Rozmowa z Mariuszem Adamiakiem, promotorem jazzu i szefem spółki Adamiak Jazz
Mariusz Adamiak, rocznik 1961, od lat jest spiritus movens jazzowego życia w Polsce. Z zawodu hydrolog (ukończył studia na Uniwersytecie Warszawskim, napisał pracę Wykorzystanie zdjęć lotniczych panchromatycznych w badaniach hydrologicznych jeziora Gawlik), organizował w Polsce koncerty większości światowych gwiazd jazzu. Tą muzyką zainteresował się poważnie w latach 70. Jak przyznaje, była to dla niego oaza wolności. W 1988 r. został szefem nieistniejącego już dziś warszawskiego klubu Akwarium, a trzy lata później przejął go na własność. W 1992 r. zorganizował pierwszą edycję festiwalu Warsaw Summer Jazz Days. Cztery lata później założył Radio Jazz. Kilka lat z rzędu powierzano mu także organizowanie Jazz Jamboree. Jego znakiem firmowym są kolorowe kapelusze, których ma kilkanaście.
- Są one dla mnie manifestacją niezależności - wyjaśnia. - Gdy tak ubrany wchodzę do kogoś na rozmowę, już na wejściu jest 1:0 dla mnie
Czy na jazzie można w Polsce zarobić?
U nas jest za mało prawdziwych fanów tej muzyki i dlatego na większości koncertów jazzowych się traci. Na szczęście ja nigdy nie traktowałem tej działalności biznesowo. To jest mój styl życia, a o moim podejściu do tej działalności świadczy choćby to, w jaki sposób organizuję festiwale. Zbieram budżet i robię program na maksa. Jak zbiorę więcej pieniędzy, to zapraszam lepszych wykonawców.
Innymi słowy, nie dba Pan o wysoką marżę dla siebie jako organizatora?
Można tak powiedzieć. Zresztą co się może zmienić w moim życiu, gdybym zarobił więcej? Ferrari sobie nie kupię, oczko wyżej nie przeskoczę, a straciłbym na wiarygodności. Najważniejsze dla mnie jest to, żeby być wolnym człowiekiem. Gdy podsumowaliśmy działalność zamykanego klubu Akwarium, okazało się, że do organizowanych tam koncertów jazzmanów z USA z własnej kieszeni dołożyłem jakieś 400 tys. dolarów, bo to, co zarabialiśmy na sprzedaży piwa i na gastronomii, wydawaliśmy na sprowadzanie muzyków.
Może brak zysku z festiwali to skutek tego, że bilety są zbyt drogie - lub też za dużo rozdaje ich Pan za darmo?
Panowie, bardzo was proszę, nie zaczynajcie. To zdradliwy temat. Wszystkim się wydaje, że to takie proste i że się na tym znają. A mnie doprowadzają do szału takie porady znajomych: wiesz, Mariusz, jakbyś zrobił tańsze bilety, tobyś ich więcej sprzedał i zarobił. A prawda jest taka, że nie ma reguł. Na jednym koncercie zarabia się dużo, ale do kolejnych pięciu-sześciu trzeba dołożyć.
Nie ma muzyków gwarantujących zysk?
Nie ma! Takie kalkulacje zupełnie się nie sprawdzają. Weźmy na przykład Prince'a - kosztuje pewnie z pół miliona dolarów, więc Sala Kongresowa jest na niego za mała. Trzeba byłoby wynająć stadion. Ale jest pytanie - czy przyjdzie na niego 15 tysięcy osób, czy może dwa razy tyle? Jak przyjdzie 1500, to dostaje się po kieszeni. Nie ma mocnych!
Z taką niepewnością profesjonalne firmy radzą sobie, szacując chłonność rynku. Ile rocznie wydają w Polsce na jazz miłośnicy tego gatunku muzyki?
Nie ma takich badań.
Może trzeba je zrobić?
Nie, to się nie uda. Prawdziwych fanów jazzu jest w stolicy kilkuset. Reszta to ludzie, dla których ważne jest, by się pokazać na imprezie z kulturą wyższą. I to jest cała sztuka - nakłonienie do przyjścia na koncert przypadkowych ludzi.
