Pękająca Europa

Pękająca Europa

Nagła fala imigracji w ciągu zaledwie kilku miesięcy wywróciła do góry nogami europejską politykę i skłóciła Europejczyków.

Jeszcze rok temu dowodzenie, że masowa migracja z południa zakłóci europejski porządek, prowadząc do przesilenia politycznego w wielu państwach i do konfliktów między sąsiadami, mogło się wydawać scenariuszem filmu z gatunku political fiction. Nikt nie brał poważnie szwajcarskich manewrów wojskowych przeprowadzanych od 2012 r. jako reakcja na hipotetyczne załamanie się europejskiego porządku i rozpad Unii Europejskiej, w wyniku czego alpejskie państwo miałoby stawiać czoła skutkom chaosu, przemocy i niekontrolowanych ruchów ludności w sąsiednich krajach. Szwajcarzy przed paroma tygodniami powtórzyli swoje ćwiczenia pod kryptonimem „Conex 15” i tym razem nikt nie był już w nastroju do kpin. Prawdziwie głęboki kryzys UE wciąż jeszcze daleko, ale z miesiąca na miesiąc prawdopodobieństwo jego pojawienia się przestaje być jedynie literacko-filmową fantazją. Ostrzeżenia brzmią poważnie, pojawiają się pęknięcia, i to właśnie tam, gdzie przez ostatnie dwie dekady Europejczycy usiłowali zasypywać podziały.

WSCHÓD KONTRA ZACHÓD

Z naszej perspektywy najbardziej widoczny jest w ostatnich tygodniach rozziew między „wyszehradzkim” Wschodem Unii Europejskiej a okazującym nam przy okazji kryzysu imigranckiego paternalistyczną wyższość Zachodem. Typowym przykładem takiego myślenia jest artykuł opublikowany niedawno w „Politico” przez wiceprzewodniczącego Komisji Europejskiej Fransa Timmersmansa. Holenderski polityk dowodzi w nim, że Wschód jest po prostu zacofany, ponieważ „nie ma doświadczeń z różnorodnością” (co przy okazji świadczy o jego słabej orientacji w historii Polski albo Węgier).

Próby zniwelowania naszego „zacofania” – choćby przez narzucanie systemu kwotowego albo idące jeszcze dalej sugestie przewodniczącego europarlamentu Martina Schulza o konieczności dyscyplinowania wschodnich partnerów – muszą doprowadzić do dalszego wzrostu nieufności. Nie zmienia tego nawet pojedyncze głosowanie delegacji polskiej wbrew regionalnym partnerom (zresztą najwyraźniej w sytuacji, gdy sprzeciw i tak niczego by nie zmienił). W dłuższej perspektywie żaden polski rząd nie może przecież działać wbrew przekonaniom obywateli, a ci myślą „niepoprawnie”, czyli podobnie jak większość Czechów, Słowaków i Węgrów.

O ile na forum Rady Europejskiej obserwujemy na razie jedynie rozgrywki dyplomatyczne i spory na temat zasad, to w niektórych regionach naszego kontynentu widać już zarzewie naprawdę niepokojących konfliktów. Powiew niepokoju czuć już przede wszystkim od południa Europy, gdzie wielomiesięczne zmagania z niekontrolowaną falą uchodźców doprowadziły do poważnych zadrażnień między państwami, które samodzielnie nie potrafią stawić czoła niespotykanemu wcześniej zagrożeniu, a współpracować nie potrafią.

To przede wszystkim skutek braku wspólnej polityki imigracyjnej na poziomie europejskim. Osławiony węgierski płot graniczny to przecież przejaw frustracji niewielkiego państwa, które pozostawiono samemu sobie. Zaczął powstawać dopiero wtedy, gdy bez echa przeszły apele Viktora Orbána o wspólne działania UE i poważne egzekwowanie prawa, które Unia stworzyła. Działania prowadzone dla ochrony unijnych granic zewnętrznych, np. przez Frontex, trudno uznać za adekwatną odpowiedź na zagrożenia, jeśli np. na dwie akcje patrolowe na Morzu Śródziemnym („Tryton” i „Posejdon”), do których akces zgłosiło 26 (!) państw, przeznaczonych zostanie raptem 65 mln euro. Nawet jeśli zgodnie z sugestią szefa Fronteksu Fabrice’a Leggeriego w przyszłym roku Komisja Europejska dorzuci jeszcze 45 mln euro, to i tak cała akcja okazuje się rozpaczliwie słabą odpowiedzią na wyzwania związane z problemem morskiej migracji.

Twarda postawa rządu w Budapeszcie natychmiast skonfliktowała Węgry z sąsiadami, głównie z Serbią i Austrią. Zwłaszcza Werner Faymann, lewicowy kanclerz Austrii, pozwolił sobie na insynuacje i ataki niewyobrażalne jeszcze rok temu. Zasugerował wręcz faszystowskie ciągoty Orbána (co było dość kuriozalne akurat w ustach polityka austriackiego). W nieco oględniejszy sposób władze Węgier krytykował serbski premier Aleksandar Vučić. To oczywiste, że nie podobały mu się zasieki na granicy z Węgrami, choć tak naprawdę powodem jego irytacji było raczej to, że Budapeszt nie chciał się zgodzić na przyjęcie prostej zasady „podaj dalej”.

