnią na ustach. Ale zarządzanie społecznym niezadowoleniem nie jest pomysłem na rządzenie krajem. To stanowczo za mało, by ludzie ponownie uwierzyli PiS i powierzyli mu swój głos. I wyborcy to widzą.

Emerytalna rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż proste pytanie: czy chcesz dłużej pracować? Widzi to zaskakująco duża grupa, chcąca dziś od rządu i premiera raczej klarownej, a przede wszystkim uczciwej oferty niż głaskania po głowie i mówienia: wszystko będzie OK! Tusk ma przed sobą ludzi, którzy o państwie, finansach, ZUS i podatkach wiedzą dużo więcej niż jeszcze dziesięć lat temu. Ma po prostu bardziej świadomych obywateli. Oni chcą gwarancji, że cały ten emerytalny łoskot nie skończy się zgniłym kompromisem. Kosmetyką, która niczego nie zmieni. Chcą usłyszeć, że pod emerytalną reformą nie kryje się prosta chęć budżetowych kombinacji, które dadzą jeszcze rok albo dwa względnego spokoju. Nazywając rzeczy wprost – że nie ma w tym chęci zrobienia ludzi w konia.

To nadzwyczaj ważne, bo spora część społeczeństwa – całkowicie słusznie – czuje się oszukana przez ekipę Tuska przy zmianach w OFE. Krótko mówiąc: ludzie chcą dostać poważną propozycję, a nie PR-owski bełkocik. Wtedy będą gotowi ponieść większe wyrzeczenia, niż się prezesowi Kaczyńskiemu i jego zapleczu wydaje. Ale to wyzwanie dla premiera i rządu. Średnie pokolenie wie doskonale, że dziś pracuje na emerytury swoich rodziców. Nikt przy zdrowych zmysłach nie uwierzy, że wydruki, jakie dostajemy (my, którzy – jeśli w ogóle – na emeryturę wybierzemy się za mniej więcej 30 lat ), to bankowy zapis naszych realnych pieniędzy. Że to, co tam napisane, to zarobione przez nas i pewnie spoczywające na bezpiecznych kontach środki. Ale też nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie uważał, że reforma à la Pawlak – czyli „umiesz liczyć, licz na dzieci" – to sensowny pomysł na stabilną emerytalną przystań. Trzeba więc uczciwego i sensownego planu. Umowy społecznej, która będzie respektowana przez ten i kolejne rządy. Jeśli tak się stanie – a w tych dniach przekonamy się, czy i na ile to prawdopodobna wizja – na miejscu rządu wcale nie obawiałbym się politycznych skutków tej reformy. Więcej – nie obawiałbym się nawet wyników ewentualnego referendum, gdyby miało do niego dojść. Wiara czyni cuda. Wiara w mądrość obywateli też.

Więcej możesz przeczytać w 12/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 15

Czytaj także