Jakie ma Pan na to sposoby?
Zawsze mówię o pewnej prawidłowości rządzącej rynkiem muzycznym: muzyka popowa żyje z tysięcy fanów, muzyka klasyczna żyje z kompleksów polityków i biznesmenów, a muzyka jazzowa z takich ludzi jak ja, którzy poświęcają życie, by ją promować.
Sposobem na przyciągnięcie widzów mogą też być ceny. Bilety na koncerty Warsaw Summer Jazz Days są...
Tanie.
Drogie!
Drogie? Ulgowy kosztuje 50 zł!
Chyba na balkon w Sali Kongresowej...
Trudno, żeby student od razu siadał w pierwszym rzędzie! Gdy ja byłem w tym wieku, to przesiadywałem na gzymsie. Poza tym są też przystawki na samym środku sali, i to w każdym rzędzie. A co do cen: po pierwsze, są także darmowe koncerty. Po drugie, można kupić bilet studencki - ulgowy. Po trzecie, karnet dla studentów na cztery najważniejsze płatne koncerty kosztuje zaledwie 150 zł. A po czwarte, bilety można odpracować, to jest tradycja festiwalu.
Zatrudnia Pan na czarno?
Nie. Jest to typowy wolontariat. Młodzi ludzie chcą bardziej się zaangażować w koncerty, niż tylko siedzieć na widowni, mają szansę poznać artystów itd. Choć czasami praca polega na wychodzeniu na spacer z moim psem.
A ile wynosi tegoroczny budżet Warsaw Summer Jazz Days?
Ponad 500 tys. dolarów, z tego pół miliona złotych to dotacja z budżetu miasta.
Nie drży Panu ręka, gdy bierze Pan publiczne pieniądze?
Dlaczego?
Józefowicz i Stokłosa nie dostają publicznych pieniędzy i muszą sobie radzić.
Ale ich przedstawienia w Buffo to nie jest kultura wyższa, tylko czysta komercja. Poza tym całe lata istnienia festiwalu, radia, gazety i działalności klubu Akwarium minęły bez jakiejkolwiek dotacji. Przypominam - podczas tegorocznego festiwalu jest wiele darmowych koncertów - to korzyść dla miasta. Możemy oczywiście napisać, że za pół miliona złotych można ocalić życie kilkudziesięciu dzieci, ale to będzie demagogia. Miasto musi łożyć na działalność kulturalną. Tak jest w całej Europie.
Jaką część budżetu festiwalu pochłaniają gaże artystów?
Zdecydowanie ponad połowę. Po pierwsze, muzycy z USA życzą sobie dużo większych stawek niż te, które biorą za oceanem. Po drugie - co jest niesprawiedliwe - im większa renoma festiwalu, tym więcej trzeba płacić. A muzycy jazzowi bardzo dokładnie liczą pieniądze. Wiedzą wszystko: w jakim mieście, ilu ludzi, ile biletów - i od tego uzależniają swe gaże. Pat Metheny wie, że w Polsce ma lepszy rynek niż w Czechach, i dlatego żąda ode mnie za występ 50-100 tys. dolarów, podczas gdy w Czechach 15-20 tysięcy. To zresztą człowiek, który jako jedyny na rynku ma gotową strategię wyciągania maksymalnych stawek od organizatorów. Jego ludzie żądają dokładnej specyfikacji kosztów organizacji koncertu. Gdy na liście widzą zakwaterowanie, catering, wynajem aparatury itd., to mówią: my przywieziemy swój sprzęt, a pieniądze daj nam. I tak po kolei, do oporu! Rok temu napisali mi w mailu, że w kosztorysie za dużo jest wydatków na reklamę, bo oni mają w Polsce taką pozycję, że bilety sprzedadzą się i bez tego. Chcieli dostać te pieniądze. No to się wkurzyłem i odpisałem, że może jeszcze moja żona ma zrezygnować z droższych kosmetyków na rzecz tańszych, a różnicę im przelać na konto? Powiesili sobie ten faks na ścianie.
Zarobił Pan chociaż na tych koncertach?
Ostatnie trzy występy Metheny'ego przyniosły małą stratę, bo nie udało się pozyskać sponsorów. Teraz, przy okazji WSJD, jest ich na szczęście kilku.
