Wolę moje wspomnienia

Wolę moje wspomnienia

Gdy myśli o Francji, mówi po francusku, ale w Paryżu w metrze powiedział „przepraszam”, bo myślał o czymś, co działo się w Polsce. Roman Polański – obywatel świata.
Wywiadów nie udzielał od wielu lat. Po prostu nie lubi. Swoje życie dzieli między Paryż a szwajcarski Gstaad. Na rozmowę umawiamy się w jego alpejskim domu. Nie było łatwo doprowadzić do spotkania, poprzedziły je  miesiące starań. Dla mnie zrobił wyjątek, może dlatego, że się znamy… Roman Polański odbiera mnie z dworca, idziemy na kawę. W puchowej kurtce wygląda, jakby zjechał ze stoku, jest w świetnym humorze. Pracuje nad nowym projektem. Zawsze kiedy przygotowuje się do kolejnego filmu, jedzie właśnie w Alpy.

Dom jest urządzony komfortowo i ze smakiem. Jest tu dużo światła, w kominku tli się ogień. Ale jeszcze niedawno okna były szczelnie zasłonięte, Roman Polański odbywał kilkumiesięczny areszt domowy, a wokół posiadłości kłębiły się tłumy dziennikarzy. To wtedy jego wieloletni przyjaciel, producent filmowy Andrew Braunsberg wpadł na  pomysł filmu biograficznego, w którym reżyser opowie o swoim życiu – nie  tylko o aresztowaniu w Zurychu w 2009 r. W filmie Roman Polański wraca do dzieciństwa, obrazu rodziców, pierwszych przyjaciół, lat spędzonych w  krakowskim getcie, później w szkole filmowej w Łodzi. Wspomina wyjazd z  Polski, podróże, kobiety swojego życia, kulisy pracy. Wreszcie mówi o  tym, o co każdy chciałby zapytać – o morderstwie przyjaciół i żony Sharon Tate w domu w Kalifornii w 1969 r., o nieletniej Samancie Gailey, procesie i wyjeździe z USA oraz życiu w Europie. Wszystkie jego wypowiedzi zostały nagrane tutaj, w Szwajcarii, w trakcie aresztu domowego. Andrew Braunsberg zadawał pytania, Laurent Bouzereau, reżyser, stanął za kamerą. Film „Roman Polański" zostanie pokazany podczas uroczystej gali na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Cannes, a 18 maja wejdzie na ekrany polskich kin. Rozmawiamy o jego biografii.


Wywiad ma  być swoistym komentarzem do filmu, ale Roman Polański od razu zaznacza: – Ustalmy jedno, nie chciałbym mówić raz jeszcze tego, co pada w filmie. Powiedziałem to raz do kamery, było to trudne, traumatyczne doświadczenie, nie róbmy z tego powtórki, dobrze?

Anna Serdiukow: Potraktujmy film jako punkt wyjścia do rozmowy. I zacznijmy od początku: dlaczego taki film i dlaczego teraz?

Roman Polański: Nie byłem inicjatorem tego projektu, długo się wahałem. Zgodziłem się, żeby ten film powstał tylko dlatego, że była, i wciąż jest, masa mediów, które pisały i piszą o mnie rzeczy, które są w 90 proc. nieprawdziwe. To był główny powód.

A nie była nim groźba ekstradycji do USA?

Po tym jak wypuszczono mnie z więzienia i ustanowiono areszt domowy w  domu, w którym zresztą teraz siedzimy, były tu setki dziennikarzy, fotoreporterów, operatorów. Widzi pani ten płot wokół domu?

Nie mogli podejść bliżej, więc siedzieli non stop za płotem. Dzień i noc. Nie ma pan żaluzji w oknach.

Firanki musiały wystarczyć. Odgrodziły mnie od świata. Rodzina przyjeżdżała do mnie i było mi wolno wyjść na teren. Ale nie  wychodziłem, bo byłem oblężony przez hieny. Jak wstawałem z łóżka, zaglądały przez najmniejszą szparę.

Po drewno do kominka pan nie wychodził?

Nie. Gdybym wyszedł po drewno, to zobaczyłaby pani zdjęcia.

Andrew Braunsberg był inicjatorem tego filmu. Zgodził się pan tak od  razu?

Dłuższy czas mnie namawiał. Namawiał mnie nie tyle na zrobienie dokumentu, ile na rozmowę, tak jakbym miał kitę odwalić pod koniec pobytu tutaj. Jego głównym argumentem było to, że choć znamy się od 40 lat, nigdy nie rozmawialiśmy o życiu prywatnym. To, co on wiedział, wiedział z prasy albo z mojej książki.

Mam ją z sobą, wydanie z 1989 r.

To rodzaj biografii, zresztą Andrew z niej dużo zapomniał, poza tym brakuje ostatnich 30 lat. W końcu powiedziałem: dobrze, zróbmy to, przynajmniej ludzie się dowiedzą o moim życiu z pierwszej ręki. Książek o mnie, jak wiem, jest około 40. To same brednie! Wie pani, ja unikam wywiadów. Nie chcę wyjaśniać pewnych spraw, wracać do przeszłości. Jak ktoś jest tym zainteresowany, to sobie teraz zobaczy film. Przynajmniej tam jest prawda.

