Kilka mitów o zadłużeniu

Kilka mitów o zadłużeniu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Długi służby zdrowia rosną w tempie 1 mld zł rocznie. W Sejmie powstaje ustawa, która ma rozwiązać ten problem.
Sejmowa komisja zdrowia od tygodnia pracuje na najwyższych obrotach. Latem w trakcie kilkunastogodzinnych maratonów, w wielkim pośpiechu i bałaganie posłowie tworzyli nową ustawę o NFZ. Teraz parlamentarzyści zafundowali sobie powtórkę - w podobnym tempie pracują nad ustawą o pomocy publicznej i restrukturyzacji publicznych zakładów opieki zdrowotnej.

Kontrowersyjny projekt
Ustawa ma umożliwić przekształcenie najlepszych szpitali i przychodni w spółki użyteczności publicznej. Ma także zapewnić im tanie pożyczki. Otrzymają je te placówki, które uporządkują finanse i doprowadzą do układu z wierzycielami. Ale opinia, że to wystarczy do rozwiązania wszystkich problemów tego sektora gospodarki, to mit. Szpitale będą mogły wykorzystać pieniądze z budżetu (2,2 mld zł) na spłatę zadłużenia wobec swoich pracowników. Co ciekawe, według danych Ministerstwa Zdrowia, zadłużenie ZOZ-ów wobec pracowników wynosi tylko 1 mld zł. Dla pozostałych wierzycieli, którym zakłady opieki zdrowotnej - głównie szpitale - zalegają z 5,5 mld zł, pomysł Ministerstwa Zdrowia ma jednoznaczny wydźwięk: restrukturyzacja służby zdrowia odbędzie się ich kosztem, bo zawieranie układów ze szpitalami na dużą skalę oznacza redukcję ich zadłużenia o kilkadziesiąt procent. - Na takie rozwiązanie nie możemy się zgodzić. To byłoby naruszenie naszych praw - uważa Małgorzata Wychowaniec, pełnomocnik Konsorcjum Wierzycieli Służby Zdrowia, reprezentującego interesy właścicieli 10 proc. długów służby zdrowia.
Konsorcjum zapowiedziało, że jeżeli Sejm przegłosuje ustawę w obecnym kształcie, zaskarży ją do Trybunału Konstytucyjnego, a jak to nie pomoże, to każdy narzucony wierzycielom układ zostanie skierowany do sądu. Narzucony, bo do przegłosowania ugody wystarczą głosy wierzycieli będących właścicielami
50 proc. długu. W zwykłym postępowaniu układowym do zatwierdzenia ugody potrzebna jest zgoda właścicieli minimum dwóch trzecich ich łącznej wartości.
O ile najwięksi zagraniczni dostawcy sprzętu medycznego, leków i mediów lekką ręką mogą się zgodzić na redukcje należności o 30-40 proc., to dla średnich i małych polskich firm może to oznaczać poważne problemy. Polfa Tarchomin (roczne przychody rzędu 300 mln zł) nie może wyegzekwować od szpitali i przychodni 10 mln zł. - Jak firma produkująca generyki i działająca na kilkuprocentowej rentowności ma się zgodzić na taki układ? Przecież to oznaczałoby dla nas wymierne straty finansowe - mówi Marian Anysz, członek zarządu Polfy Tarchomin.
Warunkiem zawarcia układu powinien być też program naprawczy, który zminimalizowałby ryzyko ponownego zadłużenia się szpitala. - Projekt ustawy niestety tego nie gwarantuje - przyznaje Mirosław Proppe, analityk firmy doradczej KPMG.
Prace w parlamencie trwają, jednak o kompromisie nie słychać. W sejmowych kuluarach w odpowiedzi na sugestie konsorcjum można usłyszeć, że ustawa jest nie dla wierzycieli, tylko dla ZOZ-ów.
W związku z ryzykiem wprowadzenia niekorzystnej ustawy firmy, którym szpitale i przychodnie zalegają ze spłatą należności, przyspieszyły działania windykacyjne. Polfa Tarchomin prowadzi z dłużnikami negocjacje. Firma proponuje im spłatę długu w dogodnych, rozłożonych w czasie ratach.
Tylko najwięksi wierzyciele - ZUS i lokalne urzędy skarbowe oraz dostawcy mediów - wstrzymują się z odzyskiwaniem należności. Obawiają się kosztów społecznych i negatywnego wpływu na swój wizerunek, a to nieuniknione po od-łączeniu szpitala od prądu lub po odcięciu dopływu gazu.
Jednocześnie zamiera działalność firm prowadzących sekurytyzację długów służby zdrowia. Przedsiębiorstwa te skupują należności, a potem rozkładają ich spłatę na raty o oprocentowaniu porównywalnym z wysokością odsetek ustawowych (od roku stawka wynosi 12,25 proc.). Zarabiają dzięki temu, że same pieniądze na finansowanie swojej działalności pożyczają taniej, a długi kupują za 70-80 proc. ich wartości. Dla szpitali jest to kosztowny, ale często jedyny dostępny sposób na utrzymanie płynności finansowej.
Banki już dawno wpisały służbę zdrowia na listę sektorów, które nie mają dostępu do kredytów. Wycofały się również z sekurytyzacji szpitalnych długów, mimo że - jak choćby BRE Bank i Bank Millennium - zainwestowały w fundusze sekurytyzacyjne kwoty rzędu 100 mln zł. Teraz widmo upadłości zawisło nad drugim co do wielkości graczem na rynku - gdańską firmą Greenhouse. Na dużą skalę działa już tylko należący do Enterprise Investors Magellan. W rękach firm zajmujących się sekurytyzacją jest teraz nie więcej niż 10 proc. wszystkich szpitalnych zobowiązań i ten odsetek powoli maleje. Tym samym upada rozpowszechniany do niedawna w środowisku medycznym mit o kapitale niepewnego pochodzenia, który za długi zamierza przejąć szpitale.