Jaką część budżetu WSJD stanowią ich wpłaty? Ile dało np. Oki?
Wartości konkretnych umów ujawnić nie mogę, ale warunki progowe są jawne: status głównego sponsora Warsaw Summer Jazz Days to 300 tysięcy euro, a jednego z głównych sponsorów - 50 tys. euro. Wszystko oczywiście do negocjacji.
Dlaczego tak trudno zdobyć sponsorów dla imprez jazzowych? Fani jazzu to atrakcyjna grupa docelowa: ludzie z dużych miast, lepiej wykształceni, po 40. roku życia, zarabiający powyżej średniej.
Sponsorów brakuje na całym świecie, a festiwale korzystają z dotacji miast i instytucji rządowych. W Polsce jazz i tak ma dobrą sytuację - 75 proc. Polaków muzyki jazzowej nienawidzi, ale słowo jazz kojarzy im się z czymś elitarnym, czyli lepszym. I ja to wykorzystuję, szukając sponsorów, choć tak naprawdę mówimy raczej o reklamodawcach. Za ich brakiem stoją agencje reklamowe obsługujące budżety promocyjne dużych firm. Nie chce im się pracować z takimi jak ja, wolą wielkie media. A poza tym są nastawione na wyciąganie jak największych pieniędzy od klientów. Ostatni przykład z producentem kawy: agencja wzięła od niego kilkaset tysięcy dolarów na akcję promocyjną, a myśmy dostali tylko 10 proc. Klient był niezadowolony, bo dużo wydał, a efekt był słaby. Dlatego ja stawiam na kontakty bezpośrednie i firmy, które same decydują o swoich wydatkach promocyjnych. Jednak mimo tych wszystkich negatywnych aspektów w małych miastach odbywają się festiwale jazzowe, jest ich kilkanaście w Polsce.
Jakich argumentów używa Pan w takich rozmowach?
Przekonuję, że to opłacalne. Ostatnio mało brakowało, by jedna z telefonii komórkowych zasiliła nasz projekt kwotą 300 tys. euro. Zrobiliśmy dla niej dokładny plan - ile zawiśnie w mieście billboardów, reklam itd. I okazało się, że nasze usługi warte są właśnie ok. 300 tysięcy euro, gdyby chcieć to wszystko kupić według stawek rynkowych. Poza argumentami artystycznymi mam więc też argumenty finansowe. Ostatecznie nic z tego wyszło, ale z powodów pozamerytorycznych. Jedno jest pewne: to nieprawda, że polskie firmy nie mają pieniędzy na kulturę. Mają - ale zamiast sponsorować koncerty, preferują model nadworny - koncert na dworze króla. Wśród naszych biznesmenów nie brakuje ludzi niepoważnych. Dzwoni do mnie człowiek z branży piwnej i mówi, że jego prezes słyszał, że Bobby McFerrin podczas koncertów śpiewa z chórem stworzonym z publiczności, że to się bardzo podoba i że prezes chce, aby McFerrin przyjechał na spotkanie integracyjne i pośpiewał z jego pracownikami przy piwie! To straszne, idiotyczne i psuje rynek! W takie interesy nie wchodzę. Mam sprowadzić gwiazdę zza oceanu, żeby podpite towarzystwo mogło poklepać ją po plecach i domagać się zaśpiewania kozaczoka? Dopóki w Polsce obowiązuje rosyjski model zabawy, nie będę organizował takich absurdalnych imprez.
Wypowiada się Pan o biznesmenach niepochlebnie - a powinien się do nich umizgiwać.
Wiem, być może gdybym to robił, miałbym większe sukcesy. Ale uważam, że daję dobry produkt, więc nie muszę.
Pozyskiwanie sponsorów to jednak działalność czysto biznesowa. A jedna z teorii w biznesie głosi, że im ubiór dalszy jest od przyjętych standardów, tym wiarygodność partnera mniejsza.
Ale ja mam inne doświadczenia: mnie rolowali biznesmeni w garniturach. Nie mam do nich zaufania i unikam spółek.
A kto Pana wyrolował?