A czy to trochę nie jest tak jak z biografią Jana Pawła II? Filmy o  papieżu Polaku zrobili z nami Amerykanie, Francuzi, Kanadyjczycy, Niemcy i Włosi, sami Polacy nie potrafili...

Ale ja nie znam nikogo w Polsce, do kogo miałbym takie zaufanie, nikogo, kto mnie dostatecznie zna.

Koledzy ze szkoły filmowej?

Koledzy ze szkoły filmowej nigdy mi tego nie zaproponowali. Od czasów studiów upłynęło wiele lat, z większością nie mam kontaktu. Andrew to  facet, z którym mam kontakt. Robiliśmy razem filmy. Poznaliśmy się pod  koniec lat 60. w Londynie.

Więc zgodził się pan na ten film, bo ma pan do Andrew ogromne zaufanie?

Ja bym z tym nie przesadzał. Nie wiem, czy jest ktoś na świecie, do kogo miałbym stuprocentowe zaufanie. Ale mam dostateczne zaufanie do niego. Znam jego zalety i wady, sprawdził się w różnych sytuacjach.

Zazwyczaj to pan stoi za kamerą. Jak się pan czuł w odwrotnej sytuacji, kiedy kamera została skierowana na pana?

Źle się czułem. Dlatego na początku nie chciałem się zgodzić, ale do  wszystkiego można się przyzwyczaić. Po pewnym czasie człowiek o tym zapomina. Myśmy rozmawiali godzinami, więc się przyzwyczaiłem. Ale  prawda jest taka, że wolę być z drugiej strony kamery.

Nie bez powodu o to pytam – na początku myślał pan o aktorstwie. Jako dziecko występował pan w audycji „Wesoła gromadka", potem był Teatr Młodego Widza. Zdając do krakowskiej PWST, wykorzystał pan sceniczne doświadczenia i dawał wskazówki m.in. Adamowi Fiutowi. „Uczniowie" się dostali, pan nie. Potem były jeszcze trzy próby, nawet szkoła cyrkowa w  Julinku.

Nie przyjęli mnie, dzięki Bogu. Wówczas to był dla mnie wielki cios, dziś myślę, że dobrze się stało. Dzięki temu trafiłem na plan filmowy do  Andrzeja Wajdy, później zdałem do szkoły filmowej w Łodzi. Od początku chciałem być reżyserem, ale uważałem, że droga do tego zawodu będzie łatwiejsza poprzez aktorstwo. Chciałbym pani powiedzieć rzecz najważniejszą: dobrzy reżyserzy są zwykle dobrymi aktorami.

Gdyby dostał się pan na aktorstwo, myśli pan, że dziś i tak byłby reżyserem?

Z pewnością usiłowałbym zostać reżyserem, bo to mnie interesowało od  dziecka. Zresztą jak grałem u znakomitego reżysera Józefa Karbowskiego w  „Synie pułku", usłyszałem od niego: „Ty nie będziesz aktorem, będziesz reżyserem". Opierał swój sąd na obserwacji, interesowało mnie wszystko to, co nie należało do moich obowiązków: światło na scenie, maszyneria, wyciągarki, charakteryzacja. Przychodziłem do teatru, kiedy nikogo nie  było, i przesiadywałem długimi godzinami. Wydaje mi się, że do aktorstwa miałem talent, dlatego łatwiej mi było skupić się na innych rzeczach i  osiągnąć cel, jakim była reżyseria.

„Nóż w wodzie" miał fantastyczne przyjęcie za granicą, w Polsce spotkał się z krytyką. To był pierwszy impuls, żeby wyjechać z kraju?

Nim film został pokazany za granicą, wiedziałem, że nie zostanę w  Polsce. Bodaj rok po polskiej premierze „Nóż w wodzie" dostał się na  festiwal w Wenecji, gdzie otrzymał Nagrodę Krytyki, i to był pierwszy sukces filmu poza krajem. Mniej więcej w tym czasie wszedł do kin we  Francji i w Anglii, w Anglii odniósł duży sukces. Prawa wykupił amerykański dystrybutor, film zaproszono na festiwal do Monachium. Kadr z filmu znalazł się na okładce magazynu „Time".

Słynna okładka z podpisem „Lovers in Polish film".

Po raz pierwszy wykorzystano kadr z filmu, a nie portret. To bardzo mi pomogło, ale najwięcej dała nominacja do Oscara dla „Noża w wodzie", która ułatwiła wiele rzeczy.

Dostał pan propozycję zrealizowania amerykańskiej wersji „Noża w  wodzie", w kolorze, z zagraniczną obsadą. Dlaczego pan odmówił?

Pomysł, żeby robić remake, wydał mi się idiotyczny, w ogóle nie chciałem o tym rozmawiać. Powiedziałem im, że mogą wziąć scenariusz i zrobić swoją wersję. Wtedy wydawało mi się to proste, nie zastanawiałem się nad prawami autorskimi, zupełnie serio mówiłem, że jeśli chcą, to niech biorą i robią.