Kraj wysokiego ryzyka
Niezapłacone faktury stały się już integralną częścią polskiego rynku usług medycznych. Niektórzy dostawcy, jak na przykład wrocławski producent sprzętu medycznego Echoson, całkowicie zrezygnowali z obsługi sektora publicznego. Pozostali straty poniesione wskutek niewypłacalności kontrahentów rekompensują sobie, podnosząc ceny. - Dla zachodnich koncernów medycznych Polska jest krajem podwyższonego ryzyka, i to widać po cenach leków - uważa Adam Kruszewski, pomysłodawca Magellana. A to dodatkowo nakręca spiralę zadłużenia.
- Prawdopodobnie szpitale nie miałyby problemów z płynnością, gdyby dostawcy usług, sprzętu i leków obniżyli marże o połowę, do poziomu europejskiego - uważa Zbigniew Woźniak, prezes spółki Echoson. Część winy za utrzymywanie wysokich cen ponoszą osoby zarządzające publicznymi ZOZ-ami, które nie są rozliczane z wyników finansowych, a kupując droższy sprzęt, mogą zarobić nieoficjalnie.

My nie zapłacimy
Długi służby zdrowia rosną obecnie w tempie około 1 mld zł rocznie. Wynika to jednak głównie z wysokiego oprocentowania starych należności, a nie z nowych niezapłaconych faktur. - Opinia, że szpitale nie płacą, to mit - uważa Adam Kruszewski.
Podkarpacki Szpital Wojewódzki w Krośnie od pięciu lat nie może się pozbierać po reformie wprowadzającej kasy chorych. Ówczesny dyrektor z politycznego namaszczenia AWS miał dużą pensję, ale małe pojęcie o ekonomii. Dziś długi tego nowoczesnego szpitala przekraczają 20 mln zł (przy 55 mln zł budżetu). Ale są stabilne. Nowy dyrektor Zbigniew Prajsnar nie reguluje na bieżąco nowych faktur, ale dzięki temu spłaca stare, przeterminowane i wysoko oprocentowane należności. Podkreśla jednak, że przy obecnej wysokości kontraktu z NFZ nie ma szans na spłatę wspomnianych 20 mln zł. Kto w takim razie ureguluje dług jego szpitala? - Na pewno nie my - twierdzi dyrektor. Zdaniem wierzycieli, najlepszym rozwiązaniem problemu zadłużenia byłaby jego konwersja na obligacje wyemitowane przez samorządy, które są właścicielami prawie wszystkich publicznych zakładów opieki zdrowotnej. Ale już wiadomo, że ta koncepcja nie zyska w Sejmie poparcia. Według projektu rządowego, koszty redukcji zadłużenia mają zostać rozłożone między wierzycieli, dłużników i podatników. Ci ostatni sfinansują nisko oprocentowaną pożyczkę dla szpitali.
Pomoc państwa obejmie szpitale, które podejmą próbę przekształcenia w spółki lub wprowadzą program naprawczy. Ile ich będzie? Sam minister zdrowia Marek Balicki przyznaje, że formuła spółki użyteczności publicznej jest atrakcyjna dla około 20 proc. najlepszych ZOZ-ów. Co z zadłużeniem pozostałych 80 proc.? Wygląda na to, że rząd na razie nie ma na to pomysłu. Wzrost składki ubezpieczeniowej (od 2007 roku 9 proc. przychodu) także niczego nie zmieni, bo nie towarzyszy jej gruntowna restrukturyzacja kosztów służby zdrowia, a jednocześnie systematycznie rosną koszty leczenia. Rozwiązanie kwestii zadłużenia wymagałoby radykalnych posunięć - w tym dopuszczenia do upadłości części szpitali i diametralnej poprawy jakości zarządzania.