W listopadzie 2003 r. Gruzja się przebudziła. Na tbiliskim Placu Wolności, naprzeciwko magistratu mając za plecami niechciany parlament zebrali się ludzie. Rok później na kijowskim Placu Niezałeżnosti przebudziła się Ukraina, potem jeszcze Kirgizja. Ale tę falę zawdzięczamy właśnie Mikheilowi Saakaszwilemu, który potrafił przekonać do tego Zachód. To właśnie on - mówiący doskonale w kilku językach - potrafił w tym gorącym okresie znaleźć czas, by zadzwonić wieczorem do BBC i wytłumaczyć o co mu chodzi.
Gruzja mająca w swej historii przywódcę jakim był Josif Wisarionowicz, czyli Józef Stalin, dostała w końcu prezydenta na jakiego zasłużyła. To on sprawił, że jego kraj znany jest dziś na całym świecie, a jego nazwisko synonimem wolności.
George Bush przyjechał do Gruzji nie po to by, jak robili przed laty wszyscy którzy tam zawitali, rządzić i podbijać, ale po to, by powiedzieć, że "macie sprawy w swoich rękach". Być może część spraw mają jeszcze w rękach ludzie znajdujący się na Kremlu, Gruzini jednak wiedzą już, że mogą to zmienić.
Grzegorz Sadowski