Gdyby się pan zdecydował na remake, wszystko mogłoby się potoczyć szybciej?

Pewnie tak. Choć myślałem, że i tak się szybko potoczy, że tak będzie. Ale tak nie było.

Marzyliście w Filmówce, by wyjechać, mówił pan, że była „obsesja Zachodu".

No jasne, to był czas komuny. To jest tak, jakby pani dziś zapytała kogoś w Korei Północnej, czy chce wyjechać za granicę. Na pewno wszyscy by chcieli, szczególnie ci, którzy tak głośno płakali na ulicach po  śmierci Kim Dzong Ila. Oni pierwsi by się spakowali i uciekli.

Porównuje pan PRL do Korei Północnej? Myślę, że w Korei jest jednak gorzej.

A ja uważam, że to jest blisko, ówczesna Polska komunistyczna i obecna Korea Północna. Dla nas sama myśl o wyjeździe była podniecająca. W  pewnym sensie byliśmy więźniami w ojczyźnie. Ja wyjechałem w 1961 r., wtedy już było trochę lepiej. Wyjechałem po XX kongresie partii, nie  kongresie – zjeździe. Oni najpierw się zjeżdżali, potem się rozjeżdżali.

Wyjechał pan do Anglii, ale wcześniej do Francji. Zderzenie było duże?

Spore. Pojechałem najpierw do Paryża, bo tam miałem siostrę. Po trzech, czterech latach pobytu we Francji wyjechałem do Anglii. Londyn wtedy był wspaniały, to był wyjątkowy czas niesłychanej wolności, nadziei, zmiany natury społeczeństwa. To było związane z transformacją obyczajów, z  rewolucją seksualną. To był taki krótki okres między wynalezieniem pigułki antykoncepcyjnej a AIDS.

Francja, Anglia, potem USA. Urodził się pan w Paryżu, w Krakowie wychował, w Łodzi studiował. Była obsesja Zachodu, z drugiej strony, powiedział pan w jednym z wywiadów, że był zawsze wiecznym wędrowcem. Odczuwał pan kiedykolwiek coś w rodzaju – nazwijmy to – stygmatu emigranta?

Nigdy. Zawsze uważałem, że jestem obywatelem świata. Nie miałem żadnych kompleksów, cieszyłem się, że mogę podróżować, poznawać. Prawdę mówiąc, nie miałem ochoty wtedy wracać do Polski. W kraju, poza przyjaciółmi i  wspaniałymi wspomnieniami z młodości, nie miałem nic do roboty. Przez lata poprzedzające odwilż w Polsce było okropnie ponuro, nic z Zachodu do nas nie docierało. A jeżeli coś docierało, to po kryjomu, bo było zabronione. Pamiętam, jak Kałużyński wydał książkę „Podróż na Zachód", w  której pisał o malarstwie, teatrze, filmie na Zachodzie. W krytyczny sposób, oczywiście, dzięki czemu udało mu się taką książkę opublikować. Myśmy to czytali z wypiekami na twarzy i tęsknotą w sercu.

Odniósł pan sukces na Zachodzie, ale nie zapomniał o przyjaciołach. Lata po wyjeździe z kraju, robiąc „Piratów", zaangażował pan kaskaderów z Polski oraz Eugeniusza Priwieziencewa, niedocenianego w kraju. Pomógł pan Jerzemu Skolimowskiemu w realizacji „Przygód Gerarda", Sobocińskiemu, Lipmanowi, Komedzie. Pana przyjaciel, reżyser i operator Andrzej Kostenko, mieszkał u pana w Paryżu w czasie stanu wojennego.

Wśród moich przyjaciół w Polsce było wielu utalentowanych ludzi. Mnie zawsze przejmowało,że nie mieli możliwości pokazania swojego talentu. Do  pierwszego zagranicznego filmu, noweli filmowej „Najpiękniejsze oszustwa świata", wziąłem Jerzego Lipmana, on był pierwszym z moich przyjaciół, którego ściągnąłem na Zachód. Potem był Krzysztof Komeda. Chciałem, żeby Krzysio pracował ze mną przy „Wstręcie", ale to się nie udało ze względu na związki zawodowe w Anglii.

Czuł się pan zobowiązany do tego, żeby im pomagać?

Ja się nad tym nie zastanawiałem, to było instynktowne, nie myślałem, że  robię jakiś dobry uczynek. Człowiek chciał, żeby koledze też się powiodło. Poza tym imponowało mi, że mogę pokazać Francuzom czy  Anglikom, że w Polsce mamy zdolnych ludzi. Co się pani w nogę stało?

Przewróciłam się.

Naprawdę?

Tak.

A widziała pani na YouTube taką pijaną panienkę, która wpada pod pociąg? To jest nie z tej ziemi, musi pani to znaleźć! Jest wagon, jest platforma, między platformą a wagonem jest zawsze przestrzeń. No i ona wysiada zalana, traci równowagę i wpada w tę przestrzeń między pociągiem i platformą. Niesamowite.

Ale ja nie jechałam pociągiem.

