Czeski film

Czeski film

Komuniści, ekstremiści, erotyczne skandale, korupcja. Czeska polityka gnije.

Po ogłoszeniu wyniku wyborów w poprzednią sobotę media doniosły, że w podpraskim zameczku prezydenta Miloša Zemana odbywa się tajne nocne zebranie. Kamery zarejestrowały kilka aut z przyciemnionymi szybami i światła w oknach zamku. Nazajutrz prezydium zwycięskiej socjaldemokracji przegłosowało nagle, że lider partii – skromny prawnik Bohuslav Sobotka – zostaje usunięty z zespołu, który ma negocjować nową koalicję. Wezwało go też do ustąpienia ze stanowiska prezesa. – To jest pucz – oznajmił jeden ze zwolenników Sobotki. – Stoi za tym prezydent Zeman. Przepychanki słowne trwały kilka dni. Człowiek Zemana w socjaldemokracji Michal Hašek, patrząc w kamerę, powtarzał: – Nie było żadnego spotkania z prezydentem. To są plotki.

Prażanie wyszli na ulice z poparciem dla Sobotki. On sam, wbrew opinii słabego biurokraty, zbuntował się i zapowiedział, że nie ustąpi. Dzień później inny uczestnik nocnego spotkania maglowany przez dziennikarzy pękł i się przyznał. Władze partii przywróciły Sobotkę do zespołu negocjacyjnego i na razie to on wygląda na zwycięzcę rozgrywki. Mimo to nikt nie ma wątpliwości, że Zeman tak łatwo broni nie złoży. Wiadomo, że ma wielki apetyt na władzę. Wbrew tradycji, w której prezydent pełni funkcję reprezentacyjną, próbuje poszerzać swoje wpływy, poruszając się na granicy prawa. Od lata krajem rządzi posłuszny mu tymczasowy gabinet Jiřiego Rusnoka. Zeman chce, żeby koalicja rodziła się jak najdłużej. Od wybuchu powyborczej awantury prezydent nie pokazuje się publicznie. Oficjalnie miał wypadek – potknął się w nocy, idąc do łazienki, i uszkodził łąkotkę. Ale nie ma takiego wypadku, po którym Zemanowi przeszłaby ochota na intrygi. Chaos w Czechach będzie trwał.

Kajdanki z różowym futerkiem

Zawierucha zaczęła się latem, kiedy dziennikarze prześcigali się w pikantnych szczegółach erotyczno-korupcyjnej afery ówczesnego premiera Petra Nečasa. Jak się okazało, był on w zażyłych stosunkach z szefową swojego gabinetu, postawną blondyną Janą Nagyovą. Brukowce od dawna podejrzewały parę o romans i sugerowały, że grzeczniutki katolik z Moraw zwiedziony przez agresywną dominę przeżywa swój słodki kryzys czterdziestolatka. Policyjne śledztwo, rewizja w gabinecie premiera, a przede wszystkim towarzyszące temu przecieki do prasy wersję tę potwierdziły. Media ekscytowały się opowieściami o bitej śmietanie zlizywanej z ciał. Sensacyjny tygodnik „Reflex” poszedł na całość i na okładce zamieścił fotomontaż przedstawiający Nagyovą w czarnych lateksach, z pejczem w dłoni i premiera u jej stóp.

Na drugi plan zeszło tło korupcyjne tej historii. Wiadomo, że chodziło głównie o stanowiska w państwowych firmach rozdawane posłom w zamian za wspieranie rządu. Procederem tym miała ponoć zarządzać właśnie Nagyova, korzystając z pomocy tajnych służb. Przy okazji inwigilowana miała być żona premiera. Małżonkowie wcześniej zdecydowali się na dyskretną separację. Nečas i Nagyova obawiali się że porzucona żona zrobi publiczny skandal, krążyły też wieści, że przystąpiła do świadków Jehowy. Tajniacy mieli jej po prostu dyskretnie pilnować. Minęło parę miesięcy i dziś Czesi mają wrażenie, że sprawa się rozmyła. W lecie sąd zwolnił z aresztu wszystkich zatrzymanych, łącznie z Nagyovą. Postępowanie w prokuraturze ugrzęzło w detalach. Nie ma już nowych doniesień ani o sztabach złota ukrytych pod podłogą, ani o kajdankach z różowym futerkiem. Sam Nečas od początku się dziwił, że wokół sprawy kupczenia stanowiskami wybuchła afera: – To normalne polityczne kompromisy – zapewniał i wyglądał na człowieka, który naprawdę wierzy w to, co mówi.

