Katohipsterzy

Katohipsterzy

Zdystansowani od kościelnego mainstreamu katoliccy hipsterzy pokazują, że w awangardowym podejściu do wiary nie ma nic złego.

Boga można znaleźć w drugim człowieku, a w Starbuniu [czyli Starbucksie, popularnej sieciowej kawiarni – red.] jest wiele osób – mówi Jolanta Szymańska. 24-latka w sieci lepiej jest znana jako blogerka Hipster Katoliczka. Z wykształcenia jest muzykiem, a w październiku będzie magistrem prawa. Zajmuje się prawem autorskim i własnością intelektualną, bo to najlepiej współgra z jej zainteresowaniami. Uwielbia sztukę współczesną i wymagającą literaturę, od Goethego po Becketta. Fakt, że mieszka w Krakowie, także sprzyja hipsterskiemu podejściu do życia. – W wolnych chwilach piszę powieść o życiu mojej prababci – zaznacza. I dorzuca, że do pisania używa pióra.

Hipster Katoliczka, autorka bloga „soulstajlowego”, twierdzi, że w Kościele jest wielu młodych ludzi, których – tak jak ją – cieszy kultura, sztuka, literatura, wizyta w muzeum. Albo nawet wyjście na kawę do Starbucksa lub na piwo do hipsterskiej knajpy. Jako że ludziom tym nie zawsze jest dane znaleźć pokrewną duszę we własnym kościelnym środowisku, ona chce do nich dotrzeć przez internet. Katolickim hipsterom radzi więc, co czytać i czego słuchać. Podrzuca pomysły na boskie stylizacje. Tak zwany katoLOOK i równie katolicki wystrój wnętrz. Sama nie ma oporów, by nazywać się hipsterką. Choć twierdzi, że określenie to wymaga przymrużenia oka. Jak większość przedstawicieli tej subkultury interesuje się modą. Nosi duże, ostatnio fioletowe okulary. I nie widzi przeszkód, by w modnych ciuchach iść do kościoła. Co więcej, nie uważa się za reformatorkę, bo jej zdaniem cały katolicyzm jest bardzo hipsterski. – Po pierwsze dlatego, że jest dziś alternatywą. Poza tym jest slow, eko i vintage. Czyli spełnia wszystkie kryteria hipsteryzmu – dodaje.

Jej słowa tylko potwierdzają tezę, którą już rok temu postawiła diecezja brooklyńska, organizując kampanię społeczną. Na billboardach pokazano Chrystusa w szlafroku i conversach, z podpisem: „The Original Hipster”. Pokazując pierwowzór hipstera, czyli Chrystusa, który był przecież przeciwnikiem mainstreamu, duchowni chcieli zwrócić uwagę pokolenia 20-latków. Tych, którym bliżej jest do agnostycyzmu niż gorliwej wiary. Uzmysłowienie im, że gdyby Chrystus żył dzisiaj, też byłby hipsterem, miało być jedną z form dotarcia z przekazem. Katolickich hipsterów z Polski nikt do tego przekonywać nie musi.

RYSY MADONNY

Kim jest katohipster? Ktoś mógłby odpowiedzieć, że praktykującym młodym katolikiem, który nie ma oporów, by o Bogu rozmawiać w jednej z knajp przy warszawskim placu Zbawiciela. I nie byłoby w tym nadużycia. Tyle że katohipsteryzm przejawia się na różne sposoby i przyjmuje różne formy. Jolanta Szymańska stworzyła swojego bloga między innymi po to, by przełamywać stereotypy funkcjonujące w środowiskach, które nie śledzą najnowszych trendów. I te dotyczące ludzi wierzących, i te dotyczące hipsterów. – Hipster jest określeniem pejoratywnym. Kojarzy się z lekkoduchem-pseudointelektualistą. Katolik zaś ze swego rodzaju zacofaniem – stwierdza. I dlatego udowadnia, że intelektualistka i katoliczka, do tego świetnie rozumiejąca blogosferę, może z powodzeniem w Polsce funkcjonować. Zresztą tak, jak choćby katoyoutuber, który robi znak krzyża, a potem instruuje internautów, jak rozpoznać wolę bożą. Niby niszowa działalność, ale siedem argumentów Mikołaja Kapusty przemawiających za wiarą obejrzano ponad 30 tys. razy.

Z powodzeniem działają też producenci ciuchów oznaczonych odniesieniami do Boga. Bo katohipster zamiast ray-banami woli się wyróżniać T-shirtem z księdzem Popiełuszką albo Janem Pawłem II. Może włożyć też koszulkę z dwoma ciętymi rysami, jak te z jasnogórskiego obrazu Czarnej Madonny. – Nasze koszulki przyciągają sporo osób, które do tej pory nie miały pomysłu na identyfikowanie się ze swoją wiarą w sposób dla siebie znaczący, a dla świata delikatny i subtelny – mówi Natalia Białobrzeska, teolog, współtwórczyni marki Rokokoko, przeznaczonej między innymi dla katohipsterów. Katohipster może iść pod prąd mainstreamowi, kupując mieszkanie w apartamentowcu. Tyle że takim, w którym wchodzących wita ołtarzyk z Maryją. W Warszawie znalazł się nawet deweloper, który w podwórku zmodernizowanej kamienicy przy Ząbkowskiej 5 ustawił figurę Matki Boskiej. Odnowioną wersję tej samej, która w tym miejscu stała od dziesięcioleci. Co ciekawe, jedna z klientek od kapliczki uzależniała zakup dwóch mieszkań. Skoro Maryja błyszcząca nowością stoi – kobieta nie musi się wahać.