Ja miałem podobny jak pani wypadek, tutaj, na tej górce. Był głęboki śnieg, tak z półtora metra, a pod spodem lód. Pies mojego syna wymknął się, więc poleciałem za nim, po czym nagle zawrócił, zaczął biec w dół. Zrobiłem podobny zwrot za nim i wtedy zobaczyłem moje nogi na tle nieba. Spadłem na plecy, złamałem nadgarstek. To było przed świętami, miałem rękę w gipsie.

Ale pan był trzeźwy.

Zupełnie. Wie pani, to się może zdarzyć także trzeźwym.

Panie Romanie, będąc w Stanach odczuwał pan inne nastawienie dziennikarzy z USA, inne z Europy? Chodzi mi o ten trudny czas, rok 1969. Prasa i branża z Europy postrzegała pana przede wszystkim jako człowieka, który przetrwał II wojnę światową, przeżył Holocaust, wyjechał i za granicą odniósł wielki sukces. Pana wizerunek w Stanach był inny – oczywiście, był pan tym zdolnym reżyserem z Europy, ale przy okazji niezwykle kontrowersyjnym autorem „Dziecka Rosemary", który „skradł" Amerykanom ich Sharon Tate, a podczas tragicznego w skutkach wieczoru był poza domem.

Kontrowersje zaczęły się od morderstwa Sharon i moich przyjaciół, przedtem tego nie było. Potem, ma pani rację, miałem poczucie, że  różnica w postrzeganiu mojej osoby była ogromna. Ja sobie na początku nie zdawałem z tego sprawy. Dopiero gdy wróciłem z USA do Europy, silnie to odczułem. Niewątpliwie jest inna perspektywa, to zależy od natury społeczeństw, od obyczajów. Trzeba by wrócić kilka wieków wstecz, by  zrozumieć, jak różnym tropem szła ewolucja społeczeństw.

Myśli pan dzisiaj o Stanach?

Nieczęsto. Choć nie tęsknię, wspominam czasy, kiedy tam pracowałem jako wspaniały okres. To był piękny moment dla amerykańskiego kina, amerykańskie społeczeństwo było zupełnie inne niż w tej chwili. Chodzi mi głównie o Kalifornię, szczególnie o Hollywood. To wszystko, co dziś wiem o Hollywood, o czym mówią moi przyjaciele, którzy tam żyją i  pracują, nie ma nic wspólnego z tym, co zachowałem w pamięci. Wolę moje wspomnienia.

Na przykład te z czasu realizacji „Nieustraszonych pogromców wampirów"?

„Nieustraszeni pogromcy wampirów" łączą się z bardzo dobrym okresem mojego życia, dlatego tak lubię ten film. Atmosfera na planie była wspaniała, kręciliśmy komedię o wampirach, bawiliśmy się, robiliśmy to z  olbrzymim entuzjazmem, byliśmy młodzi, cieszyło nas to. Tak dawno zrobiony film, a wciąż gdzieś go grają, można go znaleźć, w telewizji czy w jakimś małym kinie.

Jak pan dziś ten film ocenia?

Jeśli chodzi o ocenę filmów, które zrobiłem, wydaje mi się, że  „Pianista" jest najbardziej wart pozytywnej oceny.

Powiedział pan, że Kalifornia to miejsce, gdzie wszystko było możliwe.

Tak było. Ale dziś Europa jest moją rzeczywistością, nad rzeczywistością amerykańską zupełnie się nie zastanawiam. Nie myślę, co by było gdyby? Pewnie funkcjonowałbym w innych okolicznościach. Czy one byłyby lepsze czy gorsze, nie wiem. Mieszkając tam byłoby mi prawdopodobnie znacznie łatwiej z projektami filmów, bo studia filmowe są w zasięgu ręki. Ale  może nie byłoby tak dobrze, jeśli chodzi o rezultaty?

Głosował pan w niedawnych wyborach we Francji?

Tak. Na Sarkozy’ego.

Dlaczego na niego?

Bo on jest jedyny kompetentny.

Jak pan myśli dzisiaj o Polsce? Myśli pan w ogóle?

Wydaje mi się, że jest nieźle.

Nieźle?

W każdym razie pod względem ekonomicznym. Myślę, że Polska robi kolosalne postępy. Politycznie nie wiem, musiałbym tam mieszkać. To jest kompletnie inny punkt widzenia, znów ta kwestia perspektywy. Ja dziś jestem człowiekiem z zewnątrz. Bywam dość rzadko w Polsce, swoje wyobrażenia buduję głównie na podstawie relacji przyjaciół. A  przyjaciele się starzeją, trudno mi powiedzieć, czy ich ogląd spraw jest słuszny.

Lubi pan wracać do Polski?

