Lek na biedę

Dodano:   /  Zmieniono: 
System ochrony zdrowia może zaoszczędzić na lekach 2-3 mld zł
Zniszczony skórzany portfel Anny Biłopotockiej podczas comiesięcznej wizyty w aptece chudnie prawie o połowę. Ta schorowana emerytowana nauczycielka z Leska cierpi na przewlekłą niewydolność krążenia, chorobę wieńcową i nadciśnienie tętnicze. - Na leki wydaję 180 zł miesięcznie. Nie stać mnie, aby wszystkie kupować systematycznie - wzdycha. Podobne dylematy dotyczą 40 proc. Polaków.
Fundamentalnym powodem niskiej dostępności leków są ich ceny, nieprzystające do poziomu polskiej stopy życiowej. Pochodną tej sytuacji jest niski udział państwa we współfinansowaniu. - W Polsce NFZ refunduje średnio 40 proc. ceny leku na receptę. W bogatych krajach starej Unii jest to 60-70 proc., a w niektórych wypadkach nawet 80 proc. - mówi Stefan Bogusławski, szef polskiej filii firmy badawczej IMS Health. NFZ nie dopłaca więcej, bo ma ten sam problem co Anna Biłopotocka - na więcej go nie stać. Składka na ubezpieczenie zdrowotne w Polsce jest zdecydowanie niższa niż na Zachodzie, a ceny leków podobne, a nawet wyższe niż za granicą. Ale jak twierdzą eksperci, na leki możemy wydawać mniej, a zaoszczędzone pieniądze przeznaczyć między innymi na zakup nowoczesnych preparatów, na które teraz nas nie stać.

Wystarczy chcieć
Według Zielonej księgi, raportu przygotowanego przez kilkudziesięciu ekspertów na zamówienie Ministerstwa Zdrowia, łączne wydatki na leki w naszym systemie ochrony zdrowia (Narodowy Fundusz Zdrowia oraz prywatne zakupy pacjentów), to blisko 20 mld zł rocznie. To 36 proc. wszystkich kosztów systemu. Zdaniem prof. Stanisławy Golinowskiej, która kierowała pracami nad Zieloną księgą, producentów leków można sprowokować do obniżenia cen i dzięki temu zaoszczędzić fortunę.
Najskuteczniejszym narzędziem nacisku na firmy farmaceutyczne dysponuje Ministerstwo Zdrowia. To ten resort ustala listy refundacyjne i decyduje, czy lek zaistnieje na rynku, czy też nie. Ministerstwo może więc wytargować na przykład obniżenie ceny na jeden powszechnie stosowany medykament danej firmy w zamian za wciągnięcie na listę refundacyjną innego. - O niższe ceny można powalczyć, wystarczy tylko chcieć. Problem w tym, że nasi urzędnicy są do tego nieprzygotowani i przegrywają negocjacje z doświadczonymi negocjatorami z koncernów - uważa Danuta Ignyś, wiceprezes Naczelnej Izby Aptekarskiej.

70 proc. marży
Wciągając lek na listę refundacyjną, Ministerstwo Zdrowia określa poziom dofinansowania zakupu leków. Obniżenie dopłaty na przykład o 5 zł powoduje, że o tyle samo rośnie cena leku w aptece. To zwykle wystarczy, żeby zachęcić producenta do obniżenia ceny. Warunek musi być jeden - konkurencja. Glivec, nowoczesny i w praktyce jedyny dostępny lek na przewlekłą białaczkę szpikową, jest horrendalnie drogi - miesięczna kuracja wynosi ponad 10 tys. zł. NFZ refunduje leczenie tym specyfikiem jednej piątej chorych, na więcej nie ma pieniędzy. Ale producent, amerykański koncern Novartis, nie obniża ceny specyfiku, a w ubiegłym roku nawet ją podniósł, co tłumaczył skokami kursu dolara. Sytuacji nie zmieni nawet to, że tydzień temu Instytut Farmaceutyczny opracował własną recepturę na Glivec, bo w Polsce preparat ten jest strzeżony patentem.
Konkurencję, i to ostrą, ma produkowany przez koncern Merck Sharp & Dohme preparat Zocor, stosowany między innymi w leczeniu choroby wieńcowej. Na naszym rynku dostępnych jest kilka generyków tego leku, nie tylko polskiej produkcji zresztą. Kiedy kilka miesięcy temu Ministerstwo Zdrowia obniżyło dopłaty do zakupu tego leku, jego cena w hurcie spadła o 47 proc., a cena, którą pacjent płaci w aptecznym okienku, spadła o połowę - z 52,57 zł do 25,64 zł (dane Naczelnej Izby Aptekarskiej - dotyczy opakowania 28 tabletek po 10 mg). - To obrazuje, jakie marże na niektóre leki stosują firmy farmaceutyczne - mówi Danuta Ignyś. Jej zdaniem, zdarza się, że narzut producenta sięga 70 proc., co może być uzasadnione w wypadku nowych, oryginalnych leków, bo uruchomienie produkcji innowacyjnego preparatu kosztuje kilkaset milionów dolarów. Jednak w wypadku leków starych, które na rynku są od 10-20 lat, budzi to kontrowersje. - Wieloletnia sprzedaż z nadwyżką zwykle rekompensuje producentom wysokie koszty badań i wprowadzenia leku na rynek. W takich wypadkach nic nie stoi na przeszkodzie do obniżenia cen - uważa Danuta Ignyś.

