Europejski socjalizm nie sprawdza się w biznesie
Od powstania firmy w 1976 r. SAS Institute z roku na rok zwiększa swe przychody. Jednak każda dobra passa ma swój koniec. Nie obawia się Pan, że przyjdzie taki rok, kiedy wyniki finansowe będą gorsze? Jak zareagują wtedy klienci?
Nie mam takich obaw. Moja praca polega na tym, aby robić wszystko, by przychody z roku na rok wzrastały. W tym roku powinny one się poprawić o 10-15 proc. Jesteśmy firmą zajmującą się oprogramowaniem i w związku z tym nie musimy inwestować w drogie maszyny. To ułatwia kontrolę kosztów. Inwestujemy przede wszystkim w pracowników. To się opłaca i dlatego jestem spokojny o przyszłość firmy.
Jest Pan dość sceptycznie nastawiony do upublicznienia SAS Institute. W czym upatruje Pan zalety nieobecności spółki na Wall Street?
Gdyby nasza spółka stała się publiczna, nie dostrzegałbym w tym wielu zalet. Nie potrzebujemy pieniędzy. Mamy ich pod dostatkiem. Nasze przychody i zyski rosną regularnie. Nie musimy martwić się o to, czy udziałowcy są usatysfakcjonowani wynikami uzyskiwanymi w poszczególnych kwartałach, i możemy się skupić na realizowaniu długoterminowych celów. Nie musimy sobie też zawracać głowy całą masą procedur i wymogów prawnych. No i nie muszę się bać, że trafię do więzienia, gdyby jakaś moja decyzja okazała się nietrafiona [śmiech].
SAS Institute jest postrzegany jako jedna z najbardziej socjalnych firm na świecie ze względu na skalę świadczeń, z których mogą korzystać pracownicy. Czy to jednak w pewnym momencie nie obróci się na niekorzyść firmy? Tak dzieje się w wypadku niektórych gospodarek europejskich z rozbudowanym systemem socjalnym.
Efektywne prowadzanie biznesu wiele ma wspólnego z socjalizmem. Na szczęście działam w kraju, w którym duch przedsiębiorczości nie został zabity. Byłem ostatnio w Danii. Uderzające jest to, że tamtejszy system zniechęca ludzi do podejmowania ryzyka. A ryzyko i konkurencja to filary, na których opiera się przedsiębiorczość. My inwestujemy dużo w ludzi i to w długim okresie naprawdę przynosi efekty. Ten model biznesowy bardzo dobrze się nam sprawdza, ale podkreślam, że to nie ma nic wspólnego z socjalizmem.
Dlaczego więc inne firmy nie naśladują masowo państwa modelu?
Tego nie umiem wyjaśnić [śmiech].
Zasada, aby wszystkie osoby - od ogrodnika po kucharkę - zatrudniać na podstawie umowy o pracę w Polsce nie znalazłaby zrozumienia. U nas preferuje się umowy czasowe, umowy-zlecenia, pewne zadania wykonują zewnętrzne firmy. Czy to nie jest Pana zdaniem błąd?
Powiem ostrożnie, że w Europie uwarunkowania prawne działalności biznesowej są trochę inne.
Czyli, według Pana, prawo gospodarcze w USA bardziej sprzyja biznesowi?
No, trochę tak [śmiech].
Co Pan myśli o telepracy. Mówi się często, że taki model pracy i zatrudniania pracowników to przyszłość prowadzenia firmy.
Nie wierzę w to. W pracy bardzo ważne i pobudzające jest to, aby ludzie mogli wymieniać poglądy twarzą w twarz. Muszą zajrzeć do kolegi w innym pokoju, zjeść z nim lunch. Sam często podróżuję i z tego względu wiele zadań muszę wykonywać na odległość. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że te najistotniejsze decyzje dla firmy podejmuję w Cary w Karolinie Północnej, czyli w siedzibie firmy.
Produkty firmy SAS najlepiej są znane wśród dużych korporacji. Coraz więcej firm, np. Microsoft czy SAP, swoją ofertę kieruje na rynek małych i średnich spółek. Dla takich przedsiębiorstw opracowywane są nawet specjalne produkty. Czy SAS nie jest w tym wypadku trochę spóźniony?
Nasze produkty z powodzeniem mogą być zastosowane nie tylko przez największe firmy. Wszystko zależy od tego, jak wiele danych musi "przerobić" dana firma i jakie informacje potrzebne do zarządzania chce wyciągnąć. Oczywiście, czym firma większa, tym bardziej jest skłonna zostać naszym klientem. To naturalne.
A którą firmę IT uważa Pan za swego konkurenta?
Głównym naszym konkurentem jest Oracle.
Oracle jest ostatnio bardzo aktywny i przejmuje wiele firm. Czy jest Pan zwolennikiem wzrostu organicznego czy przez fuzje i przejęcia?