Lubię wracać do Warszawy, bo Warszawa zawsze kojarzy mi się z czymś pozytywnym. Nie mówię o czasie, kiedy byłem dzieckiem i Niemcy nas bombardowali, ale o tym, jak przyjechałem jako nastolatek na Festiwal Sztuk Radzieckich. Warszawa kojarzy mi się z przyjazdem na plan „Pokolenia" Andrzeja Wajdy. Wróciłem tu realizować „Amadeusza". Wracam tu spotykać się z moimi przyjaciółmi, Gene’em Gutowskim, Andrzejem Kostenką, Kubą Morgensternem i z pani ojcem. No tak, Kuby już niestety nie ma… Lubię Kraków, bo tam jest moje dzieciństwo. Piękne miasto, którego znam niemal każdy kamień. Nie ma tam rogu, nie ma kamienicy, która nie sytuowałaby się w jakimś wspomnieniu. Łódź z kolei to szkoła filmowa. Było ponuro, ale wspaniale się bawiliśmy.

Która łódzka knajpa była najlepsza?

SPATiF może, a może…

Honoratka, Syrena w Grand Hotelu, Halka vis-ą-vis Honoratki przy ulicy Moniuszki, Sim przy placu Wolności?

Była taka jedna, której nazwy nie pamiętam. Bardzo mała, prywatna knajpa na jakiejś parceli. Była niezła, mam zresztą stamtąd jedno znakomite wspomnienie. Jak zrobiłem „Dwóch ludzi z szafą", udało mi się dostać na  Festiwal Filmów Eksperymentalnych zorganizowany z okazji wystawy światowej w Brukseli. To był w zasadzie mój pierwszy sukces, wszyscy myślą zawsze, że był nim „Nóż w wodzie", a przecież „Dwaj ludzie z  szafą" to było kilka dobrych lat wcześniej. Zrobiłem ten film z nadzieją wysłania go na ten festiwal, udało się, dostałem nagrodę. Na festiwalu zabrano nas na przyjęcie do Gevaerta. Wie pani, co to był Gevaert?

Wytwórnia negatywów?

Tak, dużo się wtedy na tym kręciło. W każdym razie było przyjęcie, na  którym uczestnikom dali piękne aktówki z logo firmy, czerwone, z  jakiegoś plastiku, takie trochę chropowate, ale byłem strasznie z niej dumny. Po powrocie do Łodzi chodziłem z tą aktówką do szkoły. Wkładałem do niej wszystkie indeksy, zeszyty, papiery, jak czasami nie miałem czego włożyć, to i tak brałem ją z sobą. Pamiętam rysunek, chyba Mleczki, z podpisem: „Polak bez teczki czuje się nagi". To było trafne. Pewnego dnia umówiłem się z Andrzejem Kostenką, zdaje się, że Wojtek Frykowski też czekał na mnie i jakaś banda. Przed wejściem były jakieś cztery drewniane stopnie, bo to była w zasadzie taka chałupa, w środku był dym, smród, ale dobrze się jadło i dobrze się piło. Spieszyłem się, bo byłem już spóźniony, nagle drzwi się otworzyły, ukazał się opasły facet z czerwoną gębą i puścił na mnie pawia. Miałem wspaniały odruch zasłonięcia się tą teczką jak pawężą. To jest moje ostatnie wspomnienie aktówki z Gevaerta.

Człowiek się pochorował. Biedak.

Wie pani, wszyscy wtedy tak chorowali… Ja nie zapomnę innego zdarzenia. Jak zwykle rano szedłem do szkoły, Piotrkowska była zupełnie pusta. Ja szedłem po krawężniku chodnika, od czasu do czasu przejechał samochód. Poranek, wszystko szare, słoneczko nieśmiałe, różowawe. Widzę faceta, który idzie na wprost mnie, też po krawężniku. Ma na sobie garnitur wymięty, krawat rozpuszczony, jest nieogolony, wraca pewnie z libacji. I  nagle on obrócił twarz w stronę jezdni, rzygnął, przeciął zębami i  poszedł dalej. Ustąpiłem mu drogi. To był taki czas, leżeli denaci na  ziemi, człowiek się potykał. To mi się w Polsce dziś podoba, że mniej się pije. Pod tym względem kolosalnie się zmieniło. To straszna plaga była!

I to było pana zdaniem przypisane do…

Nudy. Trzeba było zapić nudę.

Pan się nie nudził. Kiedyś w szkole w Łodzi po seansie jakiegoś filmu pobił się pan z Wiesławem Zdortem. Różnica zdań?

Pobiliśmy się, ale to było częste w szkole, nic specjalnego.

A powiedziane do przedszkolanki: „Pocałuj mnie w dupę"?

To się dzieciom zdarza. „Pocałuj mnie w dupę" pewnie zasłyszałem w domu. Wyrzucono mnie z przedszkola. Wie pani, jak się mówi prawdę, to się często obrywa. Wliczone w koszta.

Inne zdarzenie: kolega, Andrzej Kostenko, czeka na pana pod domem prof. Antoniego Bohdziewicza. Nagle pan wypada, bierze kolegę za rękaw, ale jeszcze do stojącego na balkonie profesora krzyczy: „To nie ja jestem ch..., tylko pan!".

