Imperium nieczynne

Imperium nieczynne

Choć rząd zamknięto dopiero tydzień temu, to paraliż władzy w USA trwa od miesięcy. Tłumaczymy – od A do Z – jak do tego doszło.

A jak Akt urodzenia

4 sierpnia 1961 r. w Honolulu na Hawajach przychodzi na świat Barack Hussein Obama II, syn białej studentki z Kentucky i czarnego studenta z kenijskiej mieściny Kogelo. Gdy niecałe pół wieku później zostaje wybrany na prezydenta Stanów Zjednoczonych, 12 republikańskich kongresmanów zgłasza projekt ustawy, która nakazywałaby przyszłym kandydatom publikowanie swoich aktów urodzenia. To reakcja na wzbierającą falę teorii spiskowych utrzymujących, że Obama nie jest Amerykaninem, bo tak naprawdę urodził się w Kenii. Nie ma więc prawa być prezydentem. Gdy Obama wprowadził się do Białego Domu, liczba przypadków grożenia śmiercią głowie państwa wzrosła czterokrotnie. W pierwszej kadencji wywiad zarejestrował ponad 43 tys. gróźb. Dzisiejszy kryzys karmi się tą nienawiścią, jaką część Ameryki – łącznie z licznymi kongresmanami – żywi do Obamy. Żaden jego poprzednik nie był nazywany islamistą, Hitlerem albo zakłamanym Afrykaninem. Żaden nie zmagał się z otwartym kwestionowaniem legalności swojej władzy. W 2009 r. w odpowiedzi na ustawodawczą inicjatywę republikanów prezydent pokazuje swój akt urodzenia z Honolulu. Departament Zdrowia stanu Hawaje potwierdza jego autentyczność. Niewiele to pomaga – co czwarty Amerykanin głosujący na republikanów nadal ma wątpliwości. To w dużej mierze ci wyborcy w 2010 r. dadzą mandat deputowanym, którzy trzy lata później doprowadzą do zamknięcia rządu.

B jak budżet


W ubiegły poniedziałek 30 września o poranku trzy największe stacje informacyjne– CNN, Fox News i MSNBC – uruchamiają na swoich ekranach zegary z końcowym odliczaniem. Kongresowi pozostało pół doby, żeby uniknąć paraliżu. Wiadomo jednak, że jest pozamiatane. – Republikanie biorą budżet na zakładnika – mówi w niedzielę Elizabeth Warren, liberalna senator z Massachusetts. Sprawa rozstrzygnęła się już dzień wcześniej, kiedy na zamkniętym klubowym spotkaniu większość republikańska w Izbie Reprezentantów zdecydowała, że klepnie budżet, ale tylko z poprawką odsuwającą o rok finansowanie reformy służby zdrowia. „Let’s roll!” (Lecimy! Czadu!) – zachęcał na nim deputowany z Teksasu John Culberson – używając słynnego zawołania pasażerów, którzy odbili od terrorystów jeden z samolotów porwanych 11 września 2001 r. Rozwalając maszynę na polach Pensylwanii, nim dotarła do Waszyngtonu, ocalili wtedy Biały Dom. Dziś samobójcza misja radykalnej prawicy chce osiągnąć efekt odwrotny. Tymczasem budżet, o który się rozchodzi, nie jest nawet budżetem, tylko prowizorium. Największa gospodarka świata nie ma budżetu od 2011 r., bo Kongres nie może się dogadać. Co kilka miesięcy trzeba odnawiać prowizoria. Tym razem się nie udało. W poniedziałek zdominowany przez demokratów Senat wykreślił poprawki Izby Reprezentantów. Izba nie zaakceptowała wersji senackiej. Kilka minut przed północą z Biura Zarządzania Białego Domu rozesłano e-maile do szefów departamentów z wytycznymi dotyczącymi funkcjonowania instytucji podczas zamknięcia.

D jak David Koch

Cofnijmy się do roku 2009. Wczesną wiosną, kilka tygodni po zaprzysiężeniu Obamy, na ulice głównie prowincjonalnych miast wychodzą wściekli na prezydenta ludzie z nowego ruchu Tea Party (Partia Herbaciana). Hitler, islamista, szatan – wypisują na transparentach. Demonstracjom uważnie się przygląda David Koch, który z bratem Charlesem zarządza konglomeratem Koch Industries generującym sto miliardów dolarów przychodu rocznie. Ich wspólna fortuna jest trzecią w USA – ustępuje tylko majątkom Billa Gatesa i Warrena Buffetta. Jako wojujący libertarianie Kochowie od lat obficie obdarowują think tanki, ruchy obywatelskie i polityków, którzy walczą z ekologami, podatkami czy „zbyt dużym” rządem. – Ich problemem przez lata było to, że gromadzili wokół siebie samych wodzów – bogaczy myślących podobnie jak oni. Nie było żadnych zwykłych Indian – mówił Bruce Bartlett, były współpracownik Kochów, w głośnym tekście „New Yorkera” o ich politycznych operacjach. – I nagle pojawili się Indianie, którzy mogli dać ideologii ludowego kopa. Kochowie nie przegapiają szansy. Finansowana przez nich organizacja Americans for Prosperity zaczyna wspierać herbaciarzy na potęgę. Zapewnia kasę, doradców, polityczny know-how, przychylnych dziennikarzy. Protesty zalewają cały kraj, są coraz bardziej masowe, głośniejsze, lepiej zorganizowane. – To oni dali pieniądze na Tea Party, zasiali ziarno – mówi we wspomnianym tekście anonimowy doradca republikanów. – Przejęli kontrolę nad populistyczną rewoltą, żeby ją zaprząc do realizacji swojej politycznej agendy – dodaje Bruce Bartlett. Tak rodzi się herbaciana potęga.

