Nowoczesne metody dopingu są też coraz bardziej zbliżone do działania naturalnych mechanizmów biologicznych. Niektórzy zawodnicy mają genetycznie uwarunkowany wyższy poziom erytropoetyny - hormonu pobudzającego produkcję krwinek czerwonych i przez to zwiększającego wydolność fizyczną. Ci, którzy nie mieli tyle szczęścia, mogą wyjechać na obóz kondycyjny w góry (niższe ciśnienie powietrza wywołuje tam stan lekkiego niedotlenienia, na który organizm reaguje zwiększeniem produkcji erytropoetyny) albo skorzystać z transfuzji krwi czy zastrzyków syntetycznego hormonu Epo. Efekt w każdym przypadku jest zbliżony. Na dodatek działanie dopingujące często wykrywane jest w przypadku leków od dawna obecnych na rynku - niedawno okazało się np., że viagra znacznie zwiększa kondycję kolarzy górskich.
Nic więc dziwnego, że wielu ekspertów - w tym dr. John Eliot z Rice University - nawołuje do pełnej legalizacji dopingu. Cały proceder mógłby być wówczas lepiej kontrolowany przez wykwalifikowanych lekarzy, a zarazem zawodnicy pozbyliby się kompleksów wobec konkurentów stosujących "dopalacze". Być może trzeba by było organizować osobne zawody dla sportowców "wspomaganych" i "naturalnych", ale warto podjąć takie ryzyko. Dziś bowiem sytuacja przypomina przysłowiowe gonienie króliczka: nielegalne laboratoria są zawsze o krok przed komisjami antydopingowymi, które wiedzą, że i tak nie złapią wszystkich winnych, a kibice nie zdają sobie sprawy z tego, jak często są oszukiwani. Jan Stradowski
Czytaj także: Farmakologia zwycięstwa (Walka z dopingiem w sporcie to hipokryzja!)
Zobacz też: Strona dr. Johna Eliota