Afera podsłuchowa. Kulisy

Afera podsłuchowa. Kulisy

Naciski służb specjalnych, nagonka polityków, mediów i biznesu, kulisy największej afery ostatnich lat. 6 października oficjalna premiera książki Sylwestra Latkowskiego i Michała Majewskiego „Afera podsłuchowa. Taśmy »Wprost«”. Prezentujemy fragmenty książki.

Mam problem z dotarciem do Sienkiewicza – stwierdził Latkowski i wyjaśnił, że rozmowa z nim jest konieczna. – Nie chcę z nim rozmawiać tylko o zawartości taśmy, jego rozmowie z Belką. Choć są tam skandaliczne wątki. Interesują mnie okoliczności, fakt wielomiesięcznego nagrywania, chcę porozmawiać o zagrożeniach, jakie wynikają z tej sytuacji. Ta sprawa wszystkich przerasta, jak widzę. – Bo czegoś takiego nie było w historii – rzucił rzecznik CBA Jacek Dobrzyński. Paweł Wojtunik, szef CBA, podniósł się z krzesła i poszedł za swoje biurko. Podniósł słuchawkę rządowego telefonu. – To sprawa wagi państwowej – powiedział do słuchawki. Chwilę z kimś porozmawiał, coś tłumaczył i po wszystkim wkurzony walnął słuchawką. – Widzisz sam – zwrócił się do Latkowskiego.

– Jaśnie pan nie ma teraz czasu. A przecież słyszy, że szef służby mówi „sprawa wagi państwowej”. Rzeczywiście, była to dla wszystkich sytuacja krępująca. Latkowski ujrzał, że szef MSW lekceważy szefa CBA i jego „sprawy wagi państwowej”. Teraz mniej się dziwił temu, co słyszał w ostatnich miesiącach. O tym, że z ministrem spraw wewnętrznych trudno się współpracuje. Że oderwał się od ziemi, otoczył murem, poczuł władzę i stał się apodyktyczny. Do redakcji napływały sygnały o kiepskich nastrojach w policji, w BOR. Nie było powodu, by Sienkiewicz prezentował aż taką wyższość i pewność siebie.

Po kilkunastu minutach znów zadzwonił telefon. Szef CBA podszedł do niego i odebrał. – Rządówka – powiedział niepotrzebnie do Latkowskiego Dobrzyński. – Panie ministrze, sprawa wagi państwowej – wyjaśniał Wojtunik do słuchawki. Umówili się wreszcie na spotkanie. „Na całe szczęście” – pomyślał Latkowski. Pożegnał się z szefem CBA i jego rzecznikiem. – Dam ci znać, czy się z tobą spotka, ale nie ma wyboru. Musi, tu chodzi o państwo – rzucił Wojtunik na odchodne. Kilka godzin później szef CBA zadzwonił do Latkowskiego. – To bufon, nie zgodził się – usłyszał w słuchawce. – Jego sprawa. Zrobiłem, co w mojej mocy – odparł szef „Wprost”.

***

– „Puls Biznesu” tego nie puści Nisztorowi, bo oni chcą żyć w zgodzie z NBP – ciągnął Cezary Bielakowski. – Nie dadzą rozmów Belki. Nie wejdą w konflikt z NBP, bo stracą reklamy. – Tak, NBP potrafi kupować sobie spokój w mediach – żachnął się naczelny. Pamiętał, że kilka lat temu, kiedy pracował jako szef działu społecznego w tygodniku „Wprost”, przyszedł do niego pracujący wówczas w „Polityce” Cezary Łazarewicz ze zdumiewającą propozycją publikacji we „Wprost” tekstu o Narodowym Banku Polskim. Redaktor naczelny „Polityki” Jerzy Baczyński zablokował mu artykuł u siebie, ale łaskawie pozwolił opublikować u konkurencji. Powód zakazu? Redakcja „Polityki” wydawała dodatek NBP. Baczyński jako prezes Spółdzielni Pracy „Polityka” i jednocześnie redaktor naczelny nie chciał rezygnować z wpływów. – Jeśli ma dobry materiał, opublikuję. Zadzwoń do Nisztora, żeby szybko przyjechał – Latkowski powiedział do Bielakowskiego. Dopili kawę. Czarek wyszedł z gabinetu, żeby zadzwonić do Piotra Nisztora.

