Uwierzyć w Grażynkę

Uwierzyć w Grażynkę

Pół roku temu polski internet ostro bronił swojej wolności. Grażyna Żarko pokazała, że wolność wcale nie musi mu wyjść na dobre.
Anna Lisak mówi, że długo traktowała to jak dobrą zabawę. Zupełnie nie przejęła się na przykład, gdy internauta nagrał filmik z inwokacją do niej: „Ty k…, Grażynka, ty k…, gruba szmato, z miłą chęcią zapier…bym cię w ryj, ty mocherze pier...ony”. W końcu młodemu mówcy nie chodziło o nią, tylko o Grażynę Żarko. Wirtualny twór, któremu ona dała jedynie twarz i głos. Przełknęła jakoś nawet film, na którym ktoś sika na jej zdjęcie. Ale kiedy kolejny internauta nagrał scenę, w której rozbija za pomocą kilofa drewniany pieniek i zapowiada, że to samo zrobi z jej głową, coś w niej pękło. – Wie pan, wtedy naprawdę się przeraziłam. Że komuś chciało się wyjść z domu i nagrać taki film, że ktoś chciałby zabić Grażynę Żarko, że chciałby zabić też mnie – mówi w rozmowie z „Wprost” Anna Lisak. – Nie mieściło mi się w głowie, że ludzie mogą potraktować te filmy poważnie, że wierzą we wszystko, co widzą w internecie.

Przez ostatnie dwa miesiące Grażyna Żarko była najbardziej znienawidzoną postacią polskiego internetu. Filmy z fikcyjną nauczycielką graną przez Annę Lisak w ciągu niespełna dwóch miesięcy obejrzało prawie 3 mln osób, a jej obecność w sieci komentował nawet Kuba Wojewódzki. Grażyna przyciągała internautów swoimi radykalnymi poglądami. Każdy z 14 odcinków zaczynała od słów: „Szczęść Boże. Grażyna Żarko. Katolicki głos w internecie”. A potem mówiła, że należy bić niegrzeczne dzieci po rękach linijką, nazywała zespół Jarzębina satanistycznym i przekonywała, że trzeba chodzić do kościoła. Słowem, stereotypowy obraz bogobojnej nauczycielki. Efekt? Pod każdym filmem kilkaset tysięcy komentarzy. Prawie wszystkie naszpikowane wulgaryzmami, groźbami i inwektywami.

Kiedy tydzień temu twórcy projektu ogłosili, że Grażyna Żarko nie istnieje, a projekt był jedynie prowokacją, w polskiej sieci zawrzało. Media obwieściły, że twórcy za pomocą prostego eksperymentu udowodnili, jak wielka nienawiść kryje się w sieci. Tyle że to wiedzieli już wszyscy wcześniej. – Nienawiść była efektem ubocznym projektu. Przede wszystkim chcieliśmy pokazać, jak łatwo w sieci manipulować emocjami ludzi. Jak rozsądni, światli i młodzi użytkownicy wierzą we wszystko, co zobaczą w internecie, i jak łatwo ulegają w nim emocjom – tłumaczy Bartłomiej Szkop, który razem z Grzegorzem Cholewą stworzył Grażynę Żarko.

To nie pierwszy ich wspólny projekt. Szkop jest reżyserem i scenarzystą, Cholewa to producent filmowy. Pomysł na akcję „Gr@żyna” powstał przypadkiem podczas ich poprzedniego projektu, paradokumentalnego serialu internetowego „Klatka B”. Jego główna bohaterka, Barbara Kwarc, znana po prostu jako Baśka, określana jest jako pierwsza celebrytka polskiego internetu. Kilkanaście filmików z jej najeżonymi wulgaryzmami komentarzami do rzeczywistości widziało w sieci kilkanaście milionów ludzi, a jeden z nich hakerzy umieścili nawet na stronie premiera podczas protestów przeciw ACTA.

– To był paradokument, ale miliony ludzi uwierzyło, że Baśka istnieje naprawdę. Nie mogliśmy zrozumieć, dlaczego w telewizji wszyscy wchodzą w konwencję i wiedzą, że na ekranie występuje aktor, a to, co widzą w sieci, traktują jako autentyczne – mówi Grzegorz Cholewa. Wszyscy aktorzy grający w serialu o „Klatce B” byli statystami, w fabule było mnóstwo nieścisłości, a histo-rie opowiadane przez bohaterów na pierwszy rzut oka wyglądały na mało realne. – Mimo to pod blok, gdzie kręciliśmy serial, przyjeżdżały autokary ludzi. Chodzili po osławionej klatce, dzwonili do mieszkańców, chcieli ich poznać. Obserwując to, wpadliśmy na pomysł z Grażyną Żarko. Chcieliśmy pokazać, że zagrożenia w internecie wcale nie muszą być związane z kradzieżą numerów kart kredytowych. Że o wiele łatwiej i na większą skalę naszymi emocjami mogą w sieci manipulować politycy, Kościół czy wielkie korporacje – przekonuje Cholewa.