Z tych samych powodów szybko doszło do iskrzenia także w relacjach z Chorwacją, która mimo wcześniejszych próśb i sugestii współpracy nie zrobiła nic, by przygotować się na napływ migrantów. Chorwaci zachowywali się tak, jakby celowo chcieli szybko przerzucić na Węgry jak najwięcej niechcianych przybyszów bez żadnej wymaganej unijnym prawem rejestracji. Zdaniem wielu obserwatorów politycznych była to przy okazji kolejna odsłona konfliktu między oboma krajami spowodowanego udziałem węgierskiego koncernu petrochemicznego MOL w prywatyzacji chorwackiej firmy INA (Chorwaci twierdzą, że Węgrzy jakoby naruszali prawo, a nawet korumpowali zagrzebskich polityków).

BAŁKAŃSKIE ZAMIESZANIE

Niewiele potrzeba było, żeby zaognić także niełatwe relacje państw bałkańskich, które nie bez kłopotów usiłowały w ciągu ostatniej dekady budować pozory normalnych stosunków sąsiedzkich. Dotyczy to zwłaszcza Serbii i Chorwacji, największych wrogów z okresu wojny bałkańskiej. Udało się przywrócić w miarę normalne relacje handlowe i otwarto szlaki komunikacyjne, choć oczywiście dawne animozje nie zniknęły. Powróciły natychmiast po tym, jak zatrzymany węgierskim granicznym płotem strumień migrantów skierował się z Serbii ku Chorwacji.

W odpowiedzi na serbską praktykę odstawiania uchodźców do granic Chorwacji (chorwacki premier Zoran Milanović nazwał to „robieniem z nas durniów” i zażądał odstawiania uchodźców do... Rumunii) władze w Zagrzebiu zamknęły przejścia graniczne, blokując ruch serbskich ciężarówek na Zachód. W ciągu kilku dni powstały wielokilometrowe kolejki, a Serbowie zaczęli odczuwać problemy z wymianą handlową. Sami oczywiście nie pozostali dłużni i Chorwaci zderzyli się z podobnymi problemami logistycznymi, tyle że w odniesieniu do transportu drogowego i kolejowego na wschód. Kryzys imigrancki okazał się tylko pretekstem do ożywienia starej wrogości. W ostatnich dniach Chorwaci w nastroju triumfalizmu obchodzili 20. rocznicę akcji „Burza” (w jej trakcie wygnano w 1995 r. Serbów z Krainy), na co Serbowie odpowiedzieli przypominaniem zbrodni chorwackich ustaszów z okresu II wojny światowej. Jeszcze dalej na południu – na granicy między Grecją a Macedonią – na zamieszanie wywołane napływem uchodźców także nałożył się zadawniony konflikt sąsiedzki. Grecka obsesja na tle nazwy Macedonii (w Atenach uważana jest ona za „część greckiej spuścizny historycznej”, do której nie mają jakoby prawa słowiańscy sąsiedzi) uniemożliwia byłej republice jugosłowiańskiej rozpoczęcie rozmów o akcesji z Unią Europejską. Tak naprawdę jednak wielu Greków uważa przepuszczanie setek tysięcy migrantów na północ za granie na nosie nielubianym za wymuszanie drakońskich oszczędności Niemcom, do których przecież i tak trafi ostatecznie większość uchodźców. Z tygodnia na tydzień coraz wyraźniej widać, że nawet w rzekomo czekających z otwartymi ramionami państwach północnej Europy pojawiają się kontrowersje, których nie jest w stanie przykryć obowiązkowa polityczna poprawność. Berlin jest nie tylko w konflikcie z państwami „tranzytowymi” migracji – od Grecji po Węgry – ale także z własnymi landami na południu Republiki Federalnej, które jak Bawaria muszą brać na siebie ciężar niespodziewanej gościny dziesiątków tysięcy ludzi niedwuznacznie „zaproszonych” wypowiedziami kanclerz Angeli Merkel i wicekanclerza Sigmara Gabriela. Doszło do tego, że konserwatywny premier Bawarii Horst Seehofer skrytykował Berlin za „pozostawienie Monachium samemu sobie z problemem” i wyraził solidarność z odsądzanym od czci i wiary Viktorem Orbánem.

CZAS RADYKAŁÓW

Także w Szwecji – drugim z krajów otwartych dla uchodźców – zaczynają się odzywać krytycy bezwarunkowego dyktatu poprawności politycznej. „Dżihad i naiwny Sztokholm” – zatytułowała swój artykuł w opiniotwórczej szwedzkiej gazecie „Svenska Dagbladet” publicystka Maria Ludvigsson, która zarzuca władzom stolicy, iż boją się nazwać po imieniu zagrożenie choćby tak oczywiste, jak powrót z wojny na Bliskim Wschodzie fanatyków zgłaszających się do walki na ochotnika. To, że problemu programowo nie chce dostrzegać lewicowy mainstream, nie oznacza, że nie widzą go zwykli ludzie. Tendencja jest wyraźna – choć w sondażach większość Szwedów nadal deklaruje solidarność z uchodźcami, to jednak szybko rośnie odsetek tych, którzy mają dość masowej imigracji trwającej w Skandynawii już od trzech dekad. W sierpniu szwedzkie media zelektryzował wynik badania opinii publicznej przez YouGov, który wykazał, że na radykalnie antyimigrancką partię Szwedzcy Demokraci chce głosować 25 proc. wyborców (rok temu miała ona poparcie na poziomie 14 proc.). W żadnym badaniu powtórzonym w ostatnich tygodniach poparcie dla partii Sverigedemokraterna nie spadło poniżej 20 proc.