Wyrolował mnie inwestor, który uczestniczył w jedynym jak do tej pory prawdziwym biznesowym projekcie w moim życiu. Chodzi o Kosmos - Kodowany Ogólnopolski System Muzyczny Odbierany Satelitarnie. To był pomysł, dzięki któremu mogłem być bogatym człowiekiem. Przy pomocy najlepszych ludzi w Polsce - Zbyszka Hołdysa, Hirka Wrony, Bogny Świątkowskiej - produkowaliśmy kompletne audycje muzyczne, które za pośrednictwem satelity przesyłaliśmy stacjom lokalnym. Płaciły nam swoim czasem reklamowym - byliśmy więc czymś w rodzaju ogólnopolskiego brokera reklam. Współpraca objęła 40 stacji, zapotrzebowanie sięgało 70, ale nadepnęliśmy komuś na odcisk. Znalazłem inwestora, ale ten mnie oszukał. To był prawdziwy biznes i moja największa porażka. Utopiłem kilkaset tysięcy złotych.
Inne pańskie pomysły też nie były sukcesami. Gazeta, centrum kultury, radio - żaden z tych pomysłów nie wypalił.
O, przepraszam. Pismo Jazz a go go owszem, siadło, ale to nie była duża inwestycja. Natomiast projekt Warszawskiego Centrum Kultury, które chciałem zbudować w miejscu, gdzie dziś stoi InterContinental, utrącili radni Warszawy. Radio Jazz było sukcesem, bo je założyłem, sprzedałem - no i właśnie dzięki temu mogłem dołożyć do deficytowych koncertów.
Ma Pan nowy pomysł na biznes?
Na biznes nie, ale mam dworek pod Warszawą i zamierzam zorganizować w nim Europejskie Centrum Jazzowe. Będą pamiątki, choć w zasadzie będzie to dla mnie coś w rodzaju prywatnego domu spokojnej starości.
A nie zastanawiał się Pan nad promowaniem polskich muzyków na świecie?
Polskich muzyków jazzowych nie stać na to, by mieć menedżera. Ktoś taki musi kosztować. A nasi muzycy nie są jeszcze do tego mentalnie gotowi. Kiedyś chciałem się zająć promowaniem polskich muzyków na wzór amerykański. Pytałem naszych jazzmanów: ile gracie koncertów w roku? Trzydzieści? To ja wam zapłacę za te trzydzieści koncertów, no, powiedzmy, jeszcze za cztery dodatkowo, ale będziecie dla mnie grali tyle razy, a każdy kolejny koncert, który zorganizuję, będzie moim zyskiem. No i nikt na to nie poszedł - okłamywali mnie, że grają po 150 koncertów rocznie.
- Są one dla mnie manifestacją niezależności - wyjaśnia. - Gdy tak ubrany wchodzę do kogoś na rozmowę, już na wejściu jest 1:0 dla mnie
Czy na jazzie można w Polsce zarobić?
U nas jest za mało prawdziwych fanów tej muzyki i dlatego na większości koncertów jazzowych się traci. Na szczęście ja nigdy nie traktowałem tej działalności biznesowo. To jest mój styl życia, a o moim podejściu do tej działalności świadczy choćby to, w jaki sposób organizuję festiwale. Zbieram budżet i robię program na maksa. Jak zbiorę więcej pieniędzy, to zapraszam lepszych wykonawców.
Innymi słowy, nie dba Pan o wysoką marżę dla siebie jako organizatora?
Można tak powiedzieć. Zresztą co się może zmienić w moim życiu, gdybym zarobił więcej? Ferrari sobie nie kupię, oczko wyżej nie przeskoczę, a straciłbym na wiarygodności. Najważniejsze dla mnie jest to, żeby być wolnym człowiekiem. Gdy podsumowaliśmy działalność zamykanego klubu Akwarium, okazało się, że do organizowanych tam koncertów jazzmanów z USA z własnej kieszeni dołożyłem jakieś 400 tys. dolarów, bo to, co zarabialiśmy na sprzedaży piwa i na gastronomii, wydawaliśmy na sprowadzanie muzyków.
Może brak zysku z festiwali to skutek tego, że bilety są zbyt drogie - lub też za dużo rozdaje ich Pan za darmo?
