Warto być Polakiem

Warto być Polakiem

Jeśli świat jest na wyciągnięcie ręki, to planując urlop w 2016 r., wybierajmy kraje, gdzie Polaków lubią. To nie jest wcale krótka lista i jest na niej kilka zaskoczeń.

Sercem światowej polonofilii jest, oczywiście, Gruzja. Kiedy tylko gospodarze słyszą, że jesteśmy z Polski, zwykle proszą o chwilę na przygotowanie odpowiedniej oprawy. Potem zostajemy zaproszeni do stołu, raczy się nas winem i specjałami, wygłasza toasty i może to tak trwać nawet sześć godzin. Tyle bowiem wedle miejscowej etykiety ma trwać uczta z toastami, w których specjalizują się Gruzini. Drobny zgrzyt towarzyski może się pojawić tylko wtedy, gdy gospodarz, zwykle starszej daty, będzie chciał wypić za zdrowie Stalina, poza tym zawsze jest miło.

TOAST ZA ROPĘ


Gruzini upić mogą gości nie tylko w domach czy restauracjach. W święta odwiedzają groby, ze szczególną intensywnością robią to w Wielkanoc, wtedy wizyta na cmentarzu może być nieco ryzykowna. Podobnie jak kilka innych wschodnich nacji ucztują na grobach, a polskie towarzystwo uznają w takich okolicznościach za wyjątkowy zaszczyt.

Największy wybuch polonofilii mamy już za sobą – nastąpił po akcji Lecha Kaczyńskiego, który po ataku Rosji na Gruzję przyjechał do Tbilisi wraz z prezydentami Ukrainy, Łotwy i Litwy. W Warszawie tragicznie zmarły prezydent nie ma swojej ulicy, za to ma w Batumi, gdzie nadmorski bulwar nazwano imieniem Marii i Lecha Kaczyńskich. Postawiono im też pomnik, a portrety pary można spotkać nie tylko w hotelach, ale nawet w urzędach. Sympatia wobec Polaków jest jednak silna także z powodu głębokich historycznych korzeni. Gruzini szukali w Rzeczpospolitej szlacheckiej sojuszników do walki przeciw Turkom, potem oba narody popadły w carską niewolę. Polaków często zsyłano na – jak to nazywano – „ciepłą Syberię”, czyli Kaukaz, a niektórzy zapisali się dobrze w historii regionu. Choćby Władysław Bagranowski, który założył ogród botaniczny w Suchumi. To polscy inżynierowie zbudowali ropociąg pomiędzy Baku i Batumi. Przy budowie większości dróg i linii kolejowych pracowali fachowcy z naszego kraju. Praktycznie każdy większy ośrodek ma swojego zasłużonego Polaka. W XIX w. nasz kraj był dla Gruzinów Zachodem, kilkuset studentów przewinęło się przez wyższe uczelnie na terenie podzielonej Polski. Mało kto wie, że łódzkie szwalnie, które produkowały ubrania dla całego imperium rosyjskiego, szyły również ludowe ubiory dla Swanów, gruzińskich górali. Czy to właśnie dlatego Adam Mickiewicz uważał, że polska szlachta ma kaukaskie korzenie? Trudno powiedzieć.

Wieszcz nie mylił się jednak co do tego, że narody Kaukazu możemy uznać za bratnie. W zasadzie przyjazny jest nam cały region. Jak twierdzi Wojciech Górecki, który spędził tu wiele lat w reporterskich podróżach, w Armenii pamiętają nam, że liczna diaspora ormiańska znalazła swój dom w Rzeczypospolitej. Azerowie zaś wspominają Polaków jako inżynierów i twórców przemysłu naftowego, a także budowniczych stolicy – Baku. Jak widać, wizja Stefana Żeromskiego z „Przedwiośnia”, którego bohater Cezary Baryka dzieciństwo spędził nad Morzem Kaspijskim, była bliska życia.

