E-biz znowu na fali

E-biz znowu na fali

Dodano:   /  Zmieniono: 
Firmy starej gospodarki znowu zaczynają obawiać się e-biznesu. Zagrożone są wszystkie branże. Zdaniem BusinessWeeka w szczególności: finanse, telekomunikacja, hotelarstwo, jubilerstwo, sprzedaż nieruchomości oraz oprogramowania.
Internet całkowicie zmienił już zasady działania
w wielu branżach. Na które teraz przyszła kolej?
Oto sześć, w których wkrótce dojdzie do wielkich przemian

Można wybaczyć przedstawicielom biznesu, że odetchnęli z ulgą, gdy boom internetowy runął. Menedżerowie drżeli, widząc, jak Amazon.com zmienił rynek książek, a Expedia zaatakowała pozycję biur podróży. Kiedy więc w 2000 r. doszło do krachu na giełdzie Nasdaq, wielkie korporacje odetchnęły z ulgą.
Zagrożenie jednak powróciło. Żadna branża nie może się już czuć bezpiecznie. Działalność internetowych firm może bowiem zmusić do obniżki cen tradycyjnie działające przedsiębiorstwa, a niektóre z nich upadną. Nowe technologie, sposoby prowadzenia firmy oraz próby wyeliminowania z handlu pośredników sprawiają, że trzeba będzie znaleźć nowe sposoby na osiągnięcie zysku. Coraz więcej zaniepokojonych biznesmenów zadaje sobie pytanie: "Ile jeszcze branż zrewolucjonizuje internet?". - A jak daleko jest niebo? - przewrotnie odpowiada Barry Diller, dyrektor generalny InterActiveCorp, firmy będącej właścicielem internetowego biura podróży Expedia i innych dotcomów.
W pierwszej fazie inwazji Amazon, Expedia i inne firmy internetowe wywołały rewolucję na rynkach księgarskim i muzycznym oraz wśród biur podróży. Obecnie internetowi gracze szykują się do ataku na kolejne ważne branże. Jest ich co najmniej sześć: jubilerstwo, opłaty rachunków, telekomunikacja, hotelarstwo, rynki nieruchomości oraz oprogramowania.
Sklepy internetowe są już gotowe do potężnego ataku na tradycyjne salony jubilerskie. Jeffrey Bezos, dyrektor generalny Amazon, inwazję rozpoczął
22 kwietnia. Zapowiedział, że będzie w stanie kupić diament o wartości 500 USD i sprzedać go za 575 USD. Tiffany, Zale i inne szykowne salony jubilerskie oferują takie kamienie po 1000 USD. Działająca od pięciu lat internetowa spółka Blue Nile dowiodła jednak, że taka działalność może być rentowna. W ubiegłym roku jej zyski wyniosły 27 mln USD, a obroty 129 mln USD. Nowe internetowe firmy "zabiją wszystkich", zapowiada Ken Gassman, analityk z nowojorskiej agencji Rapaport, wydającej pismo branżowe dla handlarzy brylantową biżuterią.
Takie buńczuczne zapowiedzi są coraz częstsze. Firmy, które przetrwały na rynku online, dołożyły wszelkich starań, aby dobrze zorganizować swą działalność. W ubiegłym roku niemal 60 proc. ocalałych dotcomów zanotowało zyski, liczone zgodnie ze standardowymi zasadami księgowania. Takie wyniki finansowe ponownie przyciągają inwestorów. Tylko w pierwszym kwartale tego roku inwestycje w nowe firmy przekroczyły 5 mld USD, po raz pierwszy od prawie dwóch lat. Wkrótce
14 spółek internetowych wejdzie na giełdę.
Nie oznacza to jednak, że mamy do czynienia z powtórką z 1996 roku. Większość tradycyjnych graczy zdaje sobie sprawę z zagrożenia i opracowuje strategie obrony. Niekiedy zamierzają po prostu współpracować z nowymi dotcomami. Dobrym przykładem jest spółka Verizon Communications. Kiedy Vonage Holdings Corporation i inne nowe firmy zaczęły wykorzystywać technologie internetowe, by zaoferować usługi telekomunikacyjne za jedną trzecią ówczesnych stawek, Ivan Seidenberg, niegdyś szef Verizonu, wyciągnął asa z rękawa. Poinformował, że w ciągu dwóch lat zainwestuje 2 mld USD w internetowe technologie. - To dynamiczny proces. Na rynek wkraczają nowi gracze, ale dotychczasowi też mogą wiele zmienić w swojej działalności - uważa Paul Saffo, dyrektor działu badań w Institute for the Future, ośrodku badawczym z Silicon Valley.