***

Skończyli pić piwo. Obsługa restauracji zaczęła sprzątanie. Zapłacili i opuścili lokal. – Rozmawiałem z dziennikarzami, mówią: „A co by było, gdyby nas nagrali, kiedy mówimy o tych kwestiach?” – powiedział Marcin Kaszuba, rzecznik NBP. – Czasami zachowujemy się jak szewc. Każdy z nas czasami jest szewcem. No niestety, ten język polski schamiał. W ogóle wszystko spsiało. Zaczęli spacerować. – Belka to jest wrażliwy facet. Pod maską silnego gościa. On to strasznie przeżył. Ja to muszę powiedzieć, tak? Może nie powinienem mówić. I jeżeli on będzie musiał przez to przechodzić jeszcze dalej, to boję się, że powie: „Ja nie muszę tego robić i rezygnuję”. Belka był tam po raz pierwszy. – Wiem o tym. – I ostatni. Ja nie mam pretensji o to, że wyście to zrobili, bo wyście tak naprawdę mieli jaja, żeby to wydrukować. Długo chodzili uliczkami Mokotowa. Przeszli na ty. W pewnym momencie Kaszuba zaproponował Latkowskiemu, by ten spotkał się z Belką. – Załatwię wam spotkanie. Musicie koniecznie porozmawiać ze sobą, poznać się. – Chętnie. Latkowski zauważył, że nie spacerują sami ciemnymi, opustoszałymi uliczkami. Za nimi podążał czarny mercedes. Za kierownicą siedział BOR-owiec. „Komu po spotkaniu Kaszuba zda relację?” – zastanawiał się naczelny.

***

Dziennikarze „Wprost” brali pod uwagę, że to może nie być koniec. I że za chwilę mogą się pojawić śledczy w jeszcze większej liczbie, by siłą przeprowadzić przeszukania. W postanowieniu wymieniane były nazwiska wielu dziennikarzy, których takie przeszukania mogły dotknąć – w piśmie byli wymienieni wszyscy podpisani pod serią pierwszych tekstów o taśmach. Nie było wśród nich jednego ze znanych dziennikarzy „Wprost”, Anny Gielewskiej. Wzięła ona na siebie nietypowe zadanie. Chodziła z dużym plecakiem od biurka do biurka, między osobami wymienionymi w papierach prokuratury. – Dawać laptopy, pendrive’y, wrażliwe notatki – mówiła z zawadiackim uśmiechem. Wszystko to lądowało w plecaku i zostało w nocy przez nią dyskretnie wywiezione z redakcji. Wróciło następnego dnia. Dziennikarze i wydawca postanowili bezpiecznie wywieźć laptopa i… redaktora naczelnego. Kierowca prezesa wydawnictwa Michała Lisieckiego to były funkcjonariusz Biura Ochrony Rządu. Szybko opracował plan. W redakcji nadal przebywał tłum dziennikarzy, którzy chcieli jeszcze porozmawiać o wydarzeniach, o tym, co dalej. Dziennikarze „Wprost” podeszli do nich, robiąc z siebie ścianę, za którą Latkowski mógł spokojnie opuścić korytarz i zjechać windą do garażu. Były BOR-owiec poprosił, aby Latkowski położył się na kanapie auta. Kilka minut później jechali szybko ulicami Warszawy. – Pokrążymy jeszcze i podjedziemy pod twój dom – powiedział do naczelnego. – Gdyby tam czekali na ciebie, ja wysiadam z samochodu i idę do nich, a ty wskakujesz na moje miejsce i gaz do dechy. Uciekasz!

