Złoty krokodyl

Złoty krokodyl

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Co kilka dni podrzuca się nam ropuchę nadmuchaną przez media. Jak nie poskacze dłużej, to szuka się nowego płaza (lub gada), rozwojowego. A jak poskacze, zmienia się w krokodyla i pobędzie z nami dłużej. Amber Gold to krokodyl, na dodatek złoty i rozwojowy; niektórzy zacierają ręce, aż iskry idą. Ależ oczywiście jest problem, nawet dramat, szczególnie dla tych, co byli naiwni. Państwo powinno pilnować naiwnych, aby nie robili wielkich głupstw. Pilnować, ale nie za bardzo. Częściami ludzkiej wolności są też ryzyko i robienie głupstw. Od przesady w trosce naiwni nam zgłupieją, a państwo nadopiekuńcze stanie się dyktaturą. Polska Ludowa chroniła nas przed robieniem wielu głupstw, ale sama była głupstwem.

Jak jednak nasi nabici w butelkę mają się liczebnie do setek tysięcy nabitych w piramidy finansowe i afery bankowe w innych krajach? U nas skala oszustwa to pchełka, która skacze tak wysoko też dzięki polskiej wojnie domowej. My zaś jak zwykle mówimy: tylko w Polsce to możliwe. Nawet tu jesteśmy zakompleksieni i zarozumiali. Polowanie na Tuska z nagonką kilku partii jest tak oczywiste, że w sondażach PO na razie nie traci. Ludzie czują: nie o nich tu chodzi, ale o nienawiść, zemstę i władzę. Twarze pierwszej ławy sejmowej sektora PiS zastygłe w stuporze nienawiści. I co za spektakl zaciekłego idiotyzmu wielu wystąpień!

To, że państwo nasze za często bezradne, opieszałe, każdy z nas wie. Nędzna etyka pracy urzędnika łączy się z niejasnością prawa i słabością wymiaru sprawiedliwości. Zmiana rządzących? Przecież widać i słychać, jak marną mamy opozycję. Co się za tym kryje? – szepce prawica. Ich myślenie: jak wiele zaniedbań, to nie może być przypadek, to musi być spisek. Smoleńsk – spisek. Amber Gold – spisek. Polska zaniedbana, więc od wschodu do zachodu podszyta spiskiem. Stworzyć komisję śledczą, dostaniemy teatr kilku nędznych aktorów.

Rząd fachowców? Pięknie brzmi fachowość. Ale gmatwanina, upartyjnienie nawet długopisów w ministerstwach czynią, że fachowiec spoza partii może fachowo pociągać za sznurki, nawet za sznur dzwonu, a dzwon nic. Jedynie naiwni mogli mieć nadzieję, że jak Sejm od rana do nocy podebatuje, to wykuje lepsze formy i normy dla państwa – było to tylko kucie w mordę. Na tym tylko jeszcze urośnie pogarda dla polityków.

Za to czynna od kilku lat obwodnica Trójmiasta obrosła nowoczesną infrastrukturą (też pewnie sprawka „gdańskiej mafii”). Gdyby mnie tu nagle postawiono, wiedziałbym tylko, że jestem w jakimś wysoko rozwiniętym kraju Europy. Jadę dawnym kręgosłupem Trójmiasta, aleją Tysiąclecia. Ile tu żywej pamięci. Hala Oliwii, zjazd „Solidarności” w roku 1980, który obsługiwałem jako dziennikarz związkowej prasy. W nocy wracałem swoim małym fiatem do Warszawy z Antonim M. na tylnym siedzeniu. I nie przegryzł mi szyjnej tętnicy. A tam mieszkała Anna „Walentynowicz”. Jestem u niej kilka miesięcy po powstaniu Solidarności, wchodzi Jacek Kuroń. Pani Ania robi dla niego jajecznicę, a on chodzi, powtarza tubalnym głosem: „Jak obronić Lecha Wałęsę przed Lechem Wałęsą?”.

A teraz jestem w maleńkim mieszkanku Wałęsów – dzięki biografii pani Danuty, słucham jej w wozie na audiobooku. W tle Gdańsk, współcześni herosi odkuwają znad bramy stoczni historyczny napis „im. Lenina”. Robotnicy znowu biorą sprawy w swoje ręce. Co za odwaga! Tamci, sierpniowi, nie śmieli odkuć Lenina. Wspomnienia pani Danuty wzruszają szczerością, nawet naiwnością, ale to naiwność serdeczna. Dzięki niej mówi więcej, niż powiedziałby ktoś wykształcony i obyty z publicznym zwierzaniem się. Oto matka Polka, jednak nie ta mickiewiczowska, szlachecka, ale wiejska, nagle umiastowiona matka ośmiorga dzieci, zamknięta w skorupie patriarchalnego myślenia. Rozbija skorupę, zdumiona tym, jaka jest odważna. Powtarza, że właściwie nie rozumiała i nie rozumie swojego męża. Myślę: może na szczęście. Poznałem panią Danutę w Sztokholmie bodaj w roku 1993. Chwaliłem szwedzką równość płci, gdy ona na to: „A ja uważam, że miejsce kobiety jest w kuchni”. Już na pewno tak nie myśli.

Opuszczam Trójmiasto autostradą, która lśni nowością. Nawet okoliczne domy wyszlachetniały. W dali wieś popegeerowska wygląda jak cudaczny zabytek. Autostrada kończy się w polu. I wjeżdża się w inną rzeczywistość, gdzie wszystko toczy się wąsko, gęsto, życie kierowców wisi na włosku. Pierwszy świat musi wchłonąć ten drugi. I pomału wchłania.
Więcej możesz przeczytać w 36/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 1

Czytaj także