Nieczęsto wyjeżdżam z Warszawy samochodem. Nie lubię mrowienia w kręgosłupie i uczucia, że głębokie koleiny, w które wpadam raz po raz, zmieniają mój samochód w pojazd szynowy.
Nie lubię też podejrzenia graniczącego z pewnością, że cztery samochody próbujące zmieścić się obok siebie na dwóch pasach ruchu, to nie ułańska fantazja, tylko najzwyklejsza w świecie próba morderstwa z premedytacją, ani też poczucia frustracji wynikającego z tego, że panowie z "suszarką" zatrzymują mnie za nadmierną prędkość na odcinku, który nadaje się do rozwinięcia szybkości 100 km/godz., ale na którym prawem kaduka obowiązuje ograniczenie do 40 km/godz. Niedawno doszły jeszcze radary, które ustawiane są tak gęsto, że niedługo odmierzać będą kolejne mijane kilometry lepiej niż tradycyjne słupki kilometrowe.
Mojej determinacji do niewychylania się poza rogatki miasta nie zmieniały do niedawna nawet prasowe fanfary związane z otwarciem nowych odcinków autostrad. Błąd! Podróż autostradą do Poznania w poszukiwaniu sylwestrowych szaleństw okazała się... przyjemna. Dwa pasy po każdej stronie, rozsądne ograniczenie prędkości do 140 km/godz... i dojechałem na miejsce w stanie psychicznym umożliwiającym podjęcie wyzwań związanych z noworoczną zabawą. Pomyślałem sobie: co to będzie za rok - rok przełamywania starych uprzedzeń i doznawania nowych wrażeń. Precz z czarnowidztwem różnej maści narzekaczy.
Drugi błąd! Powinienem pamiętać słowa Raymonda Arona, który uważał optymizm za wynik intelektualnej pomyłki. Pierwszy sygnał ostrzegawczy otrzymałem jeszcze przy wyjeździe z Warszawy, kiedy to moje urządzenie GPS zdecydowanie odradzało mi wjazd na autostradę, jako... nieistniejącą. Urządzenie miało rację - tyle, że ta racja była z lekka przeterminowana, albowiem zapomniałem dokonać okresowej aktualizacji oprogramowania. Polak potrafi, a wyzwanie nie było wielkie. Przyjaciele wyjechali dwie godziny wcześniej, a komórki tym razem udało mi się nie zapomnieć. Po kilku minutach wiedziałem już zatem, gdzie zjechać z autostrady i jak jechać dalej, aby dotrzeć na miejsce zanim wystrzelą korki od szampana.
Po udanej noworocznej zabawie w drogę powrotną wyjechaliśmy jako pierwsi. Kolejny błąd polegał na tym, że zdecydowaliśmy się wracać inną drogą chcąc zahaczyć o osobliwy, 36 metrowy pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie. Autostrada przebiega tuż obok, zakładaliśmy więc, że z odnalezieniem wjazdu nie powinno być problemu, nawet bez poprawnie działającego GPS-u. Błąd numer cztery. Za wyjątkiem imponującej zaiste figury, żadnych innych znaków nie udało nam się odnaleźć. Plus był taki, że po pół godzinie zwiedzania okolicznych dróg dość dobrze zapoznaliśmy się z topografią okolic, co może okazać się pomocne przy następnej wizycie w okolicy.
Koniec końców, metodą prób i błędów znaleźliśmy jeden, niewielkich co prawda rozmiarów znak wskazujący skręt na naszą autostradę. Dla niepoznaki umieszczono go na ścianie domu, pomiędzy dwoma jaskrawymi reklamami. Pewnie, dlatego aby pokarać za lenistwo wszystkich tych, którzy nie aktualizują w porę oprogramowania swoich GPS-ów. Nie bez powodu mówi się przecież, że edukacja jest elementem niezbędnym dla sprawnego przeprowadzenia procesu cyfryzacji kraju.
Reszta podróży, minęła w zasadzie bez historii i po powrocie mieliśmy chwilę na refleksję. Stwierdzenie, że w dzisiejszych czasach bardzo szybko uzależniamy się od nowoczesnej technologii i bywamy bezradni tam gdzie technologia ta zawodzi nie jest może specjalnie odkrywcze, ale z pewnością stawać się będzie coraz bardziej aktualne. Bo technologii w naszych życiu przybywać będzie w tempie wykładniczym, a przemysł motoryzacyjny nie będzie stanowić wyjątku.
Ogłoszona niedawno współpraca pomiędzy koncernami Google i Kia, w zakresie integracji „Google Maps” oraz „Google Places” w samochodach tej ostatniej firmy, już w I kwartale bieżącego roku zaowocuje wyposażeniem modelu Kia 2014 Sorento w rozwiązanie nawigacyjne sterowane głosem kierowcy, w pełni zintegrowane z systemem infotainmentu oferowanego przez Kia. To kolejna po kontrakcie z Audi i udostępnieniu tej firmie rozwiązania „Google Earth” próba Google aktywnego wejścia do sektora, który jeszcze do niedawna wydawał się zupełnie niepodatny na integracje z rozwiązaniami sieciowymi. Google pracuje też bardzo aktywnie nad pojazdami autonomicznymi, w których kierowcy będą zbędni, albo ich rola ograniczy się do „przejmowania sterów” jedynie w określonych sytuacjach, tak jak to już teraz ma miejsce w przypadku samolotów pasażerskich.