Panowie, bardzo was proszę, nie zaczynajcie. To zdradliwy temat. Wszystkim się wydaje, że to takie proste i że się na tym znają. A mnie doprowadzają do szału takie porady znajomych: wiesz, Mariusz, jakbyś zrobił tańsze bilety, tobyś ich więcej sprzedał i zarobił. A prawda jest taka, że nie ma reguł. Na jednym koncercie zarabia się dużo, ale do kolejnych pięciu-sześciu trzeba dołożyć.
Nie ma muzyków gwarantujących zysk?
Nie ma! Takie kalkulacje zupełnie się nie sprawdzają. Weźmy na przykład Prince'a - kosztuje pewnie z pół miliona dolarów, więc Sala Kongresowa jest na niego za mała. Trzeba byłoby wynająć stadion. Ale jest pytanie - czy przyjdzie na niego 15 tysięcy osób, czy może dwa razy tyle? Jak przyjdzie 1500, to dostaje się po kieszeni. Nie ma mocnych!
Z taką niepewnością profesjonalne firmy radzą sobie, szacując chłonność rynku. Ile rocznie wydają w Polsce na jazz miłośnicy tego gatunku muzyki?
Nie ma takich badań.
Może trzeba je zrobić?
Nie, to się nie uda. Prawdziwych fanów jazzu jest w stolicy kilkuset. Reszta to ludzie, dla których ważne jest, by się pokazać na imprezie z kulturą wyższą. I to jest cała sztuka - nakłonienie do przyjścia na koncert przypadkowych ludzi.
Jakie ma Pan na to sposoby?
Zawsze mówię o pewnej prawidłowości rządzącej rynkiem muzycznym: muzyka popowa żyje z tysięcy fanów, muzyka klasyczna żyje z kompleksów polityków i biznesmenów, a muzyka jazzowa z takich ludzi jak ja, którzy poświęcają życie, by ją promować.
Sposobem na przyciągnięcie widzów mogą też być ceny. Bilety na koncerty Warsaw Summer Jazz Days są...
Tanie.
Drogie!
Drogie? Ulgowy kosztuje 50 zł!
Chyba na balkon w Sali Kongresowej...
Trudno, żeby student od razu siadał w pierwszym rzędzie! Gdy ja byłem w tym wieku, to przesiadywałem na gzymsie. Poza tym są też przystawki na samym środku sali, i to w każdym rzędzie. A co do cen: po pierwsze, są także darmowe koncerty. Po drugie, można kupić bilet studencki - ulgowy. Po trzecie, karnet dla studentów na cztery najważniejsze płatne koncerty kosztuje zaledwie 150 zł. A po czwarte, bilety można odpracować, to jest tradycja festiwalu.
Zatrudnia Pan na czarno?
Nie. Jest to typowy wolontariat. Młodzi ludzie chcą bardziej się zaangażować w koncerty, niż tylko siedzieć na widowni, mają szansę poznać artystów itd. Choć czasami praca polega na wychodzeniu na spacer z moim psem.
A ile wynosi tegoroczny budżet Warsaw Summer Jazz Days?
Ponad 500 tys. dolarów, z tego pół miliona złotych to dotacja z budżetu miasta.
Nie drży Panu ręka, gdy bierze Pan publiczne pieniądze?
Dlaczego?
Józefowicz i Stokłosa nie dostają publicznych pieniędzy i muszą sobie radzić.
Ale ich przedstawienia w Buffo to nie jest kultura wyższa, tylko czysta komercja. Poza tym całe lata istnienia festiwalu, radia, gazety i działalności klubu Akwarium minęły bez jakiejkolwiek dotacji. Przypominam - podczas tegorocznego festiwalu jest wiele darmowych koncertów - to korzyść dla miasta. Możemy oczywiście napisać, że za pół miliona złotych można ocalić życie kilkudziesięciu dzieci, ale to będzie demagogia. Miasto musi łożyć na działalność kulturalną. Tak jest w całej Europie.
Jaką część budżetu festiwalu pochłaniają gaże artystów?