Im bogatszy, tym lepszy

Zagranicznych obserwatorów czeska polityka zadziwia. Weźmy taką Komunistyczną Partię Czech i Moraw. Od lat 90. nieprzerwanie jest trzecią, a czasem nawet drugą siłą w parlamencie. Partia celowo nie zmieniła ani nazwy, ani retoryki – jej działacze nadal gadają o marksizmie-leninizmie i utrzymują kontakty z towarzyszami z Kuby i Korei Północnej. Jednak pozycja komunistów w Czechach jest konsekwencją czeskiej historii i kultury politycznej.

Między nimi a prawicą ustalił się trwały kompromis. Prawica w kolejnych wyborach straszy powrotem komunizmu i dzięki temu wygrywa. Komuniści jak na zamówienie wolą prowokować portretami Lenina, niż się zreformować i wejść do jakiejkolwiek koalicji. Zresztą gdyby nawet ich program potraktować poważnie, to pozostaje jeszcze kwestia skuteczności. Polityków mainstreamu od lat wyzywają od aferzystów, ale nigdy nie pomogli odkryć ani jednej z licznych afer. A przecież zasiadają w parlamencie, w korytarzach mijają pętających się tam lobbystów, mają dostęp do dokumentów – i nic.

W tym roku zrobiło się o nich głośniej, bo przed październikowymi wyborami pojawiła się szansa, że jednak zaczną współrządzić. Otwarcie mówili o tym idący do zwycięstwa socjaldemokraci – że teraz, kiedy prawica został zdruzgotana przez obyczajowy skandal z premierem Nečasem, współrządzenie z komunistami przestaje być tabu. Zrobił się taki szum, że czeskich pogrobowców Lenina zauważyły nawet światowe media. Zupełnie jakby nagle wyrośli spod ziemi. Tymczasem dostali wynik nieco gorszy niż zwykle i wizję współrządzenia krajem trzeba było zrewidować. Komuna zostaje więc w opozycji jak przez ostatnie dwie dekady. Rządzić najprawdopodobniej będzie socjaldemokracja w koalicji z chadekami oraz partią biznesmena Andreja Babiša ANO. Ta druga naprawdę wyrosła spod ziemi – jeszcze latem sondaż nie dawał jej szans na przekroczenie progu wyborczego. Ostatecznie skończyła na drugim miejscu. Niewiele o niej wiadomo poza tym, że jej właściciel ma dużo pieniędzy, dwa ogólnokrajowe dzienniki i chce obniżyć podatki. W nowym parlamencie jest jeszcze jedna podobna efemeryda, o której wiele mówi już sama nazwa: Świt Bezpośredniej Demokracji. Jej lider, pół Japończyk, pół Czech Tomio Okamura jest biznesmenem i – jeśli nie liczyć jego niechęci do zamieszkującej kraj 250-tysięcznej mniejszości romskiej – jest kompletnie nieprzewidywalny.

Nie bać się i nie kraść

Od prawie 20 lat czeskim tematem numer jeden jest korupcja na szczytach władzy. – Gdyby ludzi spytać, czego chcą od polityków, odpowiedzieliby po prostu: „Do diabła, przestańcie kraść!” – mówi nam czesko-słowacki publicysta Martin M. Szimeczka. Matką wszystkich afer jest historia, po której padł rząd premiera Vaclava Klausa w latach 90. Żeby ukryć nielegalne wpływy, partyjni sekretarze wpisywali na listy sponsorów nieistniejących ludzi, m.in. z egzotycznej wyspy Mauritius. Przesadzili i dziennikarze się połapali. Skandal doprowadził do rozpadu partii rządzącej, upadku gabinetu i przedterminowych wyborów.

Śledztwo i proces sądowy ciągnęły się jednak latami. Nikt niczego nie pamiętał. Pieniądze – jak twierdzili świadkowie – w reklamówce przywiózł „Pepa z Hongkongu”, ale jego nazwiska nikt nie znał, nikt nie potrafił wskazać adresu ani telefonu. Skończyło się na niczym, pozostał niesmak i wrażenie bezkarności „tych na górze”. Założyciel nowoczesnej Czechosłowacji, pierwszy prezydent tego kraju Tomáš G. Masaryk, pozostawił po sobie lapidarną radę dla rodaków, co robić w warunkach odzyskanej wolności: „Nie bać się i nie kraść”. Dzisiejsze czeskie elity za tą radą nie poszły. Obywatele żyją w przekonaniu, że złodziejstwo jest ich narodową wadą. – Jak mu to napiszą na pomniku, to ktoś te literki z brązu w nocy urwie i sprzeda na złom – zżymali się w czasie budowy pomnika Masaryka na pl. Hradczańskim w 2000 r. Nic takiego się jednak nie stało. Może dlatego, że stanął pomnik bez napisu. ■

Okładka tygodnika WPROST: 46/2013
Więcej możesz przeczytać w 46/2013 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0