- Tylko najgłupsi ostatecznie wypadają z gry.
Część zagrożonych zamierza stawić jednak czoła cyfrowej rewolucji. Sieci hoteli walczą z franszyzobiorcami nawiązującymi zbyt ścisłą współpracę z internetowymi biurami podróży. InterContinental Hotels Group nakłada kary pieniężne na właścicieli hoteli, co ma być jak ostrzegawczym klapsem. Firma zapowiada przy tym, że rozwiąże umowy na firmowanie hoteli własną nazwą, jeśli ich właściciele będą oferować specjalne upusty za pośrednictwem partnerów działających online. Jednocześnie Cendant Corporation, potężny gracz na rynku nieruchomości, wymusił na Narodowym Stowarzyszeniu Agentów Handlu Nieruchomościami (NAR) to, że firmom zaczynającym działać w sieci trudniej jest uzyskać listy nieruchomości wystawionych na sprzedaż. - Przerażonym można było być w 1998 r., ale nie dzisiaj - mówi Richard Smith, dyrektor generalny działu nieruchomości w Cendant.
Należy oczekiwać wielkiej mobilizacji, bo niebawem dojdzie do walnej bitwy. Wielu ekonomistów przepowiada wprawdzie od kilku lat, że tempo wzrostu produktywności, bardzo wysokie w ciągu ostatnich pięciu lat, będzie wolniejsze, jednak coraz większy wpływ technologii cyfrowych oznacza, że utrzyma się ono na poziomie ponad 3 proc. rocznie. Byłaby to wartość zbliżona do średniej z ostatnich pięciu lat (3,6 proc.).
Przy kolejnym natarciu cyfrowego świata rodzą się podstawowe pytania: "Dlaczego właśnie te branże?" i "Dlaczego teraz?". W pierwszej rundzie inwazji gracze internetowi sprzedawali dobra powszechnego użytku - książki, płyty lub pliki muzyczne - oraz prowadzili handel akcjami. Dla klientów najważniejsza była cena. Obecnie powstające dotcomy gromadzą jednak i przetwarzają więcej złożonych informacji, aby konsumenci mogli wybierać w coraz bogatszej ofercie produktów i usług. Na rynku nieruchomości np. zipRealty i inne firmy udoskonaliły sztukę wykorzystywania oprogramowania, dzięki czemu mogą potencjalnym nabywcom pokazać zdjęcia i plany proponowanych lokali i domów. Z kolei działający na rynku biżuterii Blue Nile podaje niezliczoną liczbę informacji o diamentach. Klienci są więc znacznie spokojniejsi, gdy kupują klejnoty, kierując się niezależnymi ocenami kamieni.
Do ekspansji internetu w wielkiej mierze przyczyniło się także upowszechnienie szerokopasmowych modemów. W USA takie łącza ma 27 mln rodzin. Oznacza to, że klienci mogą ściągać olbrzymie ilości danych. Dzięki szybkim łączom programiści na całym świecie mogą też łatwiej pracować nad nowym oprogramowaniem typu open source. Programy te wywołują wielkie zmiany na rynku z obrotami na poziomie 200 mld USD.
Zagrożone branże mają więcej elementów wspólnych. W kilku z nich, między innymi w branżach jubilerskiej i hotelarskiej, typową cechą jest długi łańcuch pośredników. Każdy musi zarobić, co powoduje wzrost cen. Zdarza się, że pochodzący z Afryki Południowej biały diament przechodzi przez pięć rąk, zanim trafi do nabywcy. Z kopalni trafia do hurtowników handlujących nieoszlifowanymi diamentami, później dostają go szlifierze, by ostatecznie trafił do hurtowników brylantów. Blue Nile kontaktuje się za pomocą sieci z najważniejszymi dostawcami, którzy kupują kamienie bezpośrednio w Afryce Południowej od potężnej firmy DeBeers Consolidated Mines.
Kto więc zwycięży, nowe dotcomy czy dobrze okopane na rynku tradycyjne firmy, które także starają się wykorzystać możliwości oferowane przez internet? Zwycięzcy będą zapewne po obu stronach. Najważniejsze jest jednak to, że internet nadal będzie wywierać potężny wpływ na gospodarkę, dzięki czemu konsumenci będą mieli większy wybór. Znacznie wzrośnie także sprawność przedsiębiorstw.
- To będzie cudowny chaos - cieszy się Al Lill z agencji Gartner, zajmującej się badaniem rynku high tech. Obserwować go zresztą będzie można nie tylko w prezentowanych sześciu branżach.