K jak Kongres

Moment triumfu herbaciarzy przychodzi 2 listopada 2010 r. W wyborach do Kongresu wspierani przez nich kandydaci – w większości zupełne polityczne żółtodzioby, radykałowie niezwiązani z republikańskim establishmentem – odbierają demokratom i umiarkowanym republikanom kilkadziesiąt miejsc. Prawica przejmuje większość w Izbie Reprezentantów, cała Partia Republikańska pod naporem herbacianej fali mocno się radykalizuje. Profesor Uniwersytetu Nowojorskiego Jerrold Seigel porównuje Tea Party i ich zwolenników do dżihadystów. Wprawdzie nie uciekają się do przemocy, ale są przekonani, że steruje nimi siła wyższa, w imię ideologii prowadzą działania destrukcyjne, nie idą na żadne kompromisy, a każdy, kto się z nimi nie zgadza, jest nazywany zdrajcą. Republikańscy dżihadyści okopują się w zdominowanej przez siebie Izbie Reprezentantów, a demokraci kilkoma głosami trzymają w garści Senat. Przy braku kluczowego dla amerykańskiej demokracji międzypartyjnego porozumienia legislatywa zostaje w zasadzie zamknięta. Obecny Kongres przegłosował najmniej ustaw, odkąd zaczęto prowadzić taką statystykę w 1947 r. Jednocześnie jest jednym z najczęściej głosujących. Deputowani bez przerwy głosują, ale zdecydowana większość projektów pada. W poniedziałek tuż przed zamknięciem rządu CNN publikuje najnowsze badania opinii. Pracę Kongresu pozytywnie ocenia 10 proc. Amerykanów, najmniej w historii.

L jak list

Tak naprawdę końcowe odliczanie do paraliżu rozpoczęło się już 21 sierpnia, kiedy kongresman Mark Meadows wysyła list do lidera republikańskiej większości w Izbie Johna Boehnera. Meadows zasiada w Kongresie dopiero od ośmiu miesięcy, jest byłym właścicielem restauracji i nauczycielem w szkółce niedzielnej, w której prowadzi z dziećmi zajęcia z Biblii. Typowy przedstawiciel nowej herbacianej gwardii. W jego dystrykcie wyborczym biali stanowią 87 proc. populacji. Pod listem zbiera 80 podpisów kolegów podobnych do siebie – to niemal wyłącznie biali mężczyźni pochodzący z najbardziej konserwatywnych zakątków USA. W ostatnich wyborach prezydenckich Obama, który w skali kraju zdeklasował Mitta Romneya, zdobywał w ich miastach nie więcej niż 30 proc. głosów. Sygnatariusze domagają się, aby we wrześniowych głosowaniach budżetowych republikanie postawili demokratom warunek odcięcia funduszy na finansowanie reformy zdrowia. Taką strategię krytykuje na łamach „Wall Street Journal” najważniejszy republikański strateg Karl Rove i wielu bardziej umiarkowanych republikanów. Ale Boehner się zgadza: – Amerykanie nie chcą paraliżu rządowego, ale nie chcą też służby zdrowia zaprojektowanej przez Obamę! – woła z mównicy, a sala euforycznie wiwatuje, jakby ogłaszał koniec jakiejś wojny.

O jak Obamacare

Wojna jednak trwa w najlepsze. W ostatnich dwóch latach Izba Reprezentantów obalała reformę służby zdrowia już 43 razy. Choć zgodność ustawy z konstytucją potwierdził Sąd Najwyższy i stała się obowiązującym prawem, Izba różnymi sposobami stara się ją unieważnić. Za każdym razem te desperackie wysiłki blokuje Senat. Z reformą już dawno pogodzili się też centrowi republikanie. – Nie zniesiemy jej i tyle. Upieranie się przy tym, że może jednak się uda, jest nieracjonalne – mówił senator John McCain. Już po zamknięciu rządu Obama zauważył, że paraliż spowodowała „jedna frakcja w jednej partii w jednej izbie parlamentu, której nie podoba się jedno prawo”. Dla herbacianych ideologów to prawo – wprowadzające obowiązkowe ubezpieczenie – jest jak wrota, przez które Obama prowadzi Amerykę do piekieł socjalizmu. – Zwycięstwo albo śmierć! - wołał w 2010 r. na wiecu przeciw reformie pewien teksański prawnik (o nim za chwilę). Chyba więc śmierć, bo reforma weszła w życie w miniony wtorek o północy – dokładnie w tej samej sekundzie, w której rząd USA został zamknięty.