***

Zamówili taksówkę. Ta szybko podjechała pod restaurację. Gdy wpakowali się na siedzenie, Latkowski zobaczył w iPhonie, że na jego skrzynkę przyszedł nowy mail. Był w nim adres do dysku w tzw. chmurze, link dostępu i wiadomość, że dysk zniknie za 30 minut. Mail był podpisany: „Patriota”. Latkowski kazał ruszyć kierowcy w stronę redakcji, sam sięgnął po laptopa. Majewski w myślach zastanawiał się często, po cholerę Latkowski zawsze taszczy ze sobą tyle sprzętu. Komputer, iPad, aparat fotograficzny i diabli wiedzą, co jeszcze. Teraz dziękował opatrzności, że targa ze sobą cały ten tobół. Latkowski podłączył laptopa do internetu, używając osobistego hotspota w telefonie. Szybko dostał się do dysku zawieszonego w „chmurze”. Były tam cztery pliki dźwiękowe: Sikorski-Rostowski, Gawłowski-Wawrzynowicz, Graś-Krawiec, Karpiński-Krawiec-Gawlik. Majewski zaglądał Latkowskiemu przez ramię. Ten natomiast zaczął ściągać pliki. Nie szło to jednak tak błyskawicznie jak w filmach akcji z Tomem Cruisem. – Nie możemy z tym wjechać do redakcji. Musimy mieć kopie. Niech pan się tu zatrzyma – rzucił do taksówkarza. Stanęli na parkingu przy jednej z bocznych uliczek odchodzących od Żwirki i Wigury. Procenty pokazujące postęp w ściąganiu plików wolniutko szły w górę, a kolejne sekundy, które to zajmowało, dłużyły się Latkowskiemu i Majewskiemu jak nigdy w życiu.

***

Latkowski i Majewski wracali ze spotkania na mieście. Już w aucie naczelny zobaczył, że ma nieodebrane połączenie od jednego z dziennikarzy, który od kilku tygodni zajmował się aferą taśmową. Postanowił oddzwonić. Na ekranie pokładowego komputera auta wyświetliło się nazwisko i numer telefonu reportera, działał system głośnomówiący. Nagle Majewski i Latkowski usłyszeli głos swego kolegi po fachu. Ale nie mówił do nich, lecz do kogoś, z kim rozmawiał na żywo. Najpewniej nieopatrznie wcisnął zieloną słuchawkę zamiast czerwonej, by odrzucić połączenie, i dlatego Latkowski oraz Majewski mogli słyszeć tę rozmowę. Wyglądało to jak wywiad. Rozmówcą był bardzo znany prawnik, którego obaj dziennikarze „Wprost” niemal natychmiast poznali po głosie. Stawiane przez dziennikarza pytania i zawarte w nich sugestie były kuriozalne. Latkowski i Majewski z niedowierzaniem kręcili głowami. – Czy dziennikarzom, którzy opublikowali nagrania, można przedstawić zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej? Byłoby to przecież logiczne – pytał reporter, który na co dzień przymilał się do Latkowskiego i Majewskiego, udając przyjaciela. Jego rozmówca tłumaczył, że byłoby to trudne: – Musiałby pan udowodnić, że działali w porozumieniu i dla jakiegoś określonego celu. Z tego, co wiem, tak nie było. Nie ma cienia dowodu, że dziennikarze brali udział w zakładaniu, zlecaniu tych podsłuchów.

Majewski zakrywał usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Podnosił kciuk do góry, słysząc tę wymianę zdań. Latkowski zatrzymał auto na poboczu, by z wrażenia nie spowodować wypadku. – Może zarzut paserstwa byłby odpowiedni dla dziennikarzy „Wprost”? – podrzucał nowy trop dziennikarz. – Wie pan co, powiem tak: Dla mnie te rozmowy są szokujące. Znałem Skubiszewskiego, Geremka, Mazowieckiego i kilku innych polityków. I sobie nie wyobrażam, żeby oni prowadzili rozmowy w tym stylu. To całkowity upadek obyczajów… Połączenie się zerwało. Wreszcie Latkowski i Majewski mogli wybuchnąć szczerym, głośnym śmiechem.