TIMOTHY J. MULLANEY

BIŻUTERIA W SIECI
Obroty ze sprzedaży online rosną, bo sklepy internetowe oferują niższe ceny, a mimo to zarabiają
Kiedy prawdziwa miłość zetknie się z internetem, dzieje się tak jak w wypadku Amy Smith. Ta 31-latka przyznaje, że zachwycała się pierścionkami zaręczynowymi oferowanymi przez sklep sieci Tiffany usytuowany w pobliżu jej domu w Potomac Falls w stanie Wirginia. Smith zaręczyła się w październiku ubiegłego roku i sprawdziła ceny w innych sklepach, między innymi w dotcomie Blue Nile, i wybrała tam pierścionek za 10 tys. USD. - Był prawie o 6 tys. USD tańszy - mówi Smith. - Skąd się bierze tak wielka różnica?
Sprzedaż biżuterii zapewniła w ubiegłym roku obroty w wysokości 2 mld USD (obroty całej branży wyniosły 45 mld USD). Dotcomy, takie jak Blue Nile, Ice.com, Diamond.com, a od niedawna także Amazon.com, który 22 kwietnia otworzył internetowy sklep z biżuterią,
to doskonałe przykłady tego, jak bardzo internet zagraża tradycyjnym metodom handlowania. Tajemnica polega na wyeliminowaniu pośredników i zmuszeniu drogich salonów do obniżki kosztów, a później znaczącej obniżki cen. Np. Amazon.com zaklina się, że jest w stanie zarabiać, nakładając 15-procentowe marże, mimo że w branży jubilerskiej normą są obciążenia w wysokości od 60 do 100 proc. Para owalnych kolczyków ze szmaragdami i brylantami kosztuje w tym dotcomie 1 tys. USD. Amazon.com kupuje ją od dostawców za 850 USD. Tradycyjne sklepy jubilerskie sprzedają takie kolczyki zazwyczaj za 1700 USD. - Jesteśmy przekonani, że z czasem klienci uzmysłowią sobie różnicę cen - komentuje Thomas Szkutak, dyrektor finansowy Amazon.com.
Na rynku brylantów najszybciej można dostrzec zmiany, a pionierem jest niewątpliwie Blue Nile. Działająca od pięciu lat firma z Seattle, która zamierza wejść na giełdę, stała się ósmym pod względem wielkości amerykańskim detalicznym sprzedawcą biżuterii. W ubiegłym roku jej obroty wzrosły o 79 proc., do 128,9 mln USD, a zyski netto 27 mln USD. Sprzedając brylanty po cenie niższej co najmniej o 35 proc. od konkurentów,
dotcom jest nie tylko rentowny, ale ma też większą marżę zysku niż Zale Corporation, największa sieć sklepów jubilerskich.

Pod strzechy
Blue Nile odnosi korzyści, gdyż wprowadza na rynek masowy wyroby uważane za dobra luksusowe. Firma zatrudnia zaledwie 115 pracowników etatowych i ma magazyn o powierzchni 900 metrów kw. - Aby sprzedać biżuterię za 129 mln USD, sieć typowych sklepów jubilerskich musiałaby się składać ze 116 sklepów i zatrudniać ponad 900 pracowników - uważa Ken Gassman z Rapaport Research. Blue Nile omija ponadto skomplikowany łańcuch dostawców z branży i współpracuje bezpośrednio z najważniejszymi dostawcami, wykorzystując własną sieć internetową.
Aby uzyskać obecny udział w rynku, dotcomy musiały walczyć z powszechnym przekonaniem, że brylantów nie można sprzedawać za pośrednictwem sieci. Zapewniły one jednak nabywcom takie same informacje, jakie mogliby oni uzyskać od znawcy biżuterii. Publikują poradniki napisane prostym językiem, zamieszczają także wyceny kamieni sporządzane przez niezależne firmy. Na przykład klient Diamond.com może wybrać klejnot spełniający jego oczekiwania i potem porównać ceny w innych internetowych sklepach jubilerskich. Takie praktyki są normą, a dotcomy gwarantują ponadto zwrot pieniędzy w ciągu trzydziestu dni od zakupu, jeśli nabywca postanowi zrezygnować z towaru.
Sprzedaż diamentów zaczyna więc przypominać handel artykułami powszechnego użytku, co utrudnia zarobek małym tradycyjnym sklepom. To jeden z powodów, dlaczego w ubiegłym roku zamknięto ich w Stanach aż 465. Te, które przetrwały, notują niewielkie zyski. W efekcie zaczęły się specjalizować w biżuterii typowej, bez brylantów.