Z BOGIEM NA PIWO

Katohipsterzy bez problemu mogą się też odnaleźć w sieci. – Młodych, którzy zaczęli tworzyć katolicką awangardę, jest w Polsce coraz więcej – ocenia katolicki dziennikarz Piotr Żyłka. I między innymi dla niej on sam stworzył i prowadzi profil faceBóg oraz polski profil papieża Franciszka. Uznawany jest za „katolickiego Wardęgę”, choć w działalności obu panów porównywalna jest jedynie skuteczna walka o odbiorców. Dziecko Żyłki, profil faceBóg, śledzi 150 tys. internautów. Profil papieża Franciszka – 177 tys. Do tego pisze autorskiego bloga i pracuje w redakcji portalu Deon. Czyli – kolejne dziesiątki tysięcy odbiorców. Zyskuje ich, bo doskonale ocenił grupę docelową. Wie, że mem z oryginalnym, kontrowersyjnym hasłem skłania do myślenia. – Jestem przeciwnikiem patetycznego podejścia do wiary – deklaruje. – Kościółkowa, ciężkostrawna forma niektórych odrzuca. Tymczasem wiele rzeczy można w Kościele osiągnąć w sposób intrygujący. Można eksperymentować i prowokować, oczywiście tak, by nie urazić uczuć innych – dodaje. I doskonale wie, o czym mówi. To między innymi Piotr Żyłka stoi bowiem za Ice Bucket Challenge w wykonaniu jezuitów z Krakowa. – Nam kropidło wystarczy – oznajmili na nagraniu zakonnicy i zamiast wylewać na siebie wiadra wody, oddali głos Janinie Ochojskiej. A założycielka Polskiej Akcji Humanitarnej już tylko zaapelowała, byśmy wspierali dobre akcje pomocy w sposób mądry. Bo są na świecie miejsca, w których woda jest na wagę złota.

Nagranie stało się hitem sieci. Sam Żyłka dziś przyznaje, że dopóki Kościół w Polsce, choćby śladem jezuitów, nie zdecyduje się na odważne formy ewangelizacji, dobrze, że istnieją świeccy, hasłowo nazywani hipsterami, którzy chcą bariery przełamywać. – Jest coraz więcej młodych katolików, którym nie wystarcza to, co proponują im media. Chcą czegoś więcej i chcą, aby to „coś więcej” nie bagatelizowało Boga i wiary. Bo niestety rozmowy, choćby o kulturze i sztuce, często prowadzi się w mediach z nutką ironii i dystansu w stosunku do Kościoła – zauważa Hipster Katoliczka. A prawdziwi katohipsterzy do kwestii wiary podchodzą bardzo poważnie. Skoro tak, muszą spotykać się w podgrupach. Na przykład przy kuflu piwa. Publicystka Ewa Kiedio wraz z grupą przyjaciół skupionych wokół magazynu „Dywiz” już od dwóch lat organizuje w Warszawie spotkania o nazwie „Jedno z drugim”. Po mszy świętej w warszawskiej archikatedrze grupa kilku, czasem kilkunastu osób wybiera się do knajpy, by tam dyskutować. Nie tylko o Kościele. – W zasadzie nie moderujemy dyskusji. Chodzi o to, by uczestnicy spotkań swobodnie mogli rozmawiać o sprawach, którymi żyją – przyznaje. Jak mówi, najmłodszy uczestnik spotkań miał 16 lat. Najstarsi, małżonkowie, byli po siedemdziesiątce. – Zawsze pojawia się ktoś nowy. Widełki wiekowe nie obowiązują – podkreśla. Kto chce, może sprawdzić w środę 24 września. – Jak zwykle zaczynamy mszą o 19 w archikatedrze na Starym Mieście – zaprasza Kiedio.

Tym, którzy mają wątpliwości, czy Kościół nie ma nic przeciwko takim spotkaniom przy piwie, warto przypomnieć akcję krakowskiego Dominikańskiego Duszpasterstwa Akademickiego „Beczka”. Duszpasterstwo w Klubie pod Jaszczurami regularnie organizuje spotkania pod hasłem „Teologia z prądem”. I zezwala na dyskusję o Bogu z kuflem piwa w dłoni.