Z virali, czyli krótkich filmików przesyłanych między internautami, korzystają dziś wszystkie duże agencje reklamowe. Przykłady? W ostatnich dniach na Facebooku powstała grupa nawołująca do bojkotu produktów firmy Agros Nova, bo ta swój nowy napój nazwała Demon, a do promocji zaangażowała Nergala. – Wielu specjalistów podejrzewa, że założenie grupy bojkotującej jest częścią kampanii samej Agros Novy. Po co? Żeby zrobił się szum. O to przecież chodzi – tłumaczy dr Jan Zając, psycholog internetu z Uniwersytetu Warszawskiego i prezes firmy Sotrender. Jego zdaniem virale są stałym elementem kampanii reklamowych. – To normalna usługa, którą zamawia się w agencji reklamowej – mówi Zając.

Bartłomiej Szkop: – 30 proc. virali obecnych w sieci i udających amatorskie produkcje to produkty czysto komercyjne. Mechanizm jest prosty: wywołać emocje. Nieważne jakie, ważne, żeby viral rozszedł się po sieci. Wtedy ludzie zobaczą markę, produkt, nazwę.

Przepis na emocje

 Żeby viral stał się popularny i szybko rozszedł się po sieci, musi mieć realnego bohatera. Twórcy Grażyny Annę Lisak wyszukali w agencji statystów. Musiała pasować do stereotypu nauczycielki mohera, a jednocześnie być autentyczna. – Największa siła tkwi właśnie w postaci. Bierzemy naturszczyków, którzy nie łapali się do żadnych produkcji, reżyserzy odrzucali ich, bo nie potrafili grać. Dla nas to, że ktoś nie stara się aktorzyć i jest naturalny w czasie wypowiadania kwestii, jest wielką siłą. Wystarczy, żeby byli sobą, a internet ich kupuje – mówi Cholewa.

Tak samo naturalny musi być obraz. Nagrywany w mieszkaniu, najprostszą internetową kamerą. Im bardziej amatorsko, tym większa szansa, że widz uwierzy w autentyczność obrazu. Twórcy Grażyny Żarko musieli pogarszać technicznie materiały, tak żeby sprawiały wrażenie jak najbardziej realnych. – Przede wszystkim jednak projekt musi być oparty na skandalu i czymś nieprawdopodobnym. Tutaj starsza konserwatywna pani wchodzi w środowisko młodych ludzi. Na YouTubie najwięcej jest gimnazjalistów i licealistów. To tak, jakbym wrzucił jednego punka w wielką grupę skinów. Wiadomo, że będzie się działo – mówi Bartłomiej Szkop.

Teraz wystarczy wystartować z projektem. Sprawić, by obejrzało go pierwsze kilka tysięcy osób, które wrzucą go na swojego Facebooka, Twittera, podzielą się linkiem na Kwejku albo Wykopie. Twórcy Grażyny Żarko celowo w pierwszym odcinku kazali jej zaatakować za nieobyczajność ich poprzednią bohaterkę Baśkę. – Wiedzieliśmy, że ona ma wielu fanów, którzy zareagują. Dalej wszystko potoczyło się już samo – mówi Grzegorz Cholewa.

Naiwniak w sieci

Jak to możliwe, że Polacy, od lat przodujący w rankingach nieufności wobec wszelkich instytucji, mediów i rodaków, tak bezrefleksyjnie przyjmują to, co widzą w internecie? – Wierzymy, że sieć to wolne miejsce, w którym są tacy jak my, amatorzy. Wielu Polaków traktuje internet jako ostatni bastion wolności, gdzie zwykli ludzie nie są narażeni na wpływ wielkich korporacji i rządu. Dlatego wiadomości w telewizji ludzie traktują jak manipulację Tuska albo propagandę Kaczyńskiego, a w informacje z sieci przyjmują o wiele mniej krytycznie – przekonuje dr Jacek Wasilewski, socjolog kultury z SPWS. Jego zdaniem w sieci czasami wystarcza stworzyć pozory autentyczności, żeby internauta uwierzył, że ma do czynienia z prawdziwym przekazem. – Polacy mają problem z odróżnieniem prawdy od fikcji. U nas świetnie sprzedaje się literatura faktu, bo jesteśmy zainteresowani nią bardziej niż fikcją. Chcemy słuchać tych, którzy powiedzą nam, jak jest naprawdę – tłumaczy dr Wasilewski.

Kiedy okazało się, że postać Grażyny była prowokacją, internet zalała fala wyrzutów sumienia. Kilku internautów zdecydowało się nawet nagrać film z przeprosinami. Ten, który mówił, że „chętnie zap…by Grażynkę”, przeprasza, tłumaczy, że był pijany. – Ale pod jego filmem dzieje się teraz to, co działo się pod filmami Grażynki. Ci ludzie, którzy przed chwilą przeprosili, teraz gnoją tego człowieka. Nic nie zrozumieli z całego projektu – mówi Cholewa. Anna Lisak zapewnia, że mimo negatywnych emocji nie żałuje udziału w projekcie. Może dzięki temu zacznie nawet częściej korzystać z sieci? Mówi tylko, że musi nauczyć się internetu. Chyba nie tylko ona.
Okładka tygodnika WPROST: 31/2012
Więcej możesz przeczytać w 31/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0