Złapać oddech

Złapać oddech

Ken Loach próbuje zmieniać świat, robiąc filmy. Alb o chociaż zmusić ich widzów do myślenia. gdy Nie udaje się za pomocą dramatu, na warsztat bierze komedię. Taką jak „Whisky dla aniołów”. Od piątku w naszych kinach.
Wolę wyglądać przez okno na ulicę, niż odgradzać się od świata firankami – mówi w rozmowie z „Wprost” Ken Loach. W „Whisky dla aniołów” pokazuje pogrążone w biedzie dzielnice Glasgow, bezrobocie i ludzi wchodzących w konflikt z prawem. Mówi o tym wszystkim z dystansem. Opowiada historię czworga nieudaczników skazanych za drobne wykroczenia na prace społeczne. W Glasgow nie ma dla nich perspektyw – dopóki nie poznają znawcy drogich whisky i nie postanowią wzbogacić się, zdobywając unikatową beczkę starego, cennego trunku.

Loach lubi pokazywać ludzi, którzy poczuciem humoru ratują się z otaczającej ich beznadziei. Ich świat rozjaśnia kawał zrobiony koledze w robocie albo żart rzucony do żony w podziękowaniu za kanapki. Ale dotąd zazwyczaj w jego kinie górę brał szorstki realizm. Wziął na siebie rolę kronikarza, który od kilku dekad zapisuje społeczne nastroje w Wielkiej Brytanii. „Whisky dla aniołów” jest więc zaskoczeniem: to kolejna po „Szukając Erica” rozrywkowa propozycja Loacha. Próbuje w ten sposób przyciągnąć widzów do niegłupiego kina, a jednocześnie pozwala im złapać oddech, niesie nadzieję.
Daleko od blichtru

Ten 76-letni już dziś reżyser w pewien sposób przypomina bohaterów „Whisky…”. Jemu też sprzyjał los. Chłopak z robotniczej rodziny, wychowany w miasteczku Nuneaton skończył szkołę średnią, potem odbył 24-miesięczną służbę wojskową w Nottingham (prosił o oddelegowanie na wschód, jednak nie zaznaczył, że chodzi mu o Azję). W końcu dostał swoją szansę: należał do pierwszego pokolenia, które mogło ubiegać się w Anglii o stypendia na wyższej uczelni. Zaczął studia prawnicze w Oksfordzie, jednak bardziej od kodeksów interesowało go uniwersyteckie koło teatralne. W 1963 r. dostał się na staż do telewizji BBC. W idealnym momencie – kultura brytyjska przestawała należeć do arystokracji, do głosu doszli dramatopisarze tacy jak Harold Pinter czy Jim Allen, z niższych klas wywodziła się też nowa generacja aktorów z Michaelem Caine’em na czele.

Loach idealnie wpisał się w to środowisko. I nie zapomina, skąd przyszedł. Woli chodzić pieszo, niż jeździć limuzynami. Podczas festiwali mieszka w dobrych hotelach, nosi koszule Armaniego, ale nie imponuje mu świat celebrytów. Znają go sprzedawcy naleśników z promenady Croisette w Cannes, bywalcy weneckiego festiwalu widują go przed budką z hot dogami nieopodal słynnego hotelu Des Bains. Regularnie odrzuca propozycje z Hollywood, odmówił też przyjęcia prestiżowego Orderu Imperium Brytyjskiego. – Nie chcę być częścią tego towarzystwa – tłumaczy. – Należą do niego ludzie, którzy do dziś strzegą hermetyczności brytyjskich klas.

Ostro wypowiada się na temat kapitalizmu, nie znosi konserwatystów. Nawet gdy pytam o jego słabość do piłki nożnej, odpowiedź jest polityczna: – Całą przyjemność z oglądania meczów zepsuła mi Margaret Thatcher. Bo zniszczyła małe kluby, popierając korporacje.