Poważniejsi konkurenci mają więcej możliwości. Wprawdzie przedstawiciele Zale nie chcieli komentować sytuacji, jednak analitycy utrzymują, że sieć redukuje koszty, starając się korzystniej kupować kamienie. - Nasi klienci oczekują obsługi na takim poziomie, jaki im oferujemy. Dotcomy nie mogą tego zapewnić
- przekonuje Jeffrey Comment, dyrektor generalny sieci Helzberg obejmującej 265 sklepów. Ze wszystkich sieci sklepów jubilerskich przez handel online w najmniejszym stopniu zagrożony jest chyba Tiffany. Klienci bardzo sobie cenią tę markę. Ważnym atutem firmy są błękitne opakowanie i salon przy Piątej Alei w Nowym Jorku, który zapewnia 9 proc. obrotów i w którym nadal czuje się niewypowiedziany urok Audrey Hepburn.
Timothy J. Mullaney

CZEKI NIEOPŁACALNE
Papierowe czeki trafią do lamusa, bo przelewy online są coraz powszechniejsze
Ciekawą praktykę można zaobserwować w sklepach sieci Wal-Mart. Po wypisaniu czeku klient dostaje go przy kasie z powrotem. Aby przyspieszyć zapłatę, zredukować koszty i zmniejszyć liczbę oszustw, w punktach tej największej sieci detalicznej świata papierowe czeki się skanuje. Tak uzyskiwane są niezbędne informacje - nazwa banku prowadzącego rachunek oraz numer konta.
Cyfrowe systemy dokonywania płatności oraz błyskawicznie upowszechniające się systemy opłacania rachunków online wywołują rewolucję w druku, transporcie i realizacji czeków. Roczne obroty tej branży to, bagatela, 30 mld USD. Pionierami przemian są banki, firmy oferujące karty kredytowe i sklepy pragnące uprościć przestarzałą procedurę wymagającą aż 28 pośredników. Motywuje je wiele bodźców. Według Global Concepts, agencji konsultingowej z Atlanty, płatność online kosztuje zaledwie 10 centów, czyli mniej więcej jedną trzecią kosztów tradycyjnego sposobu zapłaty. - Do roku 2007 liczba tradycyjnych wypisywanych czeków zmniejszy się o jedną czwartą, do 30 mld - uważają analitycy z Celent Communications LLC, agencji badania rynku. - To przełomowy moment - uważa Jonathan Wilk, wicedyrektor Bank of America Corporation.
Przestarzała praktyka drukowania czeków i rozwożenia ich opancerzonymi wozami powoli przechodzi do przeszłości. Deluxe Corporation, największy producent blankietów, zamyka trzy z 13 swoich drukarń. Firma walczy też zawzięcie o udział w rynku, oferując m.in. usługi pomagające zwalczać fałszerstwa. Jedną z ofiar technologii internetowych jest firma AirNet Systems z Columbus w stanie Ohio. Przedsiębiorstwo to czerpie niemal 70 proc. obrotów (wynoszących 140 mln USD) z samolotowego transportu czeków między miastami. - To, co wkrótce wydarzy się na rynku, to będzie horror - uważa Wynn Peterson, wicedyrektor działu rozwoju w AirNet. Firma postanowiła skoncentrować się na lotach czarterowych i transporcie organów do transplantacji.

Premiowanie lojalności
z każdą chwilą jest coraz groźniej. W tym roku 65 mln amerykańskich konsumentów przynajmniej część swych rachunków zapłaciło za pośrednictwem internetu - podaje agencja Gartner. Przypuszcza się, że w ciągu czterech lat liczba ta wzrośnie do 73 mln. To znakomite wiadomości dla takich firm, jak Wells Fargo, American Express czy Sprint, które współpracują z pionierami na rynku płatności online, na przykład z CheckFree lub Edocs. Zdaniem specjalistów z agencji Gartner, przeciętna firma z 1,9 mln klientów może zredukować koszty o 26 mln USD rocznie. Wystarczy, że przekona ludzi do odbierania i opłacania rachunków za pośrednictwem internetu.
Nawet wówczas, gdy płatności nie dokonuje się online, papierowe czeki zamienia się na przekazy cyfrowe. Dzięki nowym regulacjom od października tego roku będą one honorowane na równi z tradycyjnymi. Nawet te banki, które nie mają jeszcze odpowiedniego sprzętu, będą musiały przyjmować wydruki czeków elektronicznych zwane czekami zastępczymi. Koszt unowocześnienia infrastruktury, by móc realizować płatności czekami elektronicznymi, wyniesie w przyszłym roku 1,9 mld USD. Rewolucja ta pozwoli jednak później oszczędzać 2,1 mld USD rocznie - oceniają specjaliści z Celent.