***

Latkowski siedział w gabinecie wydawcy Michała Lisieckiego wraz z jego żoną Katarzyną Gintrowską, wiceprzewodniczącą rady nadzorczej wydawnictwa, która kieruje marketingiem i reklamą. Ostatnie wydarzenia zbliżyły redaktora naczelnego i tę dwójkę. Byli pod tym samym ciężkim ostrzałem. Nikt w tym gabinecie nie miał świeżej, wypoczętej twarzy. Wszyscy spali po dwie, trzy godziny i każdy kolejny dzień był dla nich wyzwaniem. – Ludzie, którzy mają władzę w spółkach, po cichu gratulują nam odwagi, ale mówią, że prawdziwa władza, czyli politycy, nam nie odpuszczą i zmuszą ich do zerwania współpracy reklamowej z „Wprost” – powiedziała Gintrowska. Latkowski wysłuchał, jak zaczyna się zabijanie wydawcy. Opowieści Lisieckiego i Gintrowskiej nie pozostawiały złudzeń. Przypominało to rosyjskie standardy. Wydawca miał teraz zapłacić cenę za utrzymywanie niezależności redakcji. Zaczną się kontrole, ostracyzm. – Mam nadzieję, że was nie załatwią, a tym samym nas – powiedział Latkowski i dodał: – Muszę iść, zostało jeszcze kilka godzin do druku. – Co dajesz na okładkę? Kulczyka? – zapytał Lisiecki. W tym numerze publikowano listę 100 najbogatszych Polaków. Kulczyk zajmował pierwsze miejsce. – Gdybym miał taśmę Kulczyka, byłby na okładce – zażartował Latkowski.

***

26 czerwca, czwartek. W redakcji trwały prace nad kolejnym numerem „Wprost”. Upłynął tydzień od wejścia ABW. O tamtych wydarzeniach przypominały rozwalone drzwi z gabinetu redaktora naczelnego oparte o ścianę na korytarzu. Prawie wszystkie biurka w newsroomie były zajęte. Pełna mobilizacja. Latkowski omawiał ze swoim zastępcą Marcinem Dzierżanowskim szpigiel tygodnika, który w sobotę nad ranem znajdzie się w drukarni. Wszystko szło planowo. Atmosfera wokół „Wprost” zmobilizowała zespół. Na chwilę spokój zakłócił Cezary Łazarewicz, który był świeżo po jakiejś lekturze, wkurzony rzucił na całą salę: – Szlag mnie trafił, gdy przeczytałem felieton Lisa. Poucza, co zrobiłby z taś mami, gdyby ktoś je przyniósł do redakcji „Newsweeka”. Przyrównał nas do pasera. Gdy pracowałem w „Newsweeku”, publikowaliś my nielegalne nagrania. A to ze spotkania zarzą du PO, a to ze spotkań klubu Palikota. Jakoś sobie nie przypominam, by ktokolwiek wtedy prowadził ś ledztwo, na czyje zlecenie dokonano nagrań, kto nagrywał. Hipokryta! – Napisz o tym komentarz – zaproponował redaktor naczelny. Nie minęła godzina i w swojej poczcie ujrzał tekst Łazarewicza.

***

30 czerwca, poniedziałek. W redakcji komentowano występ Jacka Żakowskiego w TVN 24. Oceniając wejście ABW i prokuratorów do redakcji „Wprost”, Żakowski stwierdził, że Latkowski powinien być zakuty w kajdanki i wyprowadzony z biura. Oczywiście miał problem, by odpowiedzieć, jak by zareagował, gdyby służby chciały jemu odebrać laptopa. Bez podstaw dawał do zrozumienia, że za całą aferą stoją najpewniej Rosjanie, którzy chcą zdestabilizować ekipę Tuska. Mówił o paserstwie dziennikarzy „Wprost”, żenująco niskim poziomie pracy i braku standardów. – Prawi o standardach. To jakaś aberracja! – podsumował Majewski. – On akurat jest ostatnią osobą, która powinna się wypowiadać o standardach dziennikarskich – odpowiedział Latkowski. – Facet, który występuje w materiałach promocyjnych hipermarketu między reklamą szynki i ogórków konserwowych. Gość, który bierze udział w promocji apartamentów wybudowanych przez biznesmena, z którym wcześniej robił w „Polityce” wywiad o handlu ropą. On i sprawy handlu ropą, rozumiesz? I on prawi wykłady o zasadach dziennikarskich! – unosił się Majewski.