W STEPIE SZEROKIM

Jako numer dwa można zaproponować Ukrainę. Oczywiście straszy się nas banderowcami, może rzeczywiście polityka historyczna tego państwa jest fatalna z naszego punktu widzenia, ale jeśli chodzi o ludzi – Ukraina to kraj niezwykle przyjazny turyście znad Wisły. Na owym „banderowskim” zachodzie kraju wg ostatnich sondaży tylko 2 proc. mieszkańców niechętnie odnosi się do Polaków! Mniej niż na wschodzie tego kraju. Nie najgorzej jest na Białorusi, pomimo antypolskiej propagandy Łukaszenki – i co ciekawe – w Kazachstanie.

Tu Polacy również pozostawili po sobie dobrą pamięć, i to już w XIX w. Nasi rodacy inaczej traktowali miejscową ludność niż rosyjscy kolonizatorzy. Karol Gutkowski, członek carskiej Komisji Stepowej, walczył o autonomię dla Kazachów, za co został w końcu zdymisjonowany. Wielki podróżnik, później carski generał, Bronisław Grąbczewski, opisywał najdalsze zakątki kraju, m.in. góry Tien-Szan. Geolog Karol Bohdanowicz oszacował wielkie złoża ropy naftowej nad rzeką Embą, a wielu Polaków, których nazwisk nie przekazała nam historia, zakładało szkoły i wychowywało kazachskie dzieci. Kazachowie bardzo współczuli polskim zesłańcom i solidaryzowali się z nami. Sami przeżyli koszmar w czasach stalinowskich i z zesłańcami łączy ich wspólnota losu. Ale są też powody bardziej zaskakujące i związane z postaciami z bliższej nam epoki. Otóż sam widziałem, jak w Atyrau podczas kolacji jedna z kobiet zaśpiewała na cześć gości z Polski piosenki Maryli Rodowicz po kazachsku.

Jeśli już podążymy śladem naszych przodków i będziemy eksplorować kazachskie stepy, pamiętajmy o miejscowej obyczajowości: w dawnych czasach przybysz musiał być ugoszczony jak król, ale kiedy tylko opuścił domostwo, ten sam gospodarz mógł go okraść. Są podobno tacy Kazachowie, którzy uważają, że ten zwyczaj ciągle obowiązuje. Generalnie kraje byłego ZSRR są nam przyjazne. Na Łotwie np. potomkowie kurlandzkich Polaków należą do najlepiej wykształconej elity kraju. Pomimo fatalnej prasy i nagonki w mediach putinowskich zwykłych ludzi w Rosji nie powinniśmy się obawiać.

I DO SZKLANKI

Powszechnie wiadomo, że Polacy są lubiani na Węgrzech, choć często trudno tę przyjaźń skonsumować, bo ciężko się z naszymi bratankami dogadać, mimo że w menu na cześć przybyszy z Polski znajdziemy „placek po węgiersku” (nie ma czegoś takiego w tamtejszej kuchni), a w oknach po winobraniu wiszą polskie flagi. Najważniejszym materialnym symbolem przyjaźni polsko-węgierskiej jest pomnik gen. Bema w Budapeszcie (pod którym rozpoczęło się powstanie w 1956 r.). Drugi to zamek Diósgyőr, którego właścicielem był król Polski i Węgier Lajosz I Wielki, u nas znany jako Ludwik Węgierski. Węgrzy oczywiście mają świadomość, że ich język jest niesamowicie trudny, ale mimo to warto próbować się go uczyć. Pamiętajmy jednak, że nawet po intensywnej nauce można zaliczyć wpadkę: byłemu posłowi Tadeuszowi Iwińskiemu, znanemu poliglocie, podczas jednej z wizyt rządowych zwrócono uwagę, że nie mówi się „całuję rączki” do mężczyzn. Na południe od Dunaju mieszkańcy Bałkanów również chętnie goszczą Polaków. W Serbii, Czarnogórze, Macedonii czy Rumunii postrzega się nasz kraj jako przykład sukcesu gospodarczego. Szczególnie jaskrawo widać to w krajach byłej Jugosławii. Kiedyś nasi rodacy, nawet jeśli było ich stać na wakacje, przyjeżdżali tam na handel. Często sprzedawali wszystko, łącznie z ubraniami i namiotem, aby wycieczka się zwróciła. „Tacy mali byli, a teraz?” – taki komentarz często można usłyszeć. Oczywiście Serbowie mają do nas żal za uznanie Kosowa, ale słowiańska wspólnota historyczna jest dla nich znacznie ważniejsza niż dla nas. – Dużo Polaków ma takie jasne włosy, widać, że nie jesteście poturczeni – usłyszałem niedawno w Belgradzie.

