Atom szansą dla polskich firm

Atom szansą dla polskich firm

W brytyjskiej elektrowni jądrowej Hinkley Point C części do suwnicy obrotowej reaktora EPR dostarczało Przedsiębiorstwo Usług Technicznych Firmus z Olkusza
W brytyjskiej elektrowni jądrowej Hinkley Point C części do suwnicy obrotowej reaktora EPR dostarczało Przedsiębiorstwo Usług Technicznych Firmus z Olkusza Źródło: Nick Chipchase/Wikimedia Commons
Krajowe przedsiębiorstwa liczą na zlecenia przy budowie elektrowni jądrowej. W kolejce po kontrakty chcą ustawić się nie tylko giganci z branży przemysłowej, ale też biura tłumaczeń.

W wyścigu o dostarczenie technologii do polskiej elektrowni jądrowej zostały trzy firmy. Amerykanie z Westinghouse, Koreańczycy z KHNP i Francuzi z EDF. Decyzja o tym, który zagraniczny koncern elektrownię nam wybuduje, ma zapaść do końca tego roku. Żeby zwiększyć swoje szanse, globalni giganci licytują się na obietnice, co dadzą Polakom w zamian za kontrakt wart dziesiątki miliardów dolarów. Koreańczycy kuszą wizją budowy fabryki w Polsce. Amerykanie obiecują 2 tys. miejsc pracy dla Polaków. Francuzi są gotowi udzielić nam wsparcia finansowego na budowę. Wszyscy deklarują, że nie będą korzystać wyłącznie ze swoich zaprzyjaźnionych poddostawców, a wiele zamówień posypie się do naszych przedsiębiorców. Ile w tym prawdy, a ile reklamy?

Europa przeprasza się z atomem

Na początku należy odpowiedzieć sobie na podstawowe pytanie, po co Polsce budowa elektrowni jądrowej. Powodów jest kilka. Pierwszy to zapowiadane wyłączenia wysłużonych jednostek węglowych w perspektywie najbliższych lat i konieczność zbilansowania systemu, czyli zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego i suwerenności energetycznej.

Austriacy, Niemcy czy Hiszpanie ostrzegają obywateli przed przerwami w dostawach prądu, którą mogą u nich wystąpić jeszcze w tym roku. W takich sytuacjach w sukurs przychodzą z reguły sąsiedzi, od których w przypadku braku mocy kraje kupują prąd. Według danych Polskich Sieci Elektroenergetycznych po pierwszych pięciu miesiącach tego roku Polska potroiła eksport energii elektrycznej. Tylko w maju wysłaliśmy za granicę ponad 1,1 tys. GWh energii elektrycznej. W analogicznym miesiącu rok wcześniej było to ok. 360 GWh. Polski prąd ratuje w trudnych chwilach systemy energetyczne Niemców, Szwedów czy Słowaków. Ale sami też czasem musimy się wspomóc. W czerwcu tego roku import energii elektrycznej do Polski przerósł już eksport.

Budowa elektrowni atomowej mogłaby więc pomóc nasz system energetyczny lepiej zbilansować i od zakupów z zagranicy się uniezależnić.

Drugim powodem jest sama stabilność systemu. Unia Europejska od lat przekonuje do inwestycji w odnawialne źródła energii. Choć bez wątpienia są one ważne, bo zeroemisyjne, to niestety mają jedną dużą wadę – bywają po prostu kapryśne. W ostatnim czasie przekonało się o tym wiele europejskich krajów. We wrześniu zeszłego roku przez brak wiatru Wielka Brytania była zmuszona włączyć dwa bloki węglowe w elektrowni West Burton w Nottinghamshire. W czerwcu tego roku zimny prysznic dostali Austriacy, którzy mają ambitny cel przestawienia się wyłącznie na prąd pochodzący z OZE. Ich krajowy system okazał się tak niestabilny i dziurawy, że rząd musiał natychmiastowo wznowić działanie ostatniej elektrowni węglowej w kraju. Ta oficjalnie została zamknięta w kwietniu 2020 roku, ale przez niedobory postanowiono przywrócić ją do życia.

