W ocenie zmian poziomu zatrudnienia w polskiej gospodarce do niedawna panował u nas swego rodzaju konsensus
Przyjmowano, Że jego wzrost utrudniają liczne bariery regulacyjne, w szczególności zaś na rynku pracy, które powodują, że zatrudnienie zaczyna u nas rosnąć dopiero wtedy, gdy tempo wzrostu PKB przekracza 5 proc. rocznie.
To bardzo wysoka bariera. Jednak tendencje w kwestii zatrudnienia, które można było obserwować w ostatnich dwóch latach, ten wzorzec stawiają pod znakiem zapytania.
Ale zacznijmy od faktów. W III kw. 2003 r. polska gospodarka zaczęła przyspieszać, a roczne tempo wzrostu PKB w całym 2004 r. wyniosło 5,4 proc.
Tymczasem wskaźniki zatrudnienia dawały niejednorodny obraz. Wiadomo, że wzrost ten jest nieco opóźniony względem wzrostu produkcji. Jego wielkość nie jest zbyt dobrze określona w naszej gospodarce, bo do tej pory mieliśmy dopiero dwa (i to niepełne) cykle koniunkturalne.
Niemniej zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw zaczęło nieznacznie rosnąć dopiero w okresie IX-XI 2004 r. (czyli po 4-5 kwartałach dość wysokiego wzrostu PKB), aby w stosunku do 2003 roku cały rok zakończyć na minusie (-0,9 proc.). Liczba pracujących w małych firmach i osób samozatrudnionych wzrosła natomiast w 2005 r. na tyle, że skompensowała spadek w sektorze przedsiębiorstw.
Z obserwacji rynku pracy w okresie transformacji wynika, że w miarę jak tempo wzrostu PKB w II półroczu 2004 r. zaczęło słabnąć, przedsiębiorcy powinni być ostrożniejsi. Zwłaszcza gdy w I półroczu 2005 spadło poniżej 3 proc. rocznie. Tymczasem dane z rynku pracy zaskakują optymizmem. Po I kw. liczba pracujących zwiększyła się o 1,7 proc. W czerwcu br. zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było wyższe od zatrudnienia w tym samym miesiącu ub.r. aż o 1,8 proc.
Milton Friedman dowodził, że ludzie podejmują decyzje na podstawie przeszłości, ale są pod najsilniejszym wpływem przeszłości najnowszej. Czyżbyśmy mieli więc do czynienia z przypadkiem oczekiwań adaptacyjnych i nasi menedżerowie oraz przedsiębiorcy podejmowali decyzje zatrudnieniowe pod wpływem zeszłorocznych doskonałych wyników produkcyjnych?
Gdyby tak było, można by uważać, że optymizmem kierują się nie tylko zatrudniający, ale i zatrudniani oraz szukający pracy. Chciałbym zwrócić uwagę czytelników na mało znany wskaźnik, mianowicie udział tych osób, które zostały skreślone z rejestru bezrobotnych z powodu niepotwierdzenia gotowości do podjęcia pracy. W ostatnich miesiącach ten procent jest wysoki i jest to ponad jedna trzecia wszystkich wyrejestrowanych bezrobotnych (w lipcu 34,2 proc.). Dla porównania podam, że procent wyrejestrowanych z powodu podjęcia pracy wyniósł 42,6 proc.
Głównym powodem, dla którego ktoś zostaje skreślony, jest to, że już pracuje w szarej strefie lub zamierza podjąć taką pracę, a oferowane zatrudnienie utrudnia mu regularne wizyty w urzędzie. Można by zaryzykować w tych warunkach hipotezę, że optymistycznie wyglądają zarówno dane z oficjalnego, jak i nieoficjalnego rynku pracy.
A jeśli tak, to niewykluczone, że menedżerowie i przedsiębiorcy nie tyle reagują z opóźnieniem na wysokie tempo wzrostu w niedawnej przeszłości, ile są bardziej optymistyczni. Potwierdzenia tego stanu będziemy szukać przede wszystkim we wskaźniku oczekiwanych z takim utęsknieniem inwestycji.
Wreszcie, możliwa jest jeszcze i taka interpretacja, że obniżyły się u nas bariery dla przedsiębiorczości i gospodarka jest obecnie zdolna wchłaniać siłę roboczą przy niższym poziomie tempa wzrostu niż 5 proc. rocznie.
Badania w OECD wykazują, że pod względem przeregulowania jesteśmy na ostatnim miejscu wśród krajów członkowskich, ale w odniesieniu do barier występujących na rynku pracy jesteśmy gdzieś w połowie stawki. Minireformy wicepremiera Hausnera coś tam poprawiły na rynku pracy. Obniżenie stawki podatku CIT również polepszyło sytuację przedsiębiorców. Być może więc rzeczywiście bariera 5 proc. wzrostu PKB uległa pewnemu obniżeniu. Tyle że ta interpretacja nie tłumaczy, dlaczego do wzrostu zatrudnienia doszło w czasie, gdy wzrost PKB wynosi ponad 2 proc., a nie wtedy, gdy wskaźnik ten wynosił 4 proc., jak w II półroczu 2004 roku. Obecnie nie da się rozwiązać tej zagadki. Dotyczy ona bowiem przemiany strukturalnej, a taka z natury wymaga znacznie dłuższej obserwacji niż kilkanaście miesięcy.