Mieliśmy z prof. Bohdziewiczem niesamowitą relację, to był człowiek, któremu wszystko zawdzięczam. Co więcej, nie jestem jedyny. On szalenie pomagał, bezinteresownie zupełnie – studentom, młodzieży, zwłaszcza tym, którzy wykazywali jakiś stopień inteligencji czy talentu. Strasznieśmy go lubili, to był fantastyczny facet. Nigdy nie byliśmy pokłóceni. Może on mi wcześniej powiedział, że to ja jestem ch..., więc grzecznie mu odpowiedziałem. Szkoda, że szczegółów nie pamiętam.

Pana przyjaciele mówią, że ma pan świetną pamięć. Podczas kolaudacji „Noża w wodzie" wysiadł dźwięk. Nie udało się naprawić fonii, więc by  nie odwoływać projekcji, pan mówił z pamięci kwestie dialogowe, z  intonacją męską i żeńską.

Jak się kończy film, pamięta się wszystkie kwestie. Tyle razy się je  wałkuje, że to zapada w człowieku. Dziś, na starość, jak kończę film, to  też pamiętam każdą kwestię. Ale żebym wtedy tak do końca bez listy dialogowej pociągnął? Naprawdę? Wie pani, że wspomnienia ulegają transformacji. Pamięć ludzka ulega ewolucji. Pamiętamy konkretne rzeczy, ale okazuje się, że są zawsze jakieś błędne szczegóły. Pamiętamy zdarzenia, ale umieszczamy je w innym czasie.

W życiu większą rolę odgrywa przypadek czy przeznaczenie?

Według mnie to jest coś między przypadkiem a koniecznością. Wydaje mi się, że przypadek odgrywa główną rolę, ale z drugiej strony, jak się człowiek zastanowi – jeśli ma podejście realistyczne i uważa, że  wszechświat zaczął się od Wielkiego Wybuchu – to musi dojść do wniosku, że wszystko, co się przytrafia, jest rezultatem tego, co poprzedza dane zdarzenie. Więc nie może zdarzyć się inaczej. Jeśli ktoś mówi do Boga, jest religijny. Jeśli jednak Bóg mu odpowiada, jest schizofrenikiem. Ale  to są filozoficzne kwestie, a my żyjemy w czasach dla filozofii niedobrych, filozofię zastąpiła nauka, nie ma miejsca na tajemnice.

Kilka razy powiedział pan, że brakuje mu polskich słów. W jakim języku najczęściej pan myśli, mówi i pracuje?

To zależy. Jeśli to jest związane z czymś, co się dzieje we Francji, to  myślę po francusku. Zdałem sobie z tego sprawę lata temu, kiedy byłem w  metrze i ktoś mnie potrącił. Powiedziałem: „przepraszam", bo myślałem o  czymś, co się działo w Polsce, inaczej powiedziałbym: „pardon". Od tego czasu zacząłem kontrolować język moich myśli. Myślę po angielsku najczęściej w trakcie kręcenia filmu, bo na ogół w pracy używamy angielskiego. Ale moja codzienność to język francuski.

A język polski? Słyszałam, że najsilniej działa na pana poprzez poezję. Pan potrafił i lubił recytować długie fragmenty ulubionych utworów.

Wciąż je pamiętam, ale nie fragmenty, tylko całe wiersze, bo zawsze ceniłem polską poezję. Jakoś nie mam podobnych doznań, czytając poezję angielską. Przy francuskiej już tak, ale najlepiej czuję poezję polską.

„Kończy się dzień. Kobieta ustawia talerze. Chłopak bochenek chleba wiezie na rowerze".

To jest z Gałczyńskiego.

Jeden z ulubionych?

Tak. „Przez świat idące wołanie…"?

Tak. Poezja to jest język, a język to jest kraj.

I lata, które formują najmocniej, które przeżyłem w Polsce. To są moje korzenie. W dalszym ciągu, kiedy znajdę dobrą polską książkę, mam te  same doznania. Czytałem ostatnio „Początek" Andrzeja Szczypiorskiego. Świetna książka. Facet operował polskim językiem jak nikt z jego pokolenia. Na co dzień czytam książki naukowe i najczęściej po angielsku.

Jak pan uważa, jesteśmy krajem, który wyzwolił się ze swoich obciążeń – wojennych, politycznych, historycznych, światopoglądowych?

Wie pani, wojna naznacza na zawsze. Ale jest taki fragment w „Trzecim człowieku", w którym Orson Welles mówi, że wojny generują postęp, natomiast w tych neutralnych państwach, pozostających z boku, zmienia się niewiele. Co wymyślili Szwajcarzy? Zegar z kukułką! Ten cytat wiele mówi o świecie. Niedawno odkryłem, że nie do końca jest prawdziwy. Marzę o zegarze z kukułką, ale musi to być prawdziwy antyk. Szukając odpowiedniego, dowiedziałem się, że pierwsze takie zegary wynaleźli Austriacy, więc nawet tego Szwajcarzy nie mają.

Pytam nie tyle o postęp, ile o normalne warunki do życia i pracy. Pan wyjechał z kraju, bo była komuna. Dziś ludzie też wyjeżdżają, a czasy lepsze.