Wspierać generyki
Według Wiesława Szelejewskiego, prezesa Instytutu Farmaceutycznego, samo wprowadzenie generyku owocuje obniżką ceny leku oryginalnego o 30 proc. W niektórych wypadkach nawet o połowę. - Ministerstwo nie tyle powinno zachęcać, ile zmuszać placówki służby zdrowia i indywidualnych pacjentów do kupowania generyków. Z czystej oszczędności - mówi Wiesław Szelejewski. Inna sprawa, że samo sterowanie dopłatami, nawet prowadzone prawidłowo, nie wystarczy, jeśli lekarze będą przepisywać pacjentom droższe leki. Wiedzą o tym firmy farmaceutyczne, które rocznie wydają miliard złotych na promowanie swoich leków wśród lekarzy i farmaceutów. Te sumy są oczywiście wliczone w cenę medykamentów. Nic dziwnego, że lekarze i farmaceuci tylko sporadycznie pytają pacjenta, który lek woli - oryginalny i droższy czy może tańszy generyk.
Sprzedaż tanich leków może stymulować Ministerstwo Zdrowia. Według wyliczeń Danuty Ignyś, gdyby resort zdecydował się na refundowanie jedynie najtańszego leku z grupy simwastatyn, w ciągu roku można by zaoszczędzić
30 mln zł. Na lowastatynach można by zaoszczędzić 25 mln zł rocznie (obydwa leki wykorzystuje się między innymi w leczeniu chorób krążenia). W skali całego rynku tego typu oszczędności byłyby ogromne. Według Wiesława Szelejewskiego, dzięki umiejętnie prowadzonej polityce lekowej wartość rynku leków można by zmniejszyć o 2-3 mld zł rocznie, utrzymując równocześnie obecny poziom spożycia.
Ministerstwo Zdrowia próbuje ograniczać wydatki na leki. W 2005 roku wartość ich refundacji ma być o 1,5 proc. niższa niż rok temu. Sprzedaż generyków rośnie (ich udział w rynku wzrósł do 58,5 proc.), a ceny najpopularniejszych środków na recepty spadają. To ciągle za mało. W przepisach określających zasady refundacji panuje bałagan - obejmują one np. leki bezpłatne, za które pacjenci płacą 100 zł za opakowanie. Dopóki jednak w Polsce nie powstanie spójna i klarowna polityka lekowa, warunki na tym rynku będą dyktować dostawcy.


Brak nowinek
Pieniądze wydawane na oryginalne leki można by przeznaczyć na refundację zakupu najnowocześniejszych, ale za to drogich leków. Eksperci, nawet gorący zwolennicy generyków, alarmują, że od siedmiu lat w Polsce żaden innowacyjny (mający nowe właściwości lecznicze) specyfik nie został wciągnięty na listę refundacyjną. Owszem, nowoczesne i skuteczniejsze leki są rejestrowane i można je kupić, tyle że bez dopłaty NFZ. A skoro NFZ nie dopłaca do ich zakupu, niewiele osób z nich korzysta. Fundusz na tym oszczędza, ale na dłuższą metę może to być nieopłacalne. Za kilka lat wydatki na leczenie chorych, których dzisiaj nie leczy się tak, jak należy, mogą znacznie przerosnąć obecne oszczędności.