To bardzo wysoka bariera. Jednak tendencje w kwestii zatrudnienia, które można było obserwować w ostatnich dwóch latach, ten wzorzec stawiają pod znakiem zapytania.
Ale zacznijmy od faktów. W III kw. 2003 r. polska gospodarka zaczęła przyspieszać, a roczne tempo wzrostu PKB w całym 2004 r. wyniosło 5,4 proc.
Tymczasem wskaźniki zatrudnienia dawały niejednorodny obraz. Wiadomo, że wzrost ten jest nieco opóźniony względem wzrostu produkcji. Jego wielkość nie jest zbyt dobrze określona w naszej gospodarce, bo do tej pory mieliśmy dopiero dwa (i to niepełne) cykle koniunkturalne.
Niemniej zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw zaczęło nieznacznie rosnąć dopiero w okresie IX-XI 2004 r. (czyli po 4-5 kwartałach dość wysokiego wzrostu PKB), aby w stosunku do 2003 roku cały rok zakończyć na minusie (-0,9 proc.). Liczba pracujących w małych firmach i osób samozatrudnionych wzrosła natomiast w 2005 r. na tyle, że skompensowała spadek w sektorze przedsiębiorstw.
Z obserwacji rynku pracy w okresie transformacji wynika, że w miarę jak tempo wzrostu PKB w II półroczu 2004 r. zaczęło słabnąć, przedsiębiorcy powinni być ostrożniejsi. Zwłaszcza gdy w I półroczu 2005 spadło poniżej 3 proc. rocznie. Tymczasem dane z rynku pracy zaskakują optymizmem. Po I kw. liczba pracujących zwiększyła się o 1,7 proc. W czerwcu br. zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw było wyższe od zatrudnienia w tym samym miesiącu ub.r. aż o 1,8 proc.
Milton Friedman dowodził, że ludzie podejmują decyzje na podstawie przeszłości, ale są pod najsilniejszym wpływem przeszłości najnowszej. Czyżbyśmy mieli więc do czynienia z przypadkiem oczekiwań adaptacyjnych i nasi menedżerowie oraz przedsiębiorcy podejmowali decyzje zatrudnieniowe pod wpływem zeszłorocznych doskonałych wyników produkcyjnych?
Gdyby tak było, można by uważać, że optymizmem kierują się nie tylko zatrudniający, ale i zatrudniani oraz szukający pracy. Chciałbym zwrócić uwagę czytelników na mało znany wskaźnik, mianowicie udział tych osób, które zostały skreślone z rejestru bezrobotnych z powodu niepotwierdzenia gotowości do podjęcia pracy. W ostatnich miesiącach ten procent jest wysoki i jest to ponad jedna trzecia wszystkich wyrejestrowanych bezrobotnych (w lipcu 34,2 proc.). Dla porównania podam, że procent wyrejestrowanych z powodu podjęcia pracy wyniósł 42,6 proc.
Głównym powodem, dla którego ktoś zostaje skreślony, jest to, że już pracuje w szarej strefie lub zamierza podjąć taką pracę, a oferowane zatrudnienie utrudnia mu regularne wizyty w urzędzie. Można by zaryzykować w tych warunkach hipotezę, że optymistycznie wyglądają zarówno dane z oficjalnego, jak i nieoficjalnego rynku pracy.
A jeśli tak, to niewykluczone, że menedżerowie i przedsiębiorcy nie tyle reagują z opóźnieniem na wysokie tempo wzrostu w niedawnej przeszłości, ile są bardziej optymistyczni. Potwierdzenia tego stanu będziemy szukać przede wszystkim we wskaźniku oczekiwanych z takim utęsknieniem inwestycji.
Wreszcie, możliwa jest jeszcze i taka interpretacja, że obniżyły się u nas bariery dla przedsiębiorczości i gospodarka jest obecnie zdolna wchłaniać siłę roboczą przy niższym poziomie tempa wzrostu niż 5 proc. rocznie.
Badania w OECD wykazują, że pod względem przeregulowania jesteśmy na ostatnim miejscu wśród krajów członkowskich, ale w odniesieniu do barier występujących na rynku pracy jesteśmy gdzieś w połowie stawki. Minireformy wicepremiera Hausnera coś tam poprawiły na rynku pracy. Obniżenie stawki podatku CIT również polepszyło sytuację przedsiębiorców. Być może więc rzeczywiście bariera 5 proc. wzrostu PKB uległa pewnemu obniżeniu. Tyle że ta interpretacja nie tłumaczy, dlaczego do wzrostu zatrudnienia doszło w czasie, gdy wzrost PKB wynosi ponad 2 proc., a nie wtedy, gdy wskaźnik ten wynosił 4 proc., jak w II półroczu 2004 roku. Obecnie nie da się rozwiązać tej zagadki. Dotyczy ona bowiem przemiany strukturalnej, a taka z natury wymaga znacznie dłuższej obserwacji niż kilkanaście miesięcy.