Katarzyna Gołda przez blisko 20 lat służyła w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Służbie Kontrwywiadu Wojskowego. Teraz debiutuje jako pisarka — pod własnym nazwiskiem, które przez lata ukrywała. Jej powieść „Złoty spadochron”, inspirowana głośną aferą Żelazo z czasów PRL-u, ukazuje się 11 marca nakładem Wydawnictwa Literackiego. O papierologii w służbach, pracy kontrwywiadu i tym, jak smakuje wolność po latach funkcjonowania w służbach rozmawiamy z byłą funkcjonariuszką i pisarką.
Andrzej Kwaśniewski: Ile nakłamała pani w tej książce? Bo przecież zdradzać tajemnic nie wolno?
Katarzyna Gołda: Starałam się utrzymać równowagę między realizmem a wymogami gatunku thrillera. Taka historia potrzebuje dynamiki, wyraźnie zaznaczonej stawki i akcji, która pociągnie czytelnika za bohaterami. Jednocześnie, po latach pracy w służbach, nie chciałam powielać przerysowanych obrazów znanych z filmów czy seriali. Pokazałam tyle, ile mogłam.
Zależało mi na ukazaniu wewnętrznych mechanizmów: relacji między przełożonymi a podwładnymi, presji, jakiej się doświadcza oraz więzi, jakie tworzą się między współpracownikami. Chciałam, by czytelnik miał wrażenie, że jest wewnątrz tego świata, a nie ogląda go przez szklaną szybę. Niektóre sytuacje celowo podkręciłam, by dodać fabule atrakcyjności, ale zawsze w granicach rozsądku i realizmu.
W powieści akcji jest dużo żmudnej papierkowej roboty, raportów, dokumentów. Czy tak rzeczywiście wygląda ta praca na co dzień?
Tak. To jest praca, która przede wszystkim opiera się na dokumentach. Żeby jakakolwiek czynność mogła zostać zrealizowana, musi być poprzedzona odpowiednim dokumentem zatwierdzonym przez przełożonego. Funkcjonariusze muszą mieć na wszystko pisemną zgodę — dla własnego bezpieczeństwa, żeby nikt nie zarzucił im, że robią tak zwaną samowolkę. W książce naprawdę chciałam to pokazać, że my byliśmy przybici tą papierologią. Wspominam, ile tysięcy dokumentów ma Bogna, a ile kolega z pokoju. To są olbrzymie ilości. A potem te dokumenty trzeba zarchiwizować. Sporządza się protokoły, listy, wykazy. Wszystko musi się zgadzać. To naprawdę bardzo mozolna praca. I nie można żadnego zgubić, bo są to dokumenty niejawne.
Pani liczyła, że będzie się ścigać i strzelać?
Może nie aż tak, ale nie sądziłam, że na dzień dobry dostanę wielką szafę pancerną z tomami akt od góry do dołu. To było po prostu przytłaczające. Człowiek przychodzi pełen idei i chęci, a zderza się z murem w postaci papierologii. Skończyłam filologię polską, przez rok przed wstąpieniem do służby pracowałam jako nauczycielka. I trafił mi się przełożony, który zawsze miał na podorędziu czerwony długopis. Szłam do niego z dokumentem, a on mówił: „Nie podoba mi się, idź, napisz to jeszcze raz”. Pytałam: jak? Odpowiedź brzmiała: „Jak będzie dobrze, to ci powiem, że jest dobrze”. I wracałam trzy razy. Aż w końcu dochodziłam do wersji pierwotnej i wtedy naczelnik mówił: „O, teraz jest dobrze”. To jest autentyk.
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
