Puenty jak zwykle straszne

Puenty jak zwykle straszne

Dodano:   /  Zmieniono: 
Gdy mówiono o nim „legenda”, uśmiechał się z dobrotliwą ironią. Chyba tego nie lubił. Nie rozczulał się nad sobą.
Uważne spojrzenie spod ciężkich powiek. Głos – prosto z Hłaski. Przekonanie, że Sprawa i Prawda są ważniejsze niż Ochota czy Zadowolenie. Co jeszcze pamiętam o Przemku?

Najpierw był dla mnie starszym kolegą Kaczmarskiego, który ma dużo większe pojęcie o muzyce. Pamiętam, jak wiosną 1979 r. pojawili się obaj z Jackiem w mieszkanku Carlosa Marrodána na Marymoncie, żeby posłuchać płyt Lluísa Llacha. Jacek miał już za sobą pierwsze wykonania „Murów”, napisanych parę miesięcy wcześniej na bazie piosenki Llacha. Teraz jak urzeczony słuchał innych nagrań katalońskiego pieśniarza. A siedzący z boku Przemek co chwila rzucał „Ale tu powinna być wielka tercja, a nie mała!” albo „Co on tam w basach gra?”. Wtedy myślałem, że to poza. Potem zrozumiałem, że raczej głęboko przemyślana obrona przed łatwą euforią i potrzeba doskonałości.

Dał temu zresztą smakowity dowód cztery lata później w Krakowie. W maju 1983 r. nasz mocno amatorski jeszcze Zespół Reprezentacyjny występował w konkursie Studenckiego Festiwalu Piosenki. Jury naszpikowane autorytetami (Młynarski, Pietrzak, Pawluśkiewicz, Konieczny, Grechuta, Stanisławski, Stuhr…), mieliśmy więc ciężką tremę. Nieśmiało spytaliśmy kręcącego się w klubie Rotunda Przemka, czy mógłby nam doradzić, jak pracować z mikrofonami na scenie, żeby nie wypaść jeszcze bardziej blado. Ufaliśmy, że pomoże – i pomógł w istocie.
Więcej możesz przeczytać w 44/2012 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0

Czytaj także