Zmiany doprowadzą również do tego, że giganci bankowości zostaną zmuszeni do ostrzejszej rywalizacji z bankami lokalnymi. Zarówno niewielka kwiaciarnia, jak i supermarket sieci Wal-Mart zazwyczaj współpracują z pobliskim bankiem. Po wprowadzeniu systemu płatności czekami elektronicznymi odległość przestanie mieć znaczenie. Handlowcy będą mogli wybierać banki oferujące usługi realizowane w krótkim czasie oraz bezpieczeństwo transakcji za najniższą cenę, niezależnie od miejsca ich siedziby.
Drukarnie czeków bez zleceń. Lokalne banki w tarapatach. Wszystko to jest zapowiedzią zmian zachodzących w systemach realizacji czeków w erze cyfrowej.
Andrew Park
Współpraca: Ben Elgin i Timothy Mullaney

TELEKOMY W STRACHU
Dzięki internetowym usługom telefonicznym małe firmy mogą zagrozić pozycji gigantów
Alan Bell, zawodowy księgowy, doszedł do wniosku, że zbyt wiele płaci za usługi telefoniczne. W ubiegłym roku rozwiązał więc umowę ze Sprint Corporation i został klientem Vonage Holdings Corporation. Zaczął korzystać z internetowych połączeń telefonicznych. Teraz jego firma audytowa, ARB Consulting z Plant City na Florydzie, za całość usług telefonicznych oraz oddzielną linię faksu płaci 55 USD miesięcznie. To o 75 proc. mniej, niż Bell wydawał wcześniej.
Liczba umów zawieranych z firmami takimi jak Vonage, Net2Phone, i2 Telecom International, oferującymi usługi przesyłania dźwięku za pośrednictwem internetu, rośnie lawinowo. Usługa ta, zwana VOIP (Voice over Internet Protocol), powinna upowszechnić się w USA w przyszłym roku. Wtedy to tamtejsi dostawcy usług internetowych w sieciach szerokopasmowych, np. Comcast, Time Warner i AT&T, zaczną oferować ją na wielką skalę. - Wkraczamy w nową erę. Za trzy lata firmy telekomunikacyjne będą zupełnie inne niż dziś - mówi Farooq Hussain, analityk z Network Conceptions LLC, agencji badania rynku.
Internet wymusza błyskawiczne zmiany w telekomunikacji. Przychody z tradycyjnych usług telekomunikacyjnych, wynoszące 120 mld USD, rokrocznie maleją o kilka punktów procentowych, a inwestycje kapitałowe w podstawowy sprzęt spadły niemal do zera. Agencja IDC badająca rynek podaje, że przychody z usług telekomunikacyjnych oferowanych za pośrednictwem internetu w 2007 roku wzrosną do 6,7 mld USD.

"Byliśmy w błędzie"
Naprawdę przełomowe innowacje wynikające z nowych technologii polegają na tym, że mogą one rozluźnić uścisk lokalnych firm telekomunikacyjnych. Na razie to one dyktują klientom warunki podłączenia do sieci, kontrolując ok. 80 proc. rynku w USA. Dzięki internetowym technologiom usługi takie można jednak oferować w dowolnym szerokopasmowym łączu. Tradycyjne firmy zagrożone są także przez sieci bezprzewodowe. W ciągu najbliższych kilku lat mogą odebrać im od 20 do 30 proc. udziału w rynku.
Tradycyjne firmy zamierzają współpracować z przedsiębiorstwami wykorzystującymi najnowsze technologie. Verizon Communications inwestuje miliardy dolarów w nowe technologie. - Rynek usług VOIP jest większy, niż zakładaliśmy. Myliliśmy się - przyznaje Stuart Elby, wicedyrektor techniczny w Verizon.
Wygrają na tym konsumenci. Vonage oferuje nieograniczone usługi za 35 USD miesięcznie. To mniej więcej dwie trzecie ceny Verizona w zwykłej sieci (50-55 USD miesięcznie).
Telefonia internetowa daje także inne możliwości. ReadyTech-Go, agencja wyszukująca pracowników dla branży medycznej, z internetowych połączeń telefonicznych zaczęła korzystać przed sześcioma miesiącami. Teraz pracownicy podłączają słuchawkę do laptopów z odpowiednim oprogramowaniem. Podróżując po kraju, mogą się z sobą skontaktować za pomocą tego samego numeru wewnętrznego, z którego korzystają w biurach. Aplikacja kosztuje około 125 USD od użytkownika.
