Budżet jest nagi?

Dodano:   /  Zmieniono: 
Bieżący rok zamknie się deficytem budżetu przekraczającym 40 mld zł. Złoty osłabnie wobec euro
Muszę przyznać, że śledząc ostatnie wypowiedzi urzędników Ministerstwa Finansów i niektórych ekonomistów bankowych dotyczące sytuacji budżetu, czułem się trochę jak ofiara opisywanych w podręcznikach psychologii społecznej eksperymentów Salomona Ascha. Grupie osób, w której tylko jedna była badana (pozostałymi byli współpracownicy naukowców), pokazywano rysunki równoległych kresek wyraźnie się różniących długością. Następnie proszono ich o porównanie długości poszczególnych odcinków, przy czym osoby podstawione przez eksperymentatora odpowiadały pierwsze, świadomie udzielając fałszywych odpowiedzi. Prawie trzy czwarte osób badanych w serii eksperymentów przynajmniej raz uległo presji otoczenia i odpowiadało tak jak ich poprzednicy, przecząc świadectwu zmysłów. W moim wypadku "zmysły" (czyli dane makroekonomiczne oraz proste narzędzia ich analizy) mówiły, że tegoroczny budżet jest nierealny, co konfrontowane było z chórem osób twierdzących, że "wszystko jest w porządku".
Już pod koniec zeszłego roku można się było spodziewać, że kontynuacja spowolnienia gospodarczego i dezinflacji doprowadzi do wzrostu deficytu budżetowego w 2005 roku. Zasadność tych oczekiwań została wzmocniona, gdy okazało się, że w pierwszym kwartale roczne tempo wzrostu PKB spadło do 2,1 proc., a wskaźniki inflacji, nieco poźniej, gwałtownie obniżyły się (CPI +2,5 proc. rok do roku w maju, zapewne ok. 1,5 proc. w czerwcu). W cenach produkcji przemysłowej w maju mieliśmy już do czynienia z deflacją. Tymczasem warto pamiętać, że ustawa budżetowa na 2005 rok zakładała 5-proc. wzrost PKB oraz średnioroczną inflację na poziomie 3 proc.
Przy takiej rozbieżności planów finansowych i rzeczywistości deficyt rządu musi się "rozjechać". Tymczasem minister finansów pozostał niewzruszony w swych zapewnieniach, że budżet ma się dobrze, a całoroczny deficyt może się okazać nawet niższy niż planowane 35 mld zł. A przecież nad wielkością deficytu rząd ma kontrolę mniej więcej taką jak nad pogodą: wydatki rządu są determinowane przez ustawy sejmowe, a dochody są funkcją tempa wzrostu gospodarczego i inflacji.
Tymczasem podawane co miesiąc komunikaty MF ujawniają zgodne z planem wykonywanie ustawy budżetowej (-18,3 mld zł do maja), co być może tłumaczy optymizm rządu. Ale równocześnie pewne przesunięcia w wydatkach i próby podwyższenia akcyzy na olej opałowy sugerowały, że jednak coś jest nie tak. O tym, co jest nie tak, można się łatwo przekonać, przyglądając się wielkości deficytu budżetowego za minione 12 miesięcy. Otóż już w kwietniu sięgnął on rekordowej nominalnie sumy 44,5 mld zł. Zaskakująco dobre wyniki za maj (prawie 25-proc. dynamika roczna przychodów!) pozwoliły jedynie na ustabilizowanie 12-miesięcznego deficytu na tym poziomie. Do końca roku pozostało sześć miesięcy. Czy zdarzyło się kiedyś, by w tak krótkim czasie 12-miesięczny deficyt skurczył się o 9,5 mld zł? Odpowiedź brzmi: tak, tylko raz, między wrześniem 2003 r. a kwietniem 2004 r. Problem w tym, że w tym okresie tempo wzrostu PKB przyspieszyło z 4,1 proc. do 7 proc. (generalnie w ostatnich latach zmiana tempa wzrostu PKB o 1 pkt proc. równa się zmianie wielkości rocznego deficytu o 5 mld zł). Czy jest możliwe, aby analogiczne przyspieszenie tempa wzrostu nastąpiło także w drugiej połowie tego roku? Odpowiedź brzmi: raczej nie. Bezpieczniej jest zaufać świadectwu zmysłów i założyć, że ostatecznie ten rok zamknie się deficytem przekraczającym 40 mld zł.
W wypadku potwierdzenia tej tezy byłaby to zła wiadomość i dla rynku obligacji, i dla złotego. Ten pierwszy pozostawać jednak powinien nadal pod wpływem globalnego trendu spadkowego rentowności papierów dłużnych, więc nie można tu wykluczyć jeszcze jednej fali wzrostu cen obligacji w III kwartale. Dostosowanie powinno nastąpić natomiast na rynku złotego, który się osłabi. Różnica będzie polegać na tym, że w drugim półroczu kilkunastoprocentowy potencjał wzrostu kursu oferować powinno euro, a nie dolar, jak to miało miejsce w pierwszym półroczu.