T jak Ted Cruz

Ten prawnik nazywa się Ted Cruz. Na wspomnianej imprezie, sponsorowanej zresztą przez braci Kochów, mówił też że „Obama jest największym radykałem, jaki kiedykolwiek zasiadał w Białym Domu, a jego rząd chce przejąć całkowitą kontrolę nad gospodarką i nad naszym życiem”. Dziś Cruz jest senatorem i wyrasta na czempiona herbacianej sprawy. Przed rządowym paraliżem przez ponad 21 godz. – bez przerwy na kanapkę albo siku – przemawiał z senackiej mównicy, żeby zablokować głosowanie w sprawie budżetu. Gdy kończyły mu się pomysły na to, co ma mówić, zaczął opowiadać bajki. Swój heroizm porównał do marszu amerykańskich i filipińskich jeńców z japońskiej niewoli w czasie II wojny światowej, w którym zginęło kilka tysięcy ludzi. Całe wystąpienie transmitowała na żywo telewizja.

W 2016 r. Cruz, absolwent Harvardu z gładką buzią i oratorskim darem, będzie jednym z kandydatów republikanów na prezydenta. Ma niemałe szanse na nominację, bo w prawyborach najradykalniejsi wyborcy prawicy są najbardziej zdyscyplinowani. Zresztą inni najpoważniejsi kandydaci na kandydatów – Rand Paul i Marco Rubio – też wzięli się z herbacianego namaszczenia.

Dla partii to problem, bo choć radykałowie budzą entuzjazm herbacianych dołów, mają małe szanse przekonać do siebie wyborców centrowych, którzy decydują w USA o wyniku wyborów. Sondaże po zamknięciu rządu pokazały, że zdecydowana większość badanych obwinia za paraliż prawicę. Centrowy republikanin Devin Nunes nazywa radykalną frakcję w swojej partii lemingami. Myli się. Oni nie mają zamiaru rzucać się na oślep w przepaść. Pewnie trzymają się kongresowych stołków i mogą siedzieć na nich jeszcze wiele lat, bo wyborcy w ich dystryktach entuzjastycznie przyjmują sabotujące rząd eskapady. Jeden z blogerów podsumowuje, że bardziej niż lemingów przypominają zamachowców w imię ideologii podkładających bomby pod Kapitol, pod amerykańską gospodarkę i pod cały kraj.

Z jak zamknięte

Taka wywieszka bije dziś po oczach jak Ameryka długa i szeroka. Zamknięte są wszystkie parki narodowe, muzea, państwowe uniwersytety; nie pracuje NASA. Administracja rządowa jest największym pracodawcą w kraju – 400 tys. ludzi siedzi w domach i czeka na to, co będzie dalej, a ponad 800 tys. ma wstrzymane wypłaty. Kongresman Meadows, ten, który w sierpniu wysłał list z żądaniem ukatrupienia reformy zdrowia, zapowiada wspaniałomyślnie, że też nie przyjmie swojego czeku. W przeszłości rząd USA zamykano już 17 razy, ostatnio – na 28 dni – w 1995 r. za prezydentury Billa Clintona. Jednak nigdy paraliż nie następował w czasie tak głębokiego kryzysu.

„Jak to się stało, że system zaprojektowany, żeby spełniać żądania całego narodu, został przejęty przez garstkę radykałów” – pyta retorycznie komentator „New Yorkera” Evan Osnos. Joe Nocera pisze w „New York Timesie”, że kraj zamienia się w republikę bananową. Histeryczne kłótnie polityków blokują wszelkie reformy. Choć to bankierzy wpędzili Amerykę i pół świata w tarapaty, nie da się zreformować Wall Street. Choć w kraju mieszka i pracuje 12 mln nielegalnych przybyszów, Kongres nie potrafi się dogadać w sprawie reformy imigracyjnej. Choć szaleńcy strzelają w szkołach do dzieci, nikt im nie odbiera karabinów. Zamiast tego Ameryka szykuje się na kolejną polityczną awanturę. W połowie października mija termin podniesienia limitu krajowego zadłużenia. Jeśli republikanie postawią w tej sprawie weto, USA nie będą miały z czego spłacać odsetek od swoich zagranicznych długów. Imperium po prostu zbankrutuje. ■

Okładka tygodnika WPROST: 41/2013
Więcej możesz przeczytać w 41/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także