Zdecydowanie ponad połowę. Po pierwsze, muzycy z USA życzą sobie dużo większych stawek niż te, które biorą za oceanem. Po drugie - co jest niesprawiedliwe - im większa renoma festiwalu, tym więcej trzeba płacić. A muzycy jazzowi bardzo dokładnie liczą pieniądze. Wiedzą wszystko: w jakim mieście, ilu ludzi, ile biletów - i od tego uzależniają swe gaże. Pat Metheny wie, że w Polsce ma lepszy rynek niż w Czechach, i dlatego żąda ode mnie za występ 50-100 tys. dolarów, podczas gdy w Czechach 15-20 tysięcy. To zresztą człowiek, który jako jedyny na rynku ma gotową strategię wyciągania maksymalnych stawek od organizatorów. Jego ludzie żądają dokładnej specyfikacji kosztów organizacji koncertu. Gdy na liście widzą zakwaterowanie, catering, wynajem aparatury itd., to mówią: my przywieziemy swój sprzęt, a pieniądze daj nam. I tak po kolei, do oporu! Rok temu napisali mi w mailu, że w kosztorysie za dużo jest wydatków na reklamę, bo oni mają w Polsce taką pozycję, że bilety sprzedadzą się i bez tego. Chcieli dostać te pieniądze. No to się wkurzyłem i odpisałem, że może jeszcze moja żona ma zrezygnować z droższych kosmetyków na rzecz tańszych, a różnicę im przelać na konto? Powiesili sobie ten faks na ścianie.
Zarobił Pan chociaż na tych koncertach?
Ostatnie trzy występy Metheny'ego przyniosły małą stratę, bo nie udało się pozyskać sponsorów. Teraz, przy okazji WSJD, jest ich na szczęście kilku.
Jaką część budżetu WSJD stanowią ich wpłaty? Ile dało np. Oki?
Wartości konkretnych umów ujawnić nie mogę, ale warunki progowe są jawne: status głównego sponsora Warsaw Summer Jazz Days to 300 tysięcy euro, a jednego z głównych sponsorów - 50 tys. euro. Wszystko oczywiście do negocjacji.
Dlaczego tak trudno zdobyć sponsorów dla imprez jazzowych? Fani jazzu to atrakcyjna grupa docelowa: ludzie z dużych miast, lepiej wykształceni, po 40. roku życia, zarabiający powyżej średniej.
Sponsorów brakuje na całym świecie, a festiwale korzystają z dotacji miast i instytucji rządowych. W Polsce jazz i tak ma dobrą sytuację - 75 proc. Polaków muzyki jazzowej nienawidzi, ale słowo jazz kojarzy im się z czymś elitarnym, czyli lepszym. I ja to wykorzystuję, szukając sponsorów, choć tak naprawdę mówimy raczej o reklamodawcach. Za ich brakiem stoją agencje reklamowe obsługujące budżety promocyjne dużych firm. Nie chce im się pracować z takimi jak ja, wolą wielkie media. A poza tym są nastawione na wyciąganie jak największych pieniędzy od klientów. Ostatni przykład z producentem kawy: agencja wzięła od niego kilkaset tysięcy dolarów na akcję promocyjną, a myśmy dostali tylko 10 proc. Klient był niezadowolony, bo dużo wydał, a efekt był słaby. Dlatego ja stawiam na kontakty bezpośrednie i firmy, które same decydują o swoich wydatkach promocyjnych. Jednak mimo tych wszystkich negatywnych aspektów w małych miastach odbywają się festiwale jazzowe, jest ich kilkanaście w Polsce.
Jakich argumentów używa Pan w takich rozmowach?