Technologie internetowe pozwalają też obniżyć koszty międzynarodowych rozmów telefonicznych. Spółka Net2Phone pobiera pięć centów za minutę rozmowy z Chinami, połowę standardowej stawki. Niektóre usługi połączeń międzynarodowych są bezpłatne. Skype, oprogramowanie dostępne w internecie, umożliwia darmowe połączenia z internautami korzystającymi z tego samego programu. Jak podaje TeleGeography Research Corporation, za pomocą internetowych technologii odbywa się już 13 proc. międzynarodowych rozmów telefonicznych (przed pięciu laty 1 proc.).
Niezależnie od tego, kto wygra tę bitwę, klienci mogą być pewni jednego: usługi telekomunikacyjne będą tańsze, a oferta coraz bogatsza.
Steve Rosenbush (Nowy Jork)

HOTELE MAJĄ PROBLEM
Dzięki dużym zamówieniom, ceny pokojów w internetowych biurach są niższe
Jim Young miał już dosyć. Wicedyrektor działu dystrybucji światowej w InterContinental Hotels Group uznał, że 3300 hoteli związanych umową franchisingową z IHG zbyt swobodnie flirtuje z firmami internetowymi. Niektóre hotele należące do lokalnych właścicieli dopuściły do tego, że biura podróży działające online, takie jak Expedia należąca do InterActive Corporation lub Travelocity, oferowały pokoje w cenie niższej niż sam InterContinental. W rezultacie dotcomy zarabiały więcej z różnic w cenie, niż same płaciły sieci InterContinental. 20 kwietnia Young podczas TravelCom Expo, corocznego spotkania 1200 właścicieli hoteli i biur podróży, rzucił wyzwanie. Właściciele hoteli muszą wybrać - albo prowadzą interesy na warunkach internetowych agencji, albo kierują się zasadami wyznaczonymi przez IHG. - Jeśli nie podporządkują się, to koniec współpracy - obwieścił Young.
Ze wszystkich bitew toczonych przez tradycyjne firmy i dotcomy wdzierające się na ich rynek batalia między sieciami hoteli i internetowymi biurami podróży może się okazać najbardziej zaciekła. Gra toczy się o to, kto będzie ustalał ceny i czerpał największe zyski w branży, w której roczne obroty tylko w USA to 80 mld USD. Sieci firmujące hotele - takie jak Marriott International, Hilton Hotels oraz InterContinental - były najważniejszym pośrednikiem w branży hotelarskiej. Właściciele hoteli oddają tym sieciom od 8 proc. do 10 proc. wpływów w zamian za usługi marketingowe i księgowe oraz prawo do nazwy. Obecnie jednak Expedia, Travelocity i Orbitz są dla tych sieci wielkim zagrożeniem. Wykorzystując olbrzymie możliwości internetu, w ubiegłym roku agencje działające online wynajęły 35 mln pokojów, co przyniosło obroty w wysokości 5,8 mld USD. To 8 proc. wpływów na tym rynku. Według agencji konsultingowej PhoCus-Wright, w 2006 r. przychody dotcomów wyniosą 13,3 mld USD, co oznacza, że powiększą one swój udział do 17 proc.
Ponieważ coraz więcej podróżnych rezerwuje pokoje hotelowe online, internetowe biura podróży zmieniają podstawowe zasady obowiązujące na tym rynku. Mogą jednorazowo zamówić w hotelach znaczące liczby pokojów, dzięki czemu otrzymują większą prowizję niż sieć pozwalająca wykorzystywać swą nazwę. Na przykład Expedia płaci cenę hurtową w wysokości 106 USD za noc w czerwcu w hotelach Dana Inn i Marina w San Diego, a od zamawiającego pobiera 132 USD. Klient płaci mniej, niż musiałby wydać, gdyby zarezerwował pokój przez telefon (kosztowałby go wówczas 145 USD). W rezultacie Expedia nakłada marżę w wysokości 26 USD, czyli 25 proc.