Rozwijamy się głównie organicznie, choć też zdarzało się nam kupować i przejmować mniejsze firmy. Robimy to jednak inaczej niż Oracle. Firma ta, przejmując inne przedsiębiorstwo, de facto kupuje udziały w rynku. My zwracamy uwagę na to, czy firma taka dysponuje produktem, rozwiązaniami, technologią, które mogą poprawić naszą konkurencyjność.
Specyficzny biznes Jamesa Goodnighta
James Goodnight znalazł się na 16. pozycji listy najbogatszych Amerykanów miesięcznika Forbes. Jego majątek szacowany jest na 4,1 mld USD. W 1976 r. z Johnem Sallem założył SAS Institute, który specjalizuje się w dostarczaniu oprogramowania typu business intelligence, pomagającego w zarządzaniu firmą. Obecnie SAS jest największą prywatną (nienotowaną na giełdzie) firmą software’ową na świecie. Przychody w 2004 r. osiągnęły 1,5 mld USD, a Goodnight ma 2/3 udziałów w firmie.
Firma zatrudnia blisko 10 tys. ludzi, z czego ponad 4 tys. w swym centrum w Cary w Północnej Karolinie. Na badania i rozwój SAS przeznacza rocznie około 25 proc. swych przychodów, tj. mniej więcej dwukrotnie więcej, niż wynosi średnia w branży.
Firma od lat plasuje się na czele rankingów najbardziej pożądanych pracodawców w USA i wyróżnia się bogactwem świadczeń oferowanych pracownikom. Tydzień pracy wynosi 35 godzin, pracownicy mogą na miejscu korzystać z bezpłatnej opieki lekarskiej, psychologów, bezterminowych urlopów chorobowych, obiektów sportowych (także w trakcie godzin pracy), warsztatu samochodowego. Na terenie kampusu w Cary jest przedszkole dla dzieci pracowników, gdzie pod opieką wyspecjalizowanego personelu znajduje się blisko 1000 dzieci.
Jednym z niekonwencjonalnych zwyczajów w SAS Institute jest to, że pracownicy bezpłatnie mogą zajadać się cukierkami M&Ms, co kosztuje firmę około 45 tys. dolarów rocznie.
Szefowie SAS przekonują, że taka "socjalna" polityka się opłaca, bo pracownicy więcej energii mogą poświecić pracy i są bardziej kreatywni (także dzięki obrazom i rzeźbom w biurach). Szacuje się, że oszczędności, które firmie przynosi taka polityka, sięgają 75 mln USD rocznie.
W Polsce oddział SAS Institute działa od 1992 r.
Rozmowę przeprowadzono w Cary (Karolina Północna).
Autor na zaproszenie SAS Institute uczestniczył w konferencji Better Management w Las Vegas.
Nie mam takich obaw. Moja praca polega na tym, aby robić wszystko, by przychody z roku na rok wzrastały. W tym roku powinny one się poprawić o 10-15 proc. Jesteśmy firmą zajmującą się oprogramowaniem i w związku z tym nie musimy inwestować w drogie maszyny. To ułatwia kontrolę kosztów. Inwestujemy przede wszystkim w pracowników. To się opłaca i dlatego jestem spokojny o przyszłość firmy.
Jest Pan dość sceptycznie nastawiony do upublicznienia SAS Institute. W czym upatruje Pan zalety nieobecności spółki na Wall Street?
Gdyby nasza spółka stała się publiczna, nie dostrzegałbym w tym wielu zalet. Nie potrzebujemy pieniędzy. Mamy ich pod dostatkiem. Nasze przychody i zyski rosną regularnie. Nie musimy martwić się o to, czy udziałowcy są usatysfakcjonowani wynikami uzyskiwanymi w poszczególnych kwartałach, i możemy się skupić na realizowaniu długoterminowych celów. Nie musimy sobie też zawracać głowy całą masą procedur i wymogów prawnych. No i nie muszę się bać, że trafię do więzienia, gdyby jakaś moja decyzja okazała się nietrafiona [śmiech].
SAS Institute jest postrzegany jako jedna z najbardziej socjalnych firm na świecie ze względu na skalę świadczeń, z których mogą korzystać pracownicy. Czy to jednak w pewnym momencie nie obróci się na niekorzyść firmy? Tak dzieje się w wypadku niektórych gospodarek europejskich z rozbudowanym systemem socjalnym.
Efektywne prowadzanie biznesu wiele ma wspólnego z socjalizmem. Na szczęście działam w kraju, w którym duch przedsiębiorczości nie został zabity. Byłem ostatnio w Danii. Uderzające jest to, że tamtejszy system zniechęca ludzi do podejmowania ryzyka. A ryzyko i konkurencja to filary, na których opiera się przedsiębiorczość. My inwestujemy dużo w ludzi i to w długim okresie naprawdę przynosi efekty. Ten model biznesowy bardzo dobrze się nam sprawdza, ale podkreślam, że to nie ma nic wspólnego z socjalizmem.
Dlaczego więc inne firmy nie naśladują masowo państwa modelu?