W kraju, w którym problemem jest właściwe oznakowanie wjazdu na autostradę, może to brzmieć jak czysta fantastyka, ale zaangażowanie w ten projekt takich ludzi jak profesor Sebastian Thrun z Uniwersytetu Stanford, który w samochodach autonomicznych widzi szansę na ożywienie amerykańskiego przemysłu samochodowego, każe się poważnie zastanowić nad przytaczanymi przezeń argumentami. To właśnie w Stanach Zjednoczonych każdego roku w wypadkach samochodowych ginie ponad 40 tysięcy osób. Doprowadzenie do sytuacji, w której samochód wyposażony byłby wyłącznie w urządzenie zapobiegające niekontrolowanemu przekroczeniu pasa ruchu, mogłoby doprowadzić do zmniejszenia tej liczby o 4 tysiące.
Choć zatem na prawdziwe samochody autonomiczne przyjdzie nam zapewne poczekać 10-20 lat, to rozwiązania pozwalające na poprawę bezpieczeństwa i komfortu jazdy związane z wykorzystaniem zasobów w sieci, będą pojawiać się coraz częściej podobnie, jak coraz częściej pojawiać się będą pytania o granice prywatności związane z wykorzystywaniem informacji dotyczących tras naszych podróży, tego gdzie się zatrzymujemy czy też, z jaką prędkością jedziemy.
Póki co, każdemu ruszającemu w drogę polecam sprawdzenie aktualizacji w oprogramowaniu GPS-u, a wyjątkowo przezornym zakup aktualnego atlasu drogowego. Ja już kupiłem. Na właściwe oznakowanie wjazdów na nasze autostrady przyjdzie nam czekać pewnie krócej niż 10 lat, ale pomimo noworocznej euforii, nie byłbym pewien czy atlas ten nie przyda się mi w trakcie kolejnej sylwestrowej eskapady.
Mojej determinacji do niewychylania się poza rogatki miasta nie zmieniały do niedawna nawet prasowe fanfary związane z otwarciem nowych odcinków autostrad. Błąd! Podróż autostradą do Poznania w poszukiwaniu sylwestrowych szaleństw okazała się... przyjemna. Dwa pasy po każdej stronie, rozsądne ograniczenie prędkości do 140 km/godz... i dojechałem na miejsce w stanie psychicznym umożliwiającym podjęcie wyzwań związanych z noworoczną zabawą. Pomyślałem sobie: co to będzie za rok - rok przełamywania starych uprzedzeń i doznawania nowych wrażeń. Precz z czarnowidztwem różnej maści narzekaczy.
Drugi błąd! Powinienem pamiętać słowa Raymonda Arona, który uważał optymizm za wynik intelektualnej pomyłki. Pierwszy sygnał ostrzegawczy otrzymałem jeszcze przy wyjeździe z Warszawy, kiedy to moje urządzenie GPS zdecydowanie odradzało mi wjazd na autostradę, jako... nieistniejącą. Urządzenie miało rację - tyle, że ta racja była z lekka przeterminowana, albowiem zapomniałem dokonać okresowej aktualizacji oprogramowania. Polak potrafi, a wyzwanie nie było wielkie. Przyjaciele wyjechali dwie godziny wcześniej, a komórki tym razem udało mi się nie zapomnieć. Po kilku minutach wiedziałem już zatem, gdzie zjechać z autostrady i jak jechać dalej, aby dotrzeć na miejsce zanim wystrzelą korki od szampana.
Po udanej noworocznej zabawie w drogę powrotną wyjechaliśmy jako pierwsi. Kolejny błąd polegał na tym, że zdecydowaliśmy się wracać inną drogą chcąc zahaczyć o osobliwy, 36 metrowy pomnik Chrystusa Króla w Świebodzinie. Autostrada przebiega tuż obok, zakładaliśmy więc, że z odnalezieniem wjazdu nie powinno być problemu, nawet bez poprawnie działającego GPS-u. Błąd numer cztery. Za wyjątkiem imponującej zaiste figury, żadnych innych znaków nie udało nam się odnaleźć. Plus był taki, że po pół godzinie zwiedzania okolicznych dróg dość dobrze zapoznaliśmy się z topografią okolic, co może okazać się pomocne przy następnej wizycie w okolicy.
Koniec końców, metodą prób i błędów znaleźliśmy jeden, niewielkich co prawda rozmiarów znak wskazujący skręt na naszą autostradę. Dla niepoznaki umieszczono go na ścianie domu, pomiędzy dwoma jaskrawymi reklamami. Pewnie, dlatego aby pokarać za lenistwo wszystkich tych, którzy nie aktualizują w porę oprogramowania swoich GPS-ów. Nie bez powodu mówi się przecież, że edukacja jest elementem niezbędnym dla sprawnego przeprowadzenia procesu cyfryzacji kraju.
Reszta podróży, minęła w zasadzie bez historii i po powrocie mieliśmy chwilę na refleksję. Stwierdzenie, że w dzisiejszych czasach bardzo szybko uzależniamy się od nowoczesnej technologii i bywamy bezradni tam gdzie technologia ta zawodzi nie jest może specjalnie odkrywcze, ale z pewnością stawać się będzie coraz bardziej aktualne. Bo technologii w naszych życiu przybywać będzie w tempie wykładniczym, a przemysł motoryzacyjny nie będzie stanowić wyjątku.
Ogłoszona niedawno współpraca pomiędzy koncernami Google i Kia, w zakresie integracji „Google Maps” oraz „Google Places” w samochodach tej ostatniej firmy, już w I kwartale bieżącego roku zaowocuje wyposażeniem modelu Kia 2014 Sorento w rozwiązanie nawigacyjne sterowane głosem kierowcy, w pełni zintegrowane z systemem infotainmentu oferowanego przez Kia. To kolejna po kontrakcie z Audi i udostępnieniu