Nocne koszmary
Sieci hoteli zawzięcie walczą o utrzymanie swej pozycji. Te największe już zmusiły partnerów do zgody na gwarancję najlepszej stawki. Hotele nie będą oferować dotcomom takim jak Expedia, Travelocity i Orbitz pokojów w cenie niższej, niż można je zamówić na stronie WWW sieci hotelowej lub bezpośrednio przez telefon. Oznacza to, że na przykład agencja Travelocity nie będzie mogła oferować pokoju w hotelu należącym do sieci Sheraton po cenie niższej, niż robi to sam Sheraton. Klienci przywiązani do marki będą mieli ponadto sto innych powodów, by korzystać z witryny prowadzonej przez tę sieć. Starwood i Hilton oferują znaczne korzyści stałym klientom, między innymi lepsze pokoje i punkty przyznawane podróżnym często zatrzymującym się w hotelach firmowanych przez tę sieć. Jak podaje Starwood, zmiany te sprawiły, że wzrosła liczba zamówień składanych online. Przedstawiciele sieci nie chcieli jednak zdradzić, jak duży był to wzrost. - System działa, a zmiana jest niebagatelna - tajemniczo mówi Steven Hankin, dyrektor działu marketingu w Starwood.
Może się jednak okazać, że ta strategia nie będzie rozwiązaniem na dłuższą metę. Właściciele hoteli, którym zabroniono udzielania rabatów internetowym biurom, mogą dojść do przekonania, że taka polityka szkodzi ich interesom. Radisson Lexington w Nowym Jorku utrzymuje cenę za pokój w wysokości 199 USD, a rezerwujący pokoje za pośrednictwem Expedii płacą 190 USD za nocleg w lepszym Hudsonie, ponieważ ten niezależny hotel daje większe upusty biurom internetowym. Mając sieć w zasięgu ręki, podróżni bez trudu mogą sprawdzić, w jakich hotelach są najmilej widziani.
Timothy J. Mullaney

NIERUCHOMOŚCI NA GRZĄSKIM GRUNCIE
Sprawność pozwoli dotcomom obniżyć prowizje, a mimo to zarabiać
Nikt nie ma wątpliwości, że internet wywiera wielki wpływ na metody wyszukiwania nieruchomości do kupienia. Już ponad 70 proc. nabywców sprawdza oferty i negocjuje transakcję przed podpisaniem umowy. To znaczny wzrost od 2001 r., kiedy było to 41 proc. Nic w tym dziwnego. Kilka kliknięć myszką pozwala obejrzeć zdjęcia i plany domów, niezależnie od tego, czy będzie to kosztująca 1 mln USD rezydencja w Petersburgu, czy mieszkanie oferowane za 100 tys. USD w St. Louis.
Nabywcy są coraz lepiej zorientowani i nie godzą się na 6-procentowe prowizje pobierane przez agencje. Nowy dotcom zipRealty, aby obniżyć koszty, proponuje kupującym prowizje niższe o 20 proc., a sprzedającym - o 25 proc.
Internetowi najeźdźcy - HomeGain.com oraz LendingTree, dotcom z jednym z największych udziałów w rynku kredytów hipotecznych - mogą wywrzeć jeszcze większy wpływ na sytuację na tym rynku. Wykorzystują bowiem możliwości internetu, aby przyciągnąć sprzedających i kupujących nieruchomości, i skierować ich do kilku agencji pośrednictwa, które muszą o nich walczyć. Zmusza to pośredników do większej konkurencyjności i tym samym oferowania lepszych i tańszych usług.
Wprawdzie w ubiegłym roku internetowi pośrednicy otrzymali mniej niż 1 proc. z 60 mld USD uzyskanych dzięki prowizjom dla pośredników, jednak już w 2007 r. będzie to 4 proc., twierdzi Steve Murray, analityk z Real Trends w Littleton w stanie Kolorado, firmy badającej rynek nieruchomości. Z pozoru to niewiele, jednak w branży tak podzielonej nawet niewielkie zmiany proporcji wpływają na oczekiwania konsumentów. Jeśli nasz sąsiad zapłaci niższą prowizję, chcemy uzyskać to samo. - Najczęstsza wysokość prowizji - 6 proc. - nie jest normą w HomeGain - chlubi się Brad Inman, dyrektor generalny tej internetowej agencji.
Czym to jest spowodowane? Spójrzmy na zipRealty. Ta agencja pośrednictwa z siedzibą w Emeryville w Kalifornii redukuje koszty, każąc swoim agentom pracować w domu. Są oni szkoleni online, z internetu ściągają też materiały potrzebne do pracy, dzięki czemu mogą sprzedawać dwu- lub trzykrotnie więcej nieruchomości niż stosujący tradycyjne metody. W ubiegłym roku dotcom osiągnął pierwsze zyski, gdyż podwoiła się wartość sprzedanych nieruchomości, wzrastając do 1,6 mld USD.