W Rumunii na szczęście nie wiedzą, że przeciętny Polak nie odróżnia mieszkańców tego naddunajskiego kraju od Cyganów. Za to, jak twierdzi Bogumił Luft, były ambasador RP w Bukareszcie, pamięta się tam o walce Polaków z komunizmem. Wśród elit przetrwała zaś pamięć o przedwojennej idei politycznej współpracy, która co jakiś czas zresztą wraca, dzięki czemu nasze kraje mogłyby stać się regionalnymi mocarstwami. Na półkuli zachodniej najbardziej przyjaznym Polakom krajem pozostaje Meksyk. Może się to wydawać zaskakujące, bo nasi rodacy osiedlali się w Argentynie i Brazylii, a nie w Ameryce Środkowej. Tę sympatię zawdzięczamy Janowi Pawłowi II. Jego pierwsza wizyta w Meksyku w 1979 r. omal nie wywołała rewolucji w tym katolickim kraju, który od dziesięcioleci jest rządzony przez, wrogie religii, elity z Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej. Przemówienia papieża, odwołujące się do kwestii godnościowych, wywołały wybuch euforii Meksykanów i uliczne protesty. W sumie Jan Paweł II pielgrzymował tu pięciokrotnie. Przed katedrą w stolicy stoi jego pomnik w płaszczu z wizerunkiem Maryi.

Gdy tylko powiemy, że jesteśmy z Polski, to meksykańscy gospodarze się rozpromienią, a każdemu wysokiemu blondynowi przypiszą niezwykłe podobieństwo do papieża. Jego zbawczą moc poznał jeden z naszych dyplomatów, który przypadkowo trafił na grupę pijanych gangsterów w Mexico City. Jeden z nich przystawił mu pistolet do głowy i spytał, czy jest „gringo”, czyli Amerykaninem. Kiedy dowiedział się, że ma do czynienia z Polakiem, wzniósł oczy do niebu, szepnął „Juan Pablo segundo” i pocałował naszego rodaka. Po czym go wypuścił. Jak widać, warto być Polakiem! �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

POLSKI EGER

Aby się przekonać o tym, że Węgry nie bez powodu uchodzą za kraj najbardziej przyjazny dla Polaków, wystarczy wypad do któregoś z miast popularnych wśród polskich turystów (w 2015 r. przyjechało ich nad Dunaj ponad 260 tys.). Choćby do Egeru, znanego jako północna stolica winiarstwa oraz ośrodek wodolecznictwa. Spacer po historycznym centrum miasta przekonuje o tym, jak bardzo jego mieszkańcy pielęgnują związki z Polską. Na górującym nad starówką zamku można znaleźć dwie tablice pamiątkowe związane z Polakami. Jedna informuje o tym, że właśnie tam znajdował się w czasie II wojny światowej obóz uchodźców, druga poświęcona jest pamięci Adama Czahrowskiego, szlachcica, który w XVI wieku spędził w Egerze kilka lat jako walczący z Turkami żołnierz kresowy. O obecności Polaków informuje też tablica na budynku, w którym w latach 1940-1944 mieściło się polskie gimnazjum. O ciepłym stosunku do Polaków przekonać się można na każdym kroku. W kościele minorytów można przeczytać wezwanie do św. Jadwigi „o modlitwę za Węgry i Polskę”. Na podwórzu słynnej winiarni Tibora Gála gospodarze umieścili polskie chorągiewki. Jadłospisy w większości restauracji oraz teksty informacji na obiektach turystycznych tłumaczone są na nasz język. – Dzięki Bogu, że mamy tylu gości z Polski, bez was ten interes szedłby znacznie gorzej – mówi właściciel restauracji Butykos.

Okładka tygodnika WPROST: 2/2016
Więcej możesz przeczytać w 2/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także