***

W końcu zjawił się Marek Falenta. Zadowolony, pewny siebie. – Jeżdżą za panem? – zagaił Latkowski. – O tak, na trzy samochody. Byłem teraz za miastem. Dziesięć minut temu dostałem telefon, że ABW była w hotelu, w którym nocowałem. Wypytywali o mnie. – Presja. Chcą panu dać do zrozumienia, że cały czas jest pan na widelcu – komentował Latkowski. – Dlaczego pan nas unikał, nie odbierał telefonów, nie odpowiadał na SMS-y? Z innymi dziennikarzami pan rozmawiał – rzucił z nutą pretensji w głosie Majewski. – Panowie. Gdy odezwał się współpracujący z „Wprost” Nisztor, to następnego dnia zostałem zatrzymany! Nie chciałem znów trafić do aresztu! – bronił się z uśmiechem Falenta.

***

Rozmówca poprosił, by podjechali pod konkretny adres na Żoliborzu. Byli tam przed czasem. Ale pod wskazanym adresem nie było knajpy, biura firmy. Tuż obok trwał remont jakiegoś biurowca. Cieć zainteresował się dwójką zdezorientowanych facetów. – Czego, panowie, szukacie? – zapytał. – Do końca nie wiemy… A... tego pana szukamy – rzucił Majewski, widząc, że nadchodzi rozmówca. – Co to za miejsce? – zapytał zdziwiony Latkowski, podając rękę na powitanie. – Miałem w pobliżu coś do załatwienia – tłumaczył rozmówca, którego na potrzeby tej książki nazwijmy V.

Zaczęli rozmawiać na chodniku. Majewskiemu się to nie spodobało. Po drugiej stronie ulicy stał jakiś mężczyzna, który im się przyglądał. Majewski zmierzył go wzrokiem i ocenił, że otyły pan w wieku emerytalnym raczej nie jest z ABW. Przeleciał wzrokiem zaparkowane auta. Nie było w nich ludzi, ale w dalszym ciągu nie był zachwycony tym, że rozmowa odbywa się w takim miejscu. – Mamy prawo się spotkać i sobie gadać, ale starajmy się zachować elementarne zasady BHP – rzucił do obu towarzyszy, którzy już wdali się w rozmowę. Majewski znał okolicę i wiedział, że w pobliżu nie ma żadnej knajpy, w której mogliby przysiąść. – Pójdźmy tam, za tę kamienicę. Staniemy sobie z boku, a nie tak, żeby nas wszyscy widzieli – powiedział Latkowski i ruszył naprzód. Stanęli w takim miejscu, że nie zwracali niczyjej uwagi. Zaczęli rozmowę o nagraniach. – Kto jest dysponentem taśm? Kto je ma? – zaczął z grubej rury Latkowski.

– Jeden to X z listy 100 najbogatszych. Gracz, któremu państwo mocno nadepnęło na odcisk. Jako że zawsze lubił nagrania, postanowił i te cacka dokupić do kolekcji. Jest jeszcze przedsiębiorca związany z jedną frakcją w PO. O nim nawet mówiono, że jest cichym udziałowcem jednej z knajp, w których dochodziło do nagrań. Gdy odpaliliście historię, gość profilaktycznie wyjechał na kilka dni za granicę. Wolał zniknąć z pola widzenia. Jest jeszcze jedna ekipa biznesowa, która ma nagrania. Goście od energetyki. Skumplowani z działaczami PSL. – To nie trzy grupy, ale cztery, bo jest jeszcze pan! – Majewski przerwał wywód. – No powiedzmy, że poznałem te nagrania – uśmiech nie schodził z twarzy rozmówcy. Majewski szybko napisał na kartce zdanie: „Czy pan może nam przekazać taśmy, które do tej pory nie zostały pokazane?”. I przystawił kartkę przed nos V. �

Okładka tygodnika WPROST: 40/2014
Więcej możesz przeczytać w 40/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0