Czy w ciągu najbliższych kilkunastu lat zniknie tradycyjny podział na Polskę A - nowoczesną, dynamiczną i zamożną - oraz Polskę B pozostającą w tyle, ubogą i znajdującą się w permanentnej stagnacji?
Na ten cel ma pójść znaczna część z kolosalnej kwoty 142 mld euro, które mają być wydane w ramach Narodowego Planu Rozwoju w latach 2007-2013. Dziś stosunek PKB przypadający na głowę mieszkańca najbogatszego i najuboższego regionu Polski wynosi 2,2:1. Autorzy planu sądzą, że dzięki nowym drogom i autostradom, lepszej edukacji, zachętom dla przedsiębiorstw do inwestycji i tworzenia nowych miejsc pracy oraz środkom wydanym na restrukturyzację obszarów wiejskich różnica ta zacznie się w widoczny sposób zmniejszać, a kiedyś być może w ogóle zaniknie. Problem jednak w tym, że najprawdopodobniej nie zaniknie, a kto wie, czy się nawet nie zwiększy. I co więcej, nie musi być w tym wcale nic złego.
Zacznijmy od kilku doświadczeń historycznych. W roku 1985, kiedy do Wspólnoty przystępowały kraje iberyjskie, relacja między PKB na głowę mieszkańca najbogatszego i PKB na głowę mieszkańca najuboższego regionu Hiszpanii wynosiła 1,4:1. Podobnie było we Włoszech, a we Francji relacja ta wynosiła 2,3:1. W roku 2000, po 15 latach intensywnego funkcjonowania polityki regionalnej Unii, wskaźnik zróżnicowania regionalnego wzrósł w Hiszpanii do poziomu 1,6, we Włoszech do 2,3, a we Francji niemal do 3.
Czy to znaczy, że polityka regionalna jest fiaskiem? Niezupełnie. Przede wszystkim nie należy mitologizować samych różnic w liczbie PKB na głowę mieszkańca. Wskaźnik ten informuje, jak wielka produkcja wytwarzana jest na danym terenie w przeliczeniu na mieszkańca, nie mówiąc nic o tym, co jest właściwie wytwarzane. Regiony kraju różnią się strukturą zatrudnienia i działalności. W oczywisty sposób przynoszące wysoką wartość dodaną instytucje finansowe będą się koncentrować w dużych miastach, przede wszystkim w mieście stołecznym. Z kolei aktywność w zakresie zaawansowanego technologicznie przemysłu przetwórczego będzie się rozwijać prawdopodobnie w silnie zurbanizowanych regionach o stosunkowo wysokiej podaży wykwalifikowanej pracy, a w zakresie przetwórstwa żywności - w regionach o charakterze bardziej wiejskim. Jeśli nawet pracownik na podobnym stanowisku będzie równie wydajny i równie dobrze opłacany niezależnie od regionu, przeciętny PKB na głowę mieszkańca i tak będzie się różnił. Drugim problemem statystycznym, który pojawia się zawsze przy okazji porównań regionalnego PKB, jest sytuacja wielkich miast, a zwłaszcza regionu, w którego skład wchodzi miasto stołeczne. PKB na głowę mieszkańca Mazowsza sięga niemal 75 proc. średniego PKB w poszerzonej Unii, a w samej Warszawie PKB jest o blisko 1 proc. wyższy niż średnio w Unii. Czy to znaczy, że w Warszawie dochody są równe zachodnioniemieckim? Oczywiście że nie, bowiem spora część wytwarzanej w Warszawie wartości dodanej wywożona jest poza granice miasta przez pracowników, którzy wprawdzie zatrudnieni są w Warszawie, ale mieszkają w innych częściach kraju. Innymi słowy dochód podzielony i wykorzystany na miejscu przez mieszkańców miasta jest znacznie niższy od wytworzonego. Póki więc będą istnieć wielkie stołeczne miasta, PKB w różnych regionach na pewno nie będzie identyczny, nawet gdyby jakimś cudem udało się osiągnąć identyczny poziom życia w całym kraju.