Kilka dni temu Szwedzi, którzy wyrastają przecież na europejskiego lidera w alternatywnych źródłach energii, zdecydowali się z kolei na uruchomienie rezerwowej elektrowni na olej opałowy. Niemcy, którzy jeszcze kilka lat temu zapowiedzieli zamknięcie siłowni jądrowych, teraz z atomem się przepraszają. Do 31 grudnia tego roku miały zostać wyłączone trzy ostatnie niemieckie reaktory jądrowe. Dzisiaj u naszego zachodniego sąsiada trwa ostra debata, czy rzeczywiście warto iść tą drogą. Według ostatnich doniesień amerykańskiego dziennika „Wall Street Journal”, rząd Olafa Scholza ma elektrownie jądrowe jednak utrzymać.

Przykładowo Holendrzy odeszli od przyjętych rok temu planów rezygnacji z atomu. Poszli wręcz dalej, zapowiadając budowę dwóch nowych reaktorów jądrowych. Plany rezygnacji z energii jądrowej odłożyła w czasie też Belgia. Po inwazji Rosji na Ukrainę Bruksela przesunęła datę wygaszania swoich atomowych projektów z 2025 na 2035 rok.

W energetykę jądrową inwestuje wiele krajów Unii. Nowe moce buduje się na Słowacji, w Czechach, we Francji. Pod koniec zeszłego roku Finowie, którzy chwalą się, że połowa zużywanego przez nich prądu pochodzi z OZE, uruchomili właśnie trzeci już reaktor w elektrowni jądrowej Olkiluoto na zachodnim wybrzeżu kraju. Wszyscy są zgodni. Inwazja Rosji na Ukrainę zmieniła stan gry. Czas przeprosić się z atomem, bo to stabilne i niskoemisyjne źródło energii. A co najważniejsze: wolne od rosyjskich wpływów.

Dozymetry dla gmin

Na rządowej liście podmiotów z szeroko pojętego sektora jądrowego widnieją 332 polskie firmy. Wśród nich Polon-Alfa z Bydgoszczy. To jeden z nielicznych producentów aparatury dozymetrycznej w Polsce. Historia firmy sięga jeszcze końcówki lat 50. W PRL projektowała dozymetry dla radzieckiego wojska. W latach 80. współpracowała z Bułgarami przy budowie kolejnych reaktorów w tamtejszej elektrowni jądrowej Kozłoduj. Bydgoska firma zatrudniała wtedy 600 osób. Fabryka działała na trzy zmiany. Ale wraz z upadkiem PRL kontrakty dla wojska się skończyły. Firma została sprywatyzowana i przestawiła się na nieco inną działalność. Jest dzisiaj liderem w produkcji systemów sygnalizowania pożarów. Nadal utrzymuje jednak dział zajmujący się dozymetrią. Czy upatruje swojej szansy przy budowie polskiej elektrowni jądrowej?

– Moim zdaniem okoliczne gminy będą chciały wyposażyć kluczowe instytucje publiczne, a może i samych mieszkańców w dozymetry wraz z rozruchem pierwszego reaktora. Być może to byłaby szansa dla nas, żeby w taką aparaturę lokalną społeczność wyposażyć – tłumaczy Dariusz Nagański, prezes Polon-Alfy.

W podobnej branży działa również Wojciech Kwieciński, właściciel warszawskiej firmy Ex-Polon. Działalność rozpoczął w 1992 roku, kiedy to już oficjalnie likwidowano Elektrownię Jądrową w Żarnowcu. Kwieciński zaczynał od serwisowania urządzeń mierzących poziom napromieniowania. Dzisiaj współpracuje głównie z pracowniami rentgenowskimi w przychodniach czy gabinetach stomatologicznych. Serwisuje aparaturę mierzącą napromieniowanie, prowadzi kursy z ochrony radiologicznej. Chociaż nigdy nie miał styczności z elektrownią jądrową, to nie ma z tego powodu kompleksów. – Jeżeli będzie przetarg na dostawę dozymetrów czy wyposażenia personelu w środki ochrony przeciw promieniowaniu, to zamierzam w nim wystartować – mówi.

Nie tylko pizza i beton

– Wiadomo, że polskie firmy nie będą dostarczać samego reaktora czy generatorów, ale budowa i tak pozostaje ogromną szansą dla naszych przedsiębiorców – mówi Paweł Żbikowski z fundacji Nuclear.pl, który od 22 lat zajmuje się popularyzacją wiedzy na temat energetyki jądrowej w Polsce.