To nie jest kwestia, którą można przypisać tylko do naszych warunków. To  dotyczy większości państw, które nie są w centrum życia kulturalnego, politycznego, artystycznego, jak Francja, Anglia, Ameryka. Ludzie, którzy osiągają pewien sukces, chcą się sprawdzić w warunkach, które są wyższe niż lokalne. To nie tylko kwestia ambicji, ale i odwagi. Łatwo byłoby porównać to do sportu – mistrz Polski chce być mistrzem świata. To normalne, zdrowe ludzkie myślenie.

Sport to temat panu bliski. Uprawiał pan narciarstwo, lekkoatletykę, kolarstwo.

Niestety mam coraz mniej czasu na sport. Uwielbiam narty, głównie dlatego siedzę w Gstaad. Miałem okresy, w których spędzałem tu miesiące, ale to było 40 lat temu. Kolarstwo było moją pasją, jak byłem młody, teraz po prostu jeżdżę na rowerze.

W sport wpisana jest rywalizacja. Pan lubił rywalizację?

Tak. To leży w naturze artystów.

A jak to jest z historiami? One trafiają na pana, czy pan trafia na  historie?

Oba warianty są możliwe, dlatego że jak się czegoś szuka, to zazwyczaj szuka się w jakimś konkretnym kierunku.

Jak się szuka, często się nie znajduje.

Tak, często się nie znajduje, ale czasem się znajduje. Dlatego warto szukać. Szukajcie, a znajdziecie.

Pan wierzy w takie deklaracje?

Wierzę. Deklaracje, przysłowia, porzekadła ludowe zawsze mają jakieś źródło. Wie pani, trzeba mieć powód do robienia filmu, żeby opowiadać historie, najlepiej mieć jakiś konflikt. To jest prawda, która sprawdza się nie tylko w filmie, także w teatrze i w powieści. Bez konfliktu o  czym tu opowiadać?

Gust się panu zmienił przez te lata?

Oczywiście. Ale nie potrafię tego zdefiniować. Jak zaczynałem robić filmy, znacznie łatwiej mi było znaleźć temat. Robiłem prawie jeden film na rok. W tej chwili, jak zrobię jeden film na trzy lata, uważam to za sukces. Przypominam sobie rozmowę ze Stanleyem Kubrickiem, kiedy mieszkałem w Rzymie, a on w Londynie. Pamiętam nawet, gdzie stałem – na  tarasie z telefonem, wówczas jeszcze na kablu – Kubrick lubił godzinami rozmawiać przez telefon. W pewnym momencie mówi: „Nienawidzę tego okresu między filmami, kiedy tak trudno znaleźć temat i zdecydować się, co  robić. Nie uważasz, że to jest najgorszy okres w naszym zawodzie?". „Tak, tak" – odpowiedziałem, ale prawdę mówiąc, pomyślałem: „Co on pieprzy?". Bo ja robiłem film co roku, było mi tak łatwo… Dziś dokładnie wiem, o co mu chodziło.

Jest na to jakaś recepta?

Robić byle co. I to nie jest kwestia inspiracji. Jak znajdę temat, który mi odpowiada, inspiracji mi nie brakuje. Wiele razy myślę o jakimś temacie i widzę, że dobrze byłoby się go podjąć ze względu na  rozwiązania techniczne czy inne interesujące aspekty, ale czuję, że cały temat nie nadaje się. Prawda jest taka, że dziś trudno jest nakręcić film, którego nikt nie chce. Nikt, prócz reżysera. Pamiętam, jak robiliśmy „Lokatora", była to adaptacja Rolanda Topora. Mnie się bardzo podobała główna rola i to był powód, dla którego zrobiłem ten film. Sprawa się skomplikowała przez ówczesnego ministra kultury, któremu pokazałem film w trakcie pracy. Przyszedł na pokaz ze swoim chłopakiem, dziennikarzem. Szybko pojawiła się druzgocąca recenzja, długo przed pierwszym pokazem. Zmiażdżył nas i opinia poszła dalej. Krytyka w Cannes była bezlitosna, film poniósł klęskę, teraz jest bardziej doceniany, ale sam fakt, że mogłem zrobić taki film, dużo mówi.

Kiedyś było łatwiej?

Na pewno. Nie było tak wielkich kosztów. Dziś z roku na rok produkcja filmów więcej kosztuje, dochodzi do absurdów, jak w przypadku 350 mln dolarów wydanych na „Johna Cartera". Oni już ogłosili, że mają 200 mln strat. Ile za to można by filmów zrobić?

A współczesne polskie kino? Ogląda pan?

Niestety, zbyt mało mam czasu, ale trochę oglądam. Nie jest też tak, że  odczuwam potrzebę oglądania polskiego kina ze względów patriotycznych. Wie pani, mam dwoje dzieci, pracę i dużo do zobaczenia. Francja produkuje 250 filmów rocznie, prawie same chały. Czasami wolę pójść do  teatru – choć najbardziej lubię angielski teatr, oni są niezwykle utalentowani, mają tradycje – niestety we Francji aktorzy krzyczą. W  Polsce w filmach zresztą też. Na ogół jest tak: puszcza pani polski film, zaczyna się bez dialogu, wszystko jest OK, i nagle ktoś zaczyna mówić. I to już brzmi fałszywe. Mówią inaczej niż w życiu – głośniej, więcej jest nacisku na struny głosowe. Jest kilku aktorów, którzy nie  mają tego problemu. Janusz Gajos, z którym zagrałem w „Zemście" Wajdy, mówi jak człowiek, choć sztuka jest pisana wierszem. Gajos jest znakomitym aktorem, przyjemnie się go ogląda w filmach, świetnie się z  nim pracuje.