Przekonuję, że to opłacalne. Ostatnio mało brakowało, by jedna z telefonii komórkowych zasiliła nasz projekt kwotą 300 tys. euro. Zrobiliśmy dla niej dokładny plan - ile zawiśnie w mieście billboardów, reklam itd. I okazało się, że nasze usługi warte są właśnie ok. 300 tysięcy euro, gdyby chcieć to wszystko kupić według stawek rynkowych. Poza argumentami artystycznymi mam więc też argumenty finansowe. Ostatecznie nic z tego wyszło, ale z powodów pozamerytorycznych. Jedno jest pewne: to nieprawda, że polskie firmy nie mają pieniędzy na kulturę. Mają - ale zamiast sponsorować koncerty, preferują model nadworny - koncert na dworze króla. Wśród naszych biznesmenów nie brakuje ludzi niepoważnych. Dzwoni do mnie człowiek z branży piwnej i mówi, że jego prezes słyszał, że Bobby McFerrin podczas koncertów śpiewa z chórem stworzonym z publiczności, że to się bardzo podoba i że prezes chce, aby McFerrin przyjechał na spotkanie integracyjne i pośpiewał z jego pracownikami przy piwie! To straszne, idiotyczne i psuje rynek! W takie interesy nie wchodzę. Mam sprowadzić gwiazdę zza oceanu, żeby podpite towarzystwo mogło poklepać ją po plecach i domagać się zaśpiewania kozaczoka? Dopóki w Polsce obowiązuje rosyjski model zabawy, nie będę organizował takich absurdalnych imprez.
Wypowiada się Pan o biznesmenach niepochlebnie - a powinien się do nich umizgiwać.
Wiem, być może gdybym to robił, miałbym większe sukcesy. Ale uważam, że daję dobry produkt, więc nie muszę.
Pozyskiwanie sponsorów to jednak działalność czysto biznesowa. A jedna z teorii w biznesie głosi, że im ubiór dalszy jest od przyjętych standardów, tym wiarygodność partnera mniejsza.
Ale ja mam inne doświadczenia: mnie rolowali biznesmeni w garniturach. Nie mam do nich zaufania i unikam spółek.
A kto Pana wyrolował?
Wyrolował mnie inwestor, który uczestniczył w jedynym jak do tej pory prawdziwym biznesowym projekcie w moim życiu. Chodzi o Kosmos - Kodowany Ogólnopolski System Muzyczny Odbierany Satelitarnie. To był pomysł, dzięki któremu mogłem być bogatym człowiekiem. Przy pomocy najlepszych ludzi w Polsce - Zbyszka Hołdysa, Hirka Wrony, Bogny Świątkowskiej - produkowaliśmy kompletne audycje muzyczne, które za pośrednictwem satelity przesyłaliśmy stacjom lokalnym. Płaciły nam swoim czasem reklamowym - byliśmy więc czymś w rodzaju ogólnopolskiego brokera reklam. Współpraca objęła 40 stacji, zapotrzebowanie sięgało 70, ale nadepnęliśmy komuś na odcisk. Znalazłem inwestora, ale ten mnie oszukał. To był prawdziwy biznes i moja największa porażka. Utopiłem kilkaset tysięcy złotych.
Inne pańskie pomysły też nie były sukcesami. Gazeta, centrum kultury, radio - żaden z tych pomysłów nie wypalił.
O, przepraszam. Pismo Jazz a go go owszem, siadło, ale to nie była duża inwestycja. Natomiast projekt Warszawskiego Centrum Kultury, które chciałem zbudować w miejscu, gdzie dziś stoi InterContinental, utrącili radni Warszawy. Radio Jazz było sukcesem, bo je założyłem, sprzedałem - no i właśnie dzięki temu mogłem dołożyć do deficytowych koncertów.
Ma Pan nowy pomysł na biznes?
Na biznes nie, ale mam dworek pod Warszawą i zamierzam zorganizować w nim Europejskie Centrum Jazzowe. Będą pamiątki, choć w zasadzie będzie to dla mnie coś w rodzaju prywatnego domu spokojnej starości.
A nie zastanawiał się Pan nad promowaniem polskich muzyków na świecie?
Polskich muzyków jazzowych nie stać na to, by mieć menedżera. Ktoś taki musi kosztować. A nasi muzycy nie są jeszcze do tego mentalnie gotowi. Kiedyś chciałem się zająć promowaniem polskich muzyków na wzór amerykański. Pytałem naszych jazzmanów: ile gracie koncertów w roku? Trzydzieści? To ja wam zapłacę za te trzydzieści koncertów, no, powiedzmy, jeszcze za cztery dodatkowo, ale będziecie dla mnie grali tyle razy, a każdy kolejny koncert, który zorganizuję, będzie moim zyskiem. No i nikt na to nie poszedł - okłamywali mnie, że grają po 150 koncertów rocznie.