Witryny oferujące pośrednictwo między nabywcami a agencjami handlu nieruchomości, na przykład LendingTree lub HomeGain.com, obrały inną strategię. Pomagają agentom znaleźć klientów taniej i szybciej. W zamian oddają oni LendingTree do 35 proc. prowizji z transakcji. Jeśli jednak agenci mają więcej klientów, nie tracą na tym, że muszą dzielić się prowizją z firmą. W ubiegłym roku dzięki pośrednictwu LendingTree zawarto około 7 tys. transakcji.
Na rynku już widać zmiany. Murray informuje, że agenci przyznają, iż obniżają opłaty, m.in. w wyniku presji klientów. Niczym termity, firmy internetowe wgryzają się w dotychczasową strukturę.
Timothy J. Mullaney

OPROGRAMOWANIE PRZYSPIESZA
Oprogramowanie typu open source to już nie tylko Linux
Linux. Przez wiele lat było to słowo znane głównie idealistycznym programistom, tworzącym darmowe, powszechnie dostępne oprogramowanie będące w stanie konkurować z systemami operacyjnymi oferowanymi przez Microsoft i inne gigantyczne firmy. Za sprawą miłego pingwinka wszystko przypominało raczej ruch społeczny niż poważne zagrożenie rynkowe. Jednakże w ciągu czterech ostatnich lat Linux wdarł się na rynek. Jego udział w rynku systemów dla serwerów wzrósł do 23 proc. Więcej ma tylko Microsoft.
Wielbiciele powszechnie dostępnego oprogramowania nie zamierzają się już ograniczać do prac nad Linuxem. Nowe firmy, takie jak MySQL AB lub Jboss, oferują drugą generację oprogramowania, Są to programy zarządzające bazami danych, wyszukiwarki, a nawet oprogramowanie do komputerów osobistych. Jeśli rozwiązania te upowszechnią się w takim stopniu jak Linux, mogą poważnie zagrozić dotychczasowym producentom. Sytuacja na rynku, na którym obroty wynoszą 200 mld USD, może się więc zmienić.
Nie byłoby to możliwe bez internetu. Dzięki światowej sieci tysiące programistów z całego świata mogą przesyłać opracowane przez siebie kody i pomysły niewielkim grupom, które łączą w całość nadsyłane fragmenty. Dwudziestu programistom zatrudnionym w Sleepycat Software, firmie specjalizującej się w systemach zarządzania zbiorami danych, pomaga armia ochotników. - Setki osób dostarczyły niewielkie elementy oprogramowania - mówi Margo Seltzer, dyrektor działu technologii.

"Linux jako argument"
Nowi gracze dzielnie wywalczają dla siebie miejsce. MySQL ze Szwecji ma już 5 tys. klientów korzystających z oferowanego przez tę firmę za 495 USD programu do zarządzania bazami danych. Z ankiety przeprowadzonej przez agencję March Forrester Research wśród 140 dużych amerykańskich przedsiębiorstw wynika, że 60 proc. z nich albo używa oprogramowania typu open source, albo zamierza to uczynić. - To początek wielkich zmian - utrzymuje Andy Miller, wiceprezes Corporate Express Inc, firmy dystrybuującej aplikacje biurowe.
Nie dziwnego, że oprogramowanie tego rodzaju jest coraz popularniejsze, skoro jest znacznie tańsze. Jak utrzymuje Miller, dzięki takiemu oprogramowaniu jego firma w ciągu trzech lat zdołała zaoszczędzić aż 6,1 mln USD.
Program MySQL, za który trzeba zapłacić 495 USD, zapewnia wprawdzie mniej możliwości niż kosztująca 4995 USD baza danych Oracle, ale jest alternatywą dla niektórych aplikacji.
Dotychczasowi producenci zmieniają więc strategię. IBM oraz Novell już oferują Linuxa w płatnych pakietach usług i programów. Microsoft obniża zaś ceny systemu Windows. - Klienci twierdzą, że pogrożenie przejściem na Linuksa pozwala uzyskać 25 lub 30 proc. rabatu - mówi Scott Lundstrom z AMR Research.
Wiele przedsiębiorstw nadal pragnie bezpieczeństwa i wiarygodności, jakie uzyskują, kupując oprogramowanie od sprawdzonego dostawcy. Microsoft chce przekonać klientów, że w dłuższej perspektywie Linux jest droższy, gdy wziąć pod uwagę koszt unowocześnianych dodatków. Steven Ballmer, dyrektor generalny Microsoftu uważa, że Linux jest już zwyczajnym produktem handlowym i zapewnia, że Microsoft wie, jak z nim konkurować. Być może ma rację. Twórcy Linuxa pracują jednak już nad innymi aplikacjami, nie ulega więc wątpliwości, że na tym rynku zajdą poważne zmiany.
Steve Hamm