3 kwietnia 2007

3 kwietnia 2007

Dodano:   /  Zmieniono: 
Arkadiusz Pacholski czyta w Bibliotece Narodowej fragmenty nowej prozy. O tym, że  niejaka Kubicka w 1990 poczuła się, jakby jej nagle dywan wyszarpnęli spod nóg. Za komuny była kierowniczką sklepu typu „1001 drobiazgów”. Klienci prosili się, by im sprzedała cokolwiek. Po zmianie ustroju – odwrotnie. Nie może sprzedać nawet tyle, by opędzić Boże Narodzenie bodaj żółtym serem. W pustym sklepie, po kilku godzinach bezowocnego oczekiwania na klientów, z bezsilną wściekłością pięściami tłucze w szklaną ladę. Szkło pęka, tryska krew. A ona ryczy w bezradnej wściekłości: Nienawidzę, nienawidzę!!!
Warszawa, środek dnia. Na sali może trzydzieści osób. Pisarze, dziennikarze. Na ogół w wieku Kubickiej. Też by sobie pokrzyczeli. Nie mają złudzeń, że ktoś to opisze.


Zasłyszane w taksówce:
Czasem mam wrażenie, że w tym kraju jest więcej szwagrów niż ludzi.

Czytaj także