– Nie będziemy dowozić tylko pizzy i betonu na budowę. Trzeba przecież postawić nowe drogi, kolej, port morski, którym będą dostarczane wielkogabarytowe elementy. Są potrzebne wykopy, ogromne ilości stali, prefabrykowanych konstrukcji. Są do wykonania instalacje elektryczne, przeciwpożarowe, zasilania awaryjnego, wodno-kanalizacyjne – wylicza Żbikowski.

Jego zdaniem, już przy budowie pierwszego reaktora zaangażowanie polskich firm mogłoby wynieść nawet 40 proc. Plan zakłada, że do 2040 roku polska elektrownia jądrowa ma mieć sześć reaktorów. Wraz z budową każdego następnego odsetek polskiego udziału w budowie miałby rosnąć.

Francuzi, Koreańczycy czy Amerykanie podpisują umowy o współpracy z polskimi firmami. Rafako, polski producent bloków energetycznych, jest jedną z nielicznych spółek, które podpisało stosowne memoranda z trzema potencjalnymi zwycięzcami wyścigu o polski atom na raz. Firma z Raciborza już w latach 70. ubiegłego wieku działała w obszarze energetyki jądrowej. Produkowała stabilizatory ciśnienia i wytwornice pary dla bloków jądrowych projektowanych w ZSRR. – Elementy wykonywane były w oparciu o radziecką dokumentację adaptowaną przez polskich inżynierów. Wszystkie procesy technologiczne i kontrolne zostały jednak opracowane przez specjalistów z Rafako – opowiada Jacek Balcer, rzecznik prasowy firmy. Pod koniec lat 80. spółka wyprodukowała również kilka stabilizatorów ciśnienia dla elektrowni jądrowej NORD w byłym NRD. Ale po zjednoczeniu Niemiec wstrzymano inwestycję opartą na radzieckiej technologii. Jeden ze stabilizatorów, chociaż opłacony, to został przez Niemców nieodebrany. Potężna konstrukcja przypominająca wysoki na 12 metrów silos stoi dzisiaj przed siedzibą spółki w Raciborzu.

– Żadna polska firma sama nie wybuduje elektrowni jądrowej. To, co moglibyśmy wykonywać, jako podwykonawca światowych gigantów, to wszystkie elementy ciśnieniowe, rurociągi – mówi Balcer.

Mały atom, duzi gracze

Być może tego doświadczenia i otwartości na atomowe projekty potrzebuje właśnie Michał Sołowow. Trzeci najbogatszy Polak ogłosił niedawno, że chciałby Rafako kupić. Trzy lata temu zapowiedział z kolei, że sam będzie budował prywatną elektrownię jądrową. W wersji mini, bo chodzi o postawienie małego reaktora modułowego (SMR). Zawiązał w tej sprawie alians z Zygmuntem Solorzem. Siłownia wielkości boiska do piłki nożnej miałaby stanąć w Pątnowie na terenie należącego do właściciela Polsatu Zespołu Elektrowni Pątnów-Adamów-Konin, który dzisiaj wtłacza kilka procent energii elektrycznej do polskiego systemu. Technologię do reaktora Sołowowa i Solorza miałby dostarczyć amerykańsko-japoński koncern GE Hitachi Nuclear Energy.

– Ten reaktor jest zamknięty w silosie, który znajduje się całkowicie pod ziemią. SMR-y mają bardzo małe potrzeby jeśli chodzi o chłodziwo zewnętrzne, w przeciwieństwie do dużej elektrowni, która musi mieć dostęp do gigantycznej ilości wody. Rozmawiamy o czymś zupełnie innym niż duża energetyka jądrowa, czyli 15-letnie projekty inwestycyjne, z czego 10 lat to sama budowa. Rozmawiamy o absolutnej rewolucji – tłumaczył Sołowow na łamach „Wprost” w zeszłym roku.

Swój reaktor modułowy chciałby mieć też Sebastian Kulczyk. Miałby powstać niedaleko Bydgoszczy i zasilać w energię elektryczną jedną z fabryk kontrolowanego przez biznesmena koncernu chemicznego Ciech. Na mały atom chce stawiać też Orlen czy KGHM.