Wycofuje filmy z festiwali finansowanych przez Izrael, którego politykę odrzuca, a w 2007 r. wystosował list popierający strajk górników z polskiej kopalni Budryk, na konto komitetu protestacyjnego przyszło też od niego wsparcie finansowe. Staje w obronie wykluczonych, uciśnionych i krzywdzonych. W swoich filmach opowiada o bezdomności, podziemiu aborcyjnym, upadających związkach zawodowych, uprzedzeniach rasowych, nierównej pozycji kobiet, źle działającej opiece społecznej, sytuacji emigrantów.

W latach 60. współtworzył w BBC grupę młodych artystów, którzy z zatęchłego studia wyszli z kamerą na ulicę. Pochodząca z „Up the Junction” kontrowersyjna scena aborcji stała się pretekstem do dyskusji w parlamencie, a po „Cathy Come Home” Loach został zaproszony na rozmowę do ministra budownictwa, bo rozgorzała debata o polityce mieszkaniowej. W kinie fabularnym prawdziwą furorę zrobiło wówczas jego dzieło „Kes”. Niedawno film ten zajął siódme miejsce na stworzonej przez Brytyjski Instytut Filmowy liście stu najlepszych obrazów brytyjskich.

Wiatr w oczy

Po wielkich sukcesach w życiu Loacha nastąpiły dwie trudne dekady. Lata 70. zaczęły się od osobistej tragedii. Kończył właśnie film „Family Life”, jechał samochodem z dwoma synami, żoną i z jej babcią. Od pojazdu na równoległym pasie odpadło koło i uderzyło w auto reżysera, które wypadło z szosy. Na miejscu zginęli syn i babcia. Loach przerwał pracę, razem z bliskimi długo próbował poradzić sobie z traumą.

A potem powrót do kina utrudniał mu nowy rząd. Anglia Margaret Thatcher nie była mekką lewicowych aktywistów. Brytyjski Instytut Filmowy odmawiał finansowania pracy Loacha, więc zdecydował się za minimalne pieniądze rejestrować rzeczywistość w dokumentach. Jego nastawienie do władzy najlepiej oddaje tytuł jednego z filmów z tego czasu: „Which Side Are You On?” („Po czyjej stronie jesteś?”). Filmy Loacha rzadko były pokazywane publicznie. – Zacząłem myśleć, że zrobiłem błąd, uciekając kiedyś z wykładów o kodeksach na spotkania koła teatralnego – mówi.

Udało mu się jednak przerwać kryzys. Od 1991 r. robi film za filmem. Jego zainteresowania idą w dwóch kierunkach – kina społecznego i polityczno-historycznego. W obu przypadkach jest równie bezkompromisowy. W „Riff-Raff”, „Biedroneczko, biedroneczko”, „Wietrze w oczy”, „Mam na imię Joe”, „Słodkiej szesnastce” rejestruje życie niższych klas.

Jako pierwszy pokazał środkowoeuropejskich imigrantów w Anglii w „Polaku potrzebnym od zaraz”. Równie mocny jest nurt jego filmów historycznych – o wojnie domowej w Hiszpanii, ruchu sandinistów w Nikaragui. Złotą Palmę w Cannes przyniósł mu wybitny „Wiatr buszujący w jęczmieniu” o walczącej o niepodległość Irlandii.

Dzisiaj Ken Loach ma nowego wroga – rynek filmowy. I z tym nieźle sobie radzi. Kiedy kino artystyczne musi stawać w szranki w multipleksach z amerykańskimi hitami, Loach wrzucił większość swoich dzieł na YouTube. Jednocześnie próbuje przyciągnąć widzów do kin. Ze swoimi wyrazistymi poglądami nie jest ideologiem – raczej idealistą, który chciałby widzieć wokół siebie sprawiedliwy, solidarny świat. Taki, jaki zapamiętał z robotniczego Nuneaton.

Okładka tygodnika WPROST: 42/2012
Więcej możesz przeczytać w 42/2012 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0