Joschka Fischer zdaje się pamiętać, że ostatnich gryzą psy. Ten jeden z najbarwniejszych polityków w Europie wycofuje się z polityki uznając, że lepiej podjąć taką decyzję w chwili, gdy ciągle jest się na szczycie.
Nic dziwnego, że Fischer ma dość. Od lat 80. jest lokomotywą ciągnącą własną partię Zielonych do sukcesów. Ostatnie lata były dla niego bardzo ciężkie - od 1998 roku jest ministrem spraw zagranicznych Niemiec, więc w dużej mierze od niego zależały tak istotne kwestie jak Traktat Nicejski z 2000 roku, ubiegłoroczne rozszerzenie UE, czy spór, jaki wybuchł wokół projektu eurokonstytucji. Z tymi kwestiami Fischer radził sobie bardzo dobrze, poślizgnął się na drobiazgu - przeoczył kwestie ułatwień wizowych dla Ukraińców, przez co od kilku lat bez problemu do Niemiec mogły przyjeżdżać ukraińskie prostytutki. Z tego powodu Fischer stanął nawet w maju przed komisją śledczą - wprawdzie dzięki charyzmie wybrnął z tych kłopotów, ale już wtedy było widać, że jest coraz bardziej wypalony i zniechęcony do polityki.
Teraz jest najlepszy moment na odejście. Po ostatnich wyborach jego Zieloni prawdopodobnie znów będą w opozycji, może więc w spokoju wycofać się z pierwszego szeregu i ustąpić miejsca młodszym. Tylko ciekawe, czy Joschka wytrzyma. Sport zna mnóstwo przykładów powrotów wielkich mistrzów, wystarczy przypomnieć ostatnie come backi George`a Foremana, czy Michaela Jordana. Polityka ma dużo wspólnego ze sportem - w obu rywalizacja to codzienność. Czy Fischer będzie umiał żyć bez tej adrenaliny?
Agaton Koziński