Tego nie umiem wyjaśnić [śmiech].
Zasada, aby wszystkie osoby - od ogrodnika po kucharkę - zatrudniać na podstawie umowy o pracę w Polsce nie znalazłaby zrozumienia. U nas preferuje się umowy czasowe, umowy-zlecenia, pewne zadania wykonują zewnętrzne firmy. Czy to nie jest Pana zdaniem błąd?
Powiem ostrożnie, że w Europie uwarunkowania prawne działalności biznesowej są trochę inne.
Czyli, według Pana, prawo gospodarcze w USA bardziej sprzyja biznesowi?
No, trochę tak [śmiech].
Co Pan myśli o telepracy. Mówi się często, że taki model pracy i zatrudniania pracowników to przyszłość prowadzenia firmy.
Nie wierzę w to. W pracy bardzo ważne i pobudzające jest to, aby ludzie mogli wymieniać poglądy twarzą w twarz. Muszą zajrzeć do kolegi w innym pokoju, zjeść z nim lunch. Sam często podróżuję i z tego względu wiele zadań muszę wykonywać na odległość. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że te najistotniejsze decyzje dla firmy podejmuję w Cary w Karolinie Północnej, czyli w siedzibie firmy.
Produkty firmy SAS najlepiej są znane wśród dużych korporacji. Coraz więcej firm, np. Microsoft czy SAP, swoją ofertę kieruje na rynek małych i średnich spółek. Dla takich przedsiębiorstw opracowywane są nawet specjalne produkty. Czy SAS nie jest w tym wypadku trochę spóźniony?
Nasze produkty z powodzeniem mogą być zastosowane nie tylko przez największe firmy. Wszystko zależy od tego, jak wiele danych musi "przerobić" dana firma i jakie informacje potrzebne do zarządzania chce wyciągnąć. Oczywiście, czym firma większa, tym bardziej jest skłonna zostać naszym klientem. To naturalne.
A którą firmę IT uważa Pan za swego konkurenta?
Głównym naszym konkurentem jest Oracle.
Oracle jest ostatnio bardzo aktywny i przejmuje wiele firm. Czy jest Pan zwolennikiem wzrostu organicznego czy przez fuzje i przejęcia?
Rozwijamy się głównie organicznie, choć też zdarzało się nam kupować i przejmować mniejsze firmy. Robimy to jednak inaczej niż Oracle. Firma ta, przejmując inne przedsiębiorstwo, de facto kupuje udziały w rynku. My zwracamy uwagę na to, czy firma taka dysponuje produktem, rozwiązaniami, technologią, które mogą poprawić naszą konkurencyjność.
Specyficzny biznes Jamesa Goodnighta
James Goodnight znalazł się na 16. pozycji listy najbogatszych Amerykanów miesięcznika Forbes. Jego majątek szacowany jest na 4,1 mld USD. W 1976 r. z Johnem Sallem założył SAS Institute, który specjalizuje się w dostarczaniu oprogramowania typu business intelligence, pomagającego w zarządzaniu firmą. Obecnie SAS jest największą prywatną (nienotowaną na giełdzie) firmą software’ową na świecie. Przychody w 2004 r. osiągnęły 1,5 mld USD, a Goodnight ma 2/3 udziałów w firmie.
Firma zatrudnia blisko 10 tys. ludzi, z czego ponad 4 tys. w swym centrum w Cary w Północnej Karolinie. Na badania i rozwój SAS przeznacza rocznie około 25 proc. swych przychodów, tj. mniej więcej dwukrotnie więcej, niż wynosi średnia w branży.
Firma od lat plasuje się na czele rankingów najbardziej pożądanych pracodawców w USA i wyróżnia się bogactwem świadczeń oferowanych pracownikom. Tydzień pracy wynosi 35 godzin, pracownicy mogą na miejscu korzystać z bezpłatnej opieki lekarskiej, psychologów, bezterminowych urlopów chorobowych, obiektów sportowych (także w trakcie godzin pracy), warsztatu samochodowego. Na terenie kampusu w Cary jest przedszkole dla dzieci pracowników, gdzie pod opieką wyspecjalizowanego personelu znajduje się blisko 1000 dzieci.
Jednym z niekonwencjonalnych zwyczajów w SAS Institute jest to, że pracownicy bezpłatnie mogą zajadać się cukierkami M&Ms, co kosztuje firmę około 45 tys. dolarów rocznie.
Szefowie SAS przekonują, że taka "socjalna" polityka się opłaca, bo pracownicy więcej energii mogą poświecić pracy i są bardziej kreatywni (także dzięki obrazom i rzeźbom w biurach). Szacuje się, że oszczędności, które firmie przynosi taka polityka, sięgają 75 mln USD rocznie.
W Polsce oddział SAS Institute działa od 1992 r.
Rozmowę przeprowadzono w Cary (Karolina Północna).
Autor na zaproszenie SAS Institute uczestniczył w konferencji Better Management w Las Vegas.