Dymu więcej niż ognia

Dymu więcej niż ognia

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kłopoty z podpisem elektronicznym.
Huku i dymu było dużo, gdy ponad trzy lata temu uchwalono ustawę o podpisie elektronicznym. Dziś jednak mało kto w Polsce chce go używać. Brak też pomysłów na upowszechnienie tego narzędzia. Zresztą po co, gdy okazuje się, że bez niego również można z powodzeniem prowadzić rozległą działalność gospodarczą przez internet. Podpisu elektronicznego opartego na certyfikacie kwalifikowanym (tylko taki ma moc prawną) nie wykorzystuje nawet Volkswagen Bank direct, jeden z trzech czysto internetowych banków działających w naszym kraju. Banki wykorzystują hasła jednorazowe lub tokeny. Są one wprawdzie mniej wszechstronne, jednak tańsze i łatwiejsze w obsłudze (nie wymagają czytnika kart chipowych). - Skoro banki zintegrowały te rozwiązania ze swoimi systemami informatycznymi, to trudno się dziwić, że nie są zainteresowane wprowadzaniem nowego rozwiązania - uważa Piotr Michalski z firmy TP Internet, która świadczy usługi certyfikacyjne.
Ministerstwo Gospodarki, Pracy i Polityki Społecznej do końca sierpnia tego roku wydało ponad 4,5 tys. certyfikatów kwalifikowanych. Kazimierz Ferenc, jeden z autorów ustawy o podpisie elektronicznym i prezes Centrastu - instytucji, która pełni funkcję głównego urzędu certyfikacji i nadzoru świadczenia usług związanych z podpisem elektronicznym w Polsce - przyznaje, że jedną z głównych przyczyn słabego rozpowszechnienia podpisu elektronicznego jest zbyt wysoki koszt uzyskania takich uprawnień, co szczególnie odstrasza klientów indywidualnych, jednak uważa on, że przyjęte w naszym kraju rozwiązania prawne w tym zakresie są dobre. Tego ostatniego zdania nie podziela Jarosław Mojsiejuk, ekspert Polskiej Izby Teleinformatyki i Telekomunikacji, która już od dawna zgłasza potrzebę nowelizacji ustawy o podpisie elektronicznym. Jej oponentom nie podoba się na przykład, że instytucja świadcząca usługi certyfikacyjne musi spełniać liczne kłopotliwe wymagania, co oczywiście rzutuje na koszty, którymi ostatecznie obciążany jest klient. Wysoka cena powoduje oczywiście ograniczenie popytu na certyfikaty, a czym mniej klientów, tym trudniej obniżyć stawki - i koło się zamyka. I rzeczywiście trudno marzyć, by Kowalski czy Nowak używał kwalifikowanego certyfikatu, skoro za uzyskanie takich uprawnień trzeba zapłacić w sumie ponad 800 zł brutto. Bo choć sam certyfikat można kupić za mniej więcej 200 zł, to do tego dochodzą nośniki kluczy i certyfikatów (karta mikroprocesorowa) oraz czytnik kart kryptograficznych z oprogramowaniem. - To zdecydowanie za dużo - przyznaje Kazimierz Ferenc. Jego zdaniem, o upowszechnieniu podpisu elektronicznego w Polsce będzie można mówić, gdy cena certyfikatu kwalifikowanego będzie porównywalna ze stawkami niemieckimi, czyli wyniesie około 60-80 euro.
Jednak i ta cena wydaje się wysoka dla osób prywatnych. W Estonii, która wprowadziła podpis elektroniczny do dowodu osobistego (jest on w ten sposób też kartą chipową), na jakiś czas jest on wydawany bezpłatnie. Dopiero za odnowienie podpisu trzeba płacić. Estończycy szacują, że około 20 proc. obywateli się na to zdecyduje. Jednak rząd tego kraju świadomie tworzy i wspiera środowisko (banki, administracja), gdzie podpis ten można wykorzystywać. Obywatel może załatwić wiele spraw, nie wychodząc z domu czy firmy. I tak na przykład mieszkańcy Tallina w przyszłym roku będą mogli wziąć udział w wyborach lokalnych za pośrednictwem internetu, wykorzystując podpis elektroniczny. Ma to być test przed rokiem 2007, kiedy to wszyscy obywatele kraju będą mogli w ten sposób głosować w wyborach parlamentarnych.
W Polsce urzędy oferują obywatelom niewiele do załatwienia przez internet. Jednak przedstawiciele firm sprzedających certyfikaty wiążą nadzieję m.in. z zapisem ustawy o podpisie elektronicznym, zgodnie z którym od sierpnia 2006 r. przyjmowanie wniosków w postaci elektronicznej będzie obowiązkiem wszystkich organów administracji.
- Jeśli do pewnych czynności certyfikat byłby narzędziem niezbędnym, jego upowszechnienie nastąpiłoby bardzo szybko - twierdzi Tomasz Moroz, wiceprezes Travelplanet. Z pewnością jest w tym stwierdzeniu dużo prawdy. Dziś jednak, patrząc na poziom informatyzacji w naszych urzędach, wydaje się bardzo prawdopodobne, że ten termin zostanie przesunięty. Poza tym niemoralne byłoby zmuszać kogokolwiek do wydania nie tylko 800 zł, ale nawet 300 zł na narzędzie, którego zastosowanie i użyteczność są wątpliwe.

Tam po certyfikat
Kwalifikowane certyfikaty podpisu elektronicznego mają prawo wydawać w Polsce cztery firmy: Unizeto, Polska Wytwórnia Papierów
Wartościowych, TP Internet oraz Krajowa Izba Rozliczeniowa. - I na tym koniec - mówi Kazimierz Ferenc. Dlaczego? - Bo nie ma możliwości, aby więcej firm mogło się na tym rynku utrzymać - mówi prezes Centrastu.
Kokosów jednak z tego nie ma. - Na razie nie można jeszcze na tym zarobić, ale przychody z tego tytułu mają tendencję wzrostową - mówi Andrzej Bendig-Wielowiejski, prezes Unizeto.

Zalety podpisu:
- bezpieczeństwo
- usprawnienie działalności
- przyspieszenie obiegu informacji
- obniżenie kosztów funkcjonowania (dokument elektroniczny jest tańszy od papierowego)

Nie jest powszechny z powodu:
- wysokiej ceny
- małych możliwości wykorzystania
- luk i barier prawnych, nieuregulowana jest np. kwestia doręczeń elektronicznych
- braku podstawowej wiedzy i pewnych umiejętności w zakresie IT
- ograniczonego dostępu do internetu (zwłaszcza szerokopasmowego) w naszym kraju

Kwalifikowany i niekwalifikowany
Polska ustawa wyróżnia dwa rodzaje podpisu elektronicznego: niekwalifikowany (zwykły) i kwalifikowany (bezpieczny). Ten drugi oprócz identyfikacji osoby się nim posługującej stwarza dodatkowe zabezpieczenie uniemożliwiające osobom trzecim dokonywanie ewentualnych nadużyć i ma moc prawną.