To co pan obejrzał ostatnio dobrego?

„Wstyd", „Jak zostać królem", „Żelazną Damę" z Meryl Streep, która jest tak dobra, że nawet film mi się podobał.

A seriale pan ogląda?

Nie bardzo. Z tych, które bardzo mi się podobały, mogę wymienić „Breaking Bad" i angielski „Bleak House", który był robiony dawno, ale  był świetny. To jest adaptacja jednej z ostatnich powieści Dickensa, wyśmienita. Dickens się znakomicie nadaje na serial, bo ma masę postaci, a akcja zwykle się dzieje na przestrzeni wielu lat. Dziś telewizja oferuje widzom znacznie więcej niż kiedyś, serial stanowi konkurencję dla filmu i trochę zabiera widownię. Z drugiej strony, nic nie może zastąpić kina, lubimy odbierać pewne wrażenia w anonimowym gronie. Oglądanie filmów nawet na ogromnym telewizorze ze wspaniałym dźwiękiem nigdy nie da tego, co kino. To leży w naturze ludzkiej od czasu igrzysk rzymskich i teatru greckiego. Choć znacznie lepiej widać boisko i  piłkarzy na ekranie telewizora, tłumy na stadionach są kolosalne. Jak wynaleziono kasety audio, mówiono, że to już koniec koncertów, a one przyczyniły się do wzrostu popularności słuchania muzyki na żywo.

A gdyby ktoś zwrócił się do pana z propozycją wyreżyserowania serialu?

Nie wiem, czy to by mi dało satysfakcję. Serial trzeba robić szybko, nie  można udoskonalać i zmieniać pewnych rzeczy. Filme daje te możliwości. Ja mogę film skończyć dokładnie tak, jak chcę, mogę dopracować. Seriale, nawet najlepsze, podlegają schematom telewizyjnym, ograniczeniom długości. Ja się nigdy nie zarzekam, że czegoś nie zrobię, po prostu mam wątpliwości.

A film w 3D?

Bardzo się tym interesowałem w latach 70., chciałem wtedy zrobić film w  3D. Robiłem wiele prób w Paryżu, właściwie technologia była taka jak teraz, system był bardzo dobry, z tym że teraz dzięki możliwościom cyfrowym można wyeliminować pewne wady, które wówczas były nie do  przejścia. Dlatego postanowiłem zrezygnować.

Co dalej? Pracuje pan nad nowym filmem?

Tak, jestem w trakcie prac scenariuszowych z Richardem Harrisem.

Powrócę do pana filmu „Tragedia Makbeta" z 1971 r. Pada w nim kwestia: „I almost forgot the taste of fear", czyli prawie zapomniałem, jak smakuje strach. To jest ważne zdanie, świetna scena, chodzi za mną, odkąd zobaczyłam film. Budzi niepokój, ale ostatecznie pozostawia mnie z  poczuciem wielkiego spokoju, może nawet rezygnacji. To jest panu bliskie?

To jest dobra kwestia, dobra scena. Niewątpliwie jest mi to bliskie, a  dlaczego? Myślę, że pani dobrze wie dlaczego.

Okładka tygodnika WPROST: 18/2012
Więcej możesz przeczytać w 18/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 20
  • Pawel IP
    Tacy juz chyba jestesmy, my Polacy. Gdyby Polanski nazywal sie Smith albo Johnson uznawalibysmy go za fantastycznego czlowieka i rezysera. Ponieawz jednak nazywa sie Polanski ma na karku kilka milionow \"rodakow\" zawsze gotowych mu dokopac (patrz np. komentarze). A ja sie ciesze i jestem dumny, ze moge wskazac wybitnego czlowieka mowiac: on jest z Polski, tak jak ja!
    Nie mogac doczekac sie filmu pozdrawiam Pana Polanskiego.
    • tik IP
      No jak można go jeszcze promować. To już woła o pomstę do nieba. Trzeba się opamiętać. To wszystko już jest nienormalne.
      • bozo IP
        niedawno w Arizonie skazano czlowieka na 209 lat wiezienia, poniewaz mial na swoim PC pornografie dziecieca, 10 lat za kazde zdjecie. Sprawiedliwy wyrok??
        Dobrze, ze Polanski uciekl. Nie mial takich zasobow jak Jackson ktory milionami $ mogl sie obronic.
        • prokurator IP
          p e d o f i l i a PRZESTĘPSTWEM !!!!!!!
          • jaespero@gmail.com. IP
            Scyzoryk w jeziorze,szafa z lustrem w morzu ale fantastyczny reżyser , pisali.Też coś myślałem.Ale brak mu równego po 50 latach pomyślałem.