MAJOWE W BRAMIE

Lista inicjatyw organizowanych przez młodych katolików z awangardowym podejściem do Kościoła jest o wiele dłuższa. Ewa Kiedio stoi także za pomysłem organizowania dość elitarnych nabożeństw majowych i czerwcowych przy warszawskich kapliczkach. Dla grupy wywodzącej się z magazynu „Dywiz” nabożeństwa pod kapliczkami mają być sposobem na odnajdywanie pobożności miejskiej. W czasie kilku takich modlitw zorganizowanych w tym roku frekwencja, jak podkreślają organizatorzy, była spora. Mimo że – na co zwracają uwagę – nie dysponują dużymi możliwościami promocyjnymi. I nie stoi za nimi żaden silny tytuł prasowy. – W kontekście całego Kościoła grupa 20 osób nie znaczy wiele, ale dla nas to pozytywny znak, że takie inicjatywy są potrzebne. Kameralność tego grona ma zresztą swoje plusy, daje szansę na bezpośrednią rozmowę i poznanie się – podkreśla Kiedio. I dodaje: − Dzięki takim spotkaniom mamy poczucie, że udało nam się wejść w społeczność, wcisnąć się w tkankę miejską.

Choć bywało, że grupa rozmodlonych osób stojących pod jedną z kapliczek umiejscowionych w bramie starego budynku na przypadkowych przechodniach robiła wrażenie. Kiedio przyznaje, że nikt nie reagował negatywnie. Ale bywało, że mieszkańcy niektórych kamienic udawali, że odmawiających litanię nie widzą. Albo odwrotnie, za wszelką cenę chcieli zaznaczyć swój teren. − W jednej z bram przy Emilii Plater dwóch podpitych mężczyzn najpierw badawczo na nas zerkało. Po chwili jeden z nagim torsem, a drugi w samych slipach podeszli pod samą kapliczkę, pokłonili się i poszli dalej. Po jakimś czasie wrócili na podwórko z nowymi butelkami wódki. Zdarzały się także bardzo pozytywne reakcje. Kilku mieszkańców jednej z kamienic wyszło włączyć się w modlitwę. Później zapraszali nas, aby w kolejnym tygodniu to powtórzyć – opowiada. Październikowych modlitw różańcowych w przestrzeni miejskiej jednak nie będzie. – Doszliśmy do wniosku, że w przypadku różańca takiej tradycji nie ma, nie chcemy więc działać na siłę – mówi Kiedio.

A Błażej Strzelczyk z „Tygodnika Powszechnego”, autor bloga #FollowJezus, dodaje, że działania młodej katolickiej inteligencji, jak choćby te organizowane przez „Dywiz”, nie powinny nikogo dziwić, bo religijność może objawiać się także w przestrzeniach, w których wypoczywamy, spotykamy się z przyjaciółmi, bawimy się. Jego zdaniem takie działania pozwalają oswajać wiarę i nadawać jej współczesny sznyt. Przy jednoczesnym respektowaniu zasad dogmatu Kościoła. Strzelczyk dodaje też, że w nabożeństwach pod miejskimi kapliczkami nie zawsze chodzi stricte o ewangelizację. – Są organizowane, bo sami chcemy się tak modlić i właśnie tak wyrażać religijność. Robimy to dla naszej wiary i dla naszego kontaktu z Panem Bogiem. A że czasem dołączają do nas inni, to fantastycznie, bo czekamy na nich z otwartymi rękami – mówi.

I przypomina słowa czeskiego filozofa, Tomáša Halíka, który twierdzi, że popkultura jest najgorszą rzeczą, jaka może spotkać Kościół. – Halík uważa, że przetrwać może tylko Kościół intelektualny. Przyznam, że ja w tym kontekście jestem rozdarty. Jedną nogą staram się być w Kościele, który może czasem nam się jawić jako zaściankowy lub idealny dla starych ludzi. A drugą stać w świecie współczesnym, który mnie pociąga i inspiruje. Taka forma działalności sprawia, że dostaję baty od strony kościelnej, bo zdaniem wielu powinienem stać po stronie tradycji. W podobnej sytuacji jest wiele osób, które wyznaczają nowe szlaki – podkreśla. Czy oryginalność w podejściu do wiary może nieść jakieś zagrożenia? Może. Niektórzy mogą mieć pokusę, by lansować się na Bogu. – W wielu sytuacjach sposób przeżywania religijności, taki lifestylowy, może dawać korzyści wizerunkowe – ocenia Strzelczyk. – T.Love w utworze „Lucy Phere” śpiewa „Chodźmy razem więc w drogę; Będziesz mówił o Bogu; Ja ci zrobię fantastyczny PR”. Każdy z nas powinien mieć taki wewnętrzny głos sumienia, który w razie czego przypomni, że najważniejszy jest Jezus. I wszystko, co robimy, robimy dla niego i przez niego – dodaje publicysta.

Hipster Katoliczka zapewnia, że Bóg nie służy jej jako narzędzie do lansu. Twierdzi też, że jej działania nie są wymierzone przeciwko Kościołowi. – Nie czuję, by w polskim Kościele czegoś brakowało albo by był zamknięty na młodych – mówi. Ale ponieważ we wspólnocie nie znalazła „przestrzeni intelektualnej”, która by jej odpowiadała, postanowiła tworzyć ją sama. Jak na katohipsterkę przystało. �

Okładka tygodnika WPROST: 38/2014
Więcej możesz przeczytać w 38/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także