Podobne są wyniki sondaży w wielu innych państwach Europy, na czele z Francją, gdzie rosnące notowania Frontu Narodowego dają jego przywódczyni szansę na walkę o prezydenturę. Marine Le Pen już przygotowuje się do walki o Pałac Elizejski w 2017 r. i wcale nie jest bez szans. Według przeprowadzonego na początku września sondażu dla telewizji RTL szefowa FN mogłaby liczyć na 27 proc. głosów, co pozwoliłoby jej gładko pokonać Franćois Hollande’a. Coraz lepsze wyniki w sondażach uzyskuje po kilkuletnim spadku popularności także antyimigrancka holenderska Partia Wolności Geerta Wildersa.

O tym, że ocena tych tendencji nie jest tylko teoretyczną zabawą politologów, przekonują wyniki zeszłotygodniowych wyborów regionalnych w Górnej Austrii. Przeszły one niespecjalnie zauważone, bo obsadzanie stanowisk radnych w Linzu ma niewielkie znaczenie dla polityki europejskiej. Zupełnie inaczej wygląda jednak sprawa, gdy przyjrzymy się tendencjom, jakie ujawnia rezultat wyborczy w miejscu dotkniętym przez nową „wędrówkę ludów”. Okazuje się, że Wolnościowa Partia Austrii, uznawana przez prawomyślne centrum polityczne za antyimigracyjną i ksenofobiczną ekstremę, podwoiła (z 15 do 30 proc.) swój stan posiadania w samorządzie tego najważniejszego, najbardziej uprzemysłowionego regionu austriackiego. Wynik był tak niespodziewanie dobry, że przywódca wolnościowców Heinz-Christian Strache okazał się nawet bardziej zaskoczony niż analitycy polityczni. Czyżby i przed nim, podobnie jak przed jego osławionym poprzednikiem Jörgiem Haiderem, otwierała się droga do rządu w Wiedniu? Z tą różnicą, że gdy w 2000 r. Haider wszedł do rządu, cała Unia Europejska objęła Austrię rocznym bojkotem politycznym, dzisiaj zaś to już raczej mało wyobrażalne.

IMIGRANCI I POLITYKA

Po prostu stosunek do kwestii imigrantów staje się czynnikiem coraz bardziej determinującym wybory polityczne. Dochodzi do tego, że dyskusja o przyjmowaniu uchodźców wpisuje się już w kampanię wyborczą w Polsce i Chorwacji, czyli tam, gdzie ich jeszcze nie ma. Rzeczywistą wagę polityczną kwestia ta ma jednak w państwach, których obywatele z codziennej autopsji znają problem imigracji i rezultaty trwających od kilku dekad eksperymentów z wielokulturowością. Carl Bildt, były minister spraw zagranicznych Szwecji, mówiąc o problemach z rosnącą rzeszą azylantów, przyznał, że to coraz poważniejszy problem, „chociaż duża część elit w naszym kraju nadal udaje, że tak wcale nie jest”. Dokładnie tak samo jest w wielu innych państwach, których obywatele są już zmęczeni grą pozorów.

Jeszcze niedawno wyjątkowo liberalna wobec azylantów i imigrantów była sąsiadująca ze Szwecją Dania. Po czerwcowych wyborach na trzecie miejsce w parlamencie awansowała tam antyimigrancka Duńska Partia Ludowa, która wprawdzie pozostaje w opozycji, ale wspiera wszelkie działania rządu mające na celu zahamowanie napływu przybyszów z Bliskiego Wschodu. Premier Lars Løkke Rasmussen zrozumiał, że dalsze udawanie, że „nic się nie stało”, tylko spotęguje problem. To dlatego centroprawicowy rząd wbrew wszelkiej krytyce zniechęca imigrantów, ogranicza świadczenia socjalne i twardo egzekwuje prawo azylowe.

Niedługo podobne wnioski będzie musiała wyciągnąć centroprawica w większości państw zmagających się z problemem imigracji i nieudanej asymilacji. Jeśli tego nie zrobi na czas, to utoruje drogę populistycznym radykałom, którzy przekonują przestraszonych wyborców, że to migranci są przyczyną wszelkiego zła w Europie. Kluczowa okaże się sytuacja w Niemczech, gdzie już widać przejawy zmęczenia rolą „dobrego wujka”, do której kraj po prostu nie był przygotowany. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 41/2015
Więcej możesz przeczytać w 41/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0

Czytaj także