A "Zwrotniczego" warto obejrzeć choćby po to, żeby się przekonać, jak oryginalne i wyraziste kino powstaje w Holandii. Ten film jest jak ten kraj: ciasny i duszny. Ale przecież wszyscy wiedzą, że Holandia to kraj położony w głębokiej depresji, jedna czwarta tego państwa leży na terenach położonych poniżej poziomu morza. Oglądając "Zwrotniczego" można odnieść wrażenie, że depresja to także stan ducha Holendrów. W dodatku połączona z rezygnacją, brakiem wiary, że beznadzieję własnego życia można odmienić.
Dopiero wtargnięcie atrakcyjnej Francuzki (wiadomo: Francja-elegancja) w życie ponurego zwrotniczego i jego zrezygnowanych przyjaciół wyrwie ich z depresji i pomoże im trochę się rozruszać. Ale też nie na długo - bo Francuzka wyraźnie bawi się konwencjami, drwi sobie z ich bezradności. Póki jej się opierają, stara się zdobyć ich względy. Jednak gdy przełamie mur obojętności, gdy dotrze do ich serc i dusz, natychmiast dokonuje kolejnego zwrotu w swoim życiu i wyruszy w poszukiwaniu następnych ofiar. Gorzej, że do tego zwrotu nasz zwrotniczy nie jest kompletnie przygotowany, jego brak doświadczenia w relacjach z płcią odmienną kończy się mało komiczne. Ale ten film nie powstał po to, aby się śmiać, ale aby przypomnieć, że nigdy nie Można uwierzyć kobiecie - takie właśnie uniwersalne prawdy o życiu przekazuje nam Stelling.
Agaton Koziński
"Zwrotniczy" ("Wisselwachter"), reż. Jos Sterling, Holandia, 1986