Ten papież ma bardzo dużo wspólnego ze swoim "umiłowanym" - jak to sam określa - poprzednikiem, ale też jako Benedykt XVI w niczym go nie przypomina. To prawda, że kontynuuje dzieło nawracania chrześcijan rozpoczęte przez Jana Pawła II. To podobieństwo zawiera się w umacnianiu wiary, ale nie w sposobie jej upowszechniania. Jan Paweł II pozostanie tutaj super gwiazdą na długi czas, niemożliwą do naśladowania przez nikogo.
Na spotkaniach z Benedyktem XVI nie wystarczy wiwatować "niech żyje papież" i skandować "Benedetto". Takie emocje wyzwalała obecność Jana Pawła II i wielu to wystarczało. Ten papież nie komunikuje się wyłącznie za pomocą pozytywnych emocji, ale zmusza do wzbudzenia świadomości teologicznej więzi z kościołem. Chrześcijanom XXI wieku narzuca bardziej intelektualny charakter religijności. Choć wcale nie proponuje rewolucji. Już pierwszego dnia swej wizyty w warszawskiej katedrze Benedykt XVI mocno dał do zrozumienia na czym ma być oparta ta religijność, kiedy zacytował swego mistrza i patrona duchowego św. Augustyna, u którego wszystko zależy od łaski boskiej, która wydobywa człowieka ze studni grzechu i której nie można kupić. To zasadniczy kontrast teologiczny pozostający w sporze z doktryną miłosierdzia, upowszechnianą przez Jana Pawła II, gdzie każdy może być zbawiony. Cytat ze św. Augustyna już w pierwszych minutach pielgrzymki do Polski wygłoszony do kapłanów można odczytać jako główne przesłanie Benedykta XVI dla kościoła i jego wiernych, kościoła, który będzie bardziej surowym i wymagającym kościołem za tego pontyfikatu.
Krzysztof Grzegrzółka