Do gry weszła też Enea. Dwa miesiące temu podpisała porozumienie o budowie małych reaktorów atomowych z jedną z amerykańskich firm.

– List intencyjny otwiera możliwość dostępu do nowoczesnej, skalowalnej i bezemisyjnej technologii wytwarzania energii elektrycznej. Grupa Enea będzie mogła wykorzystać technologię SMR do budowy własnych mocy wytwórczych, a także w przyszłości oferować rozwiązania dla przemysłu i ciepłownictwa na terenie Polski. Komercjalizacja rozwiązań SMR pozytywnie wpłynie na bezpieczeństwo energetyczne, środowisko, a także konkurencyjność polskiej gospodarki i na rozwój nowych linii biznesowych – tłumaczył Paweł Majewski, prezes zarządu Enei.

Technologia pozwala na wykonanie reaktora w 24 miesiące. Moduły elektrowni powstają poza terenem budowy. Złożony jak klocki lego reaktor może być eksploatowany nawet 42 lata.

– SMR-y będą stanowić uzupełnienie dla tzw. dużego atomu. Taką technologię można będzie stosować jednak bardziej elastycznie. Reaktory SMR są też modułowe i skalowalne, czyli w zależności od zapotrzebowania można połączyć kilka małych reaktorów w jedną siłownię. Co ważne, będą wprowadzone znacznie szybciej niż duże reaktory ze względu na krótszy proces technologiczny i inwestycyjny. Mogą też znaleźć zastosowanie na przykład we wsparciu dużych zakładów przemysłowych, ale również np. elektrociepłowni miejskich – tłumaczy nam Jacek Dziuba, prezes Enei Innowacje.

Szansa dla maluczkich

Ale rozwój energetyki jądrowej w kraju to nie tylko szansa dla najbogatszych Polaków czy dużych koncernów. Okazji upatrują nawet firmy, których nikt za bardzo z atomem by nie skojarzył. To choćby warszawskie biuro tłumaczeń Bireta, które od 20 lat specjalizuje się w tłumaczeniach technicznych. Firma opublikowała jedyny na polskim rynku słownik z zakresu energetyki jądrowej. Stworzyła też animowany schemat elektrowni jądrowej wyposażony w blok z reaktorem wodnym ciśnieniowym (PWR). Akurat taki ma być stawiany również w Polsce. Bireta jest też jednym z nielicznych biur tłumaczeń w kraju, które posiada akredytację Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego uprawniającą do przetwarzania informacji niejawnych.

– Moglibyśmy wykonywać specjalistyczne tłumaczenia pisemne i ustne. Tłumaczyć rysunki techniczne czy dokumenty z klauzulą „zastrzeżone” – mówi Karolina Gajda-Truszkowska z Birety.

Na razie w oczekiwaniu na pierwsze zlecenia polskie firmy zbierają szlify za granicą. Mało kto wie, ale polskie firmy brały udział w budowie elektrowni jądrowych w Finlandii, Francji czy Wielkiej Brytanii.

Przykładowo Przedsiębiorstwo Usług Technicznych Firmus, producent elementów stalowych z Olkusza w Małopolsce, dostarczało części wchodzące w skład suwnicy obrotowej reaktora EPR zamontowanego w brytyjskiej elektrowni jądrowej Hinkley Point C. Z kolei podczas budowy fińskiej elektrowni jądrowej Olkiluoto 3 polski był drugim najczęściej słyszanym językiem. W szczycie prac w projekcie uczestniczyło aż 25 podmiotów z naszego kraju. To tylko Europa, a są też bardziej odległe przykłady. Korpus turbiny w kanadyjskiej elektrowni jądrowej w Darlington był poddawany obróbce termicznej w polskiej firmie Famet z siedzibą w Kętrzynie. Natomiast warszawskie APS Energia wyprodukowało stabilizatory zasilania UPS dla elektrowni jądrowej Kudankulam II w Indiach.

Tak duże zaangażowanie krajowych podmiotów w jądrowe inwestycje na całym świecie napawa optymizmem, że udział naszych firm przy budowie małych czy dużych reaktorów już nie w Indiach czy Finlandii, ale u nas w kraju, będzie znaczący.

Artykuł został opublikowany w 34/2022 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0

Czytaj także