No i mamy też do czynienia z prawdziwym dylematem natury ekonomicznej. Mieszkańcy różnych regionów kraju mają często odmienne tradycje, zwyczaje, przedsiębiorczość, skłonność do ryzyka. Różnice te można się starać stopniowo zmniejszać poprzez właściwe kształcenie młodzieży i osób, które już pracują, oraz zachęcanie do przedsiębiorczości. Można i należy również wykorzystywać środki unijne, po to aby przypadkiem o utrzymaniu się względnego niedorozwoju jakiegoś regionu nie decydował odstraszający inwestorów brak przyzwoitej drogi, którą można do niego dojechać. Ale przekonanie - któremu 15 lat temu ulegli Niemcy - że budując tysiące kilometrów autostrad, gwarantuje się zmniejszenie rozpiętości w PKB na głowę mieszkańca w różnych regionach kraju, okazało się całkowicie mylne.
Zacznijmy od kilku doświadczeń historycznych. W roku 1985, kiedy do Wspólnoty przystępowały kraje iberyjskie, relacja między PKB na głowę mieszkańca najbogatszego i PKB na głowę mieszkańca najuboższego regionu Hiszpanii wynosiła 1,4:1. Podobnie było we Włoszech, a we Francji relacja ta wynosiła 2,3:1. W roku 2000, po 15 latach intensywnego funkcjonowania polityki regionalnej Unii, wskaźnik zróżnicowania regionalnego wzrósł w Hiszpanii do poziomu 1,6, we Włoszech do 2,3, a we Francji niemal do 3.
Czy to znaczy, że polityka regionalna jest fiaskiem? Niezupełnie. Przede wszystkim nie należy mitologizować samych różnic w liczbie PKB na głowę mieszkańca. Wskaźnik ten informuje, jak wielka produkcja wytwarzana jest na danym terenie w przeliczeniu na mieszkańca, nie mówiąc nic o tym, co jest właściwie wytwarzane. Regiony kraju różnią się strukturą zatrudnienia i działalności. W oczywisty sposób przynoszące wysoką wartość dodaną instytucje finansowe będą się koncentrować w dużych miastach, przede wszystkim w mieście stołecznym. Z kolei aktywność w zakresie zaawansowanego technologicznie przemysłu przetwórczego będzie się rozwijać prawdopodobnie w silnie zurbanizowanych regionach o stosunkowo wysokiej podaży wykwalifikowanej pracy, a w zakresie przetwórstwa żywności - w regionach o charakterze bardziej wiejskim. Jeśli nawet pracownik na podobnym stanowisku będzie równie wydajny i równie dobrze opłacany niezależnie od regionu, przeciętny PKB na głowę mieszkańca i tak będzie się różnił. Drugim problemem statystycznym, który pojawia się zawsze przy okazji porównań regionalnego PKB, jest sytuacja wielkich miast, a zwłaszcza regionu, w którego skład wchodzi miasto stołeczne. PKB na głowę mieszkańca Mazowsza sięga niemal 75 proc. średniego PKB w poszerzonej Unii, a w samej Warszawie PKB jest o blisko 1 proc. wyższy niż średnio w Unii. Czy to znaczy, że w Warszawie dochody są równe zachodnioniemieckim? Oczywiście że nie, bowiem spora część wytwarzanej w Warszawie wartości dodanej wywożona jest poza granice miasta przez pracowników, którzy wprawdzie zatrudnieni są w Warszawie, ale mieszkają w innych częściach kraju. Innymi słowy dochód podzielony i wykorzystany na miejscu przez mieszkańców miasta jest znacznie niższy od wytworzonego. Póki więc będą istnieć wielkie stołeczne miasta, PKB w różnych regionach na pewno nie będzie identyczny, nawet gdyby jakimś cudem udało się osiągnąć identyczny poziom życia w całym kraju.
No i mamy też do czynienia z prawdziwym dylematem natury ekonomicznej. Mieszkańcy różnych regionów kraju mają często odmienne tradycje, zwyczaje, przedsiębiorczość, skłonność do ryzyka. Różnice te można się starać stopniowo zmniejszać poprzez właściwe kształcenie młodzieży i osób, które już pracują, oraz zachęcanie do przedsiębiorczości. Można i należy również wykorzystywać środki unijne, po to aby przypadkiem o utrzymaniu się względnego niedorozwoju jakiegoś regionu nie decydował odstraszający inwestorów brak przyzwoitej drogi, którą można do niego dojechać. Ale przekonanie - któremu 15 lat temu ulegli Niemcy - że budując tysiące kilometrów autostrad, gwarantuje się zmniejszenie rozpiętości w PKB na głowę mieszkańca w różnych regionach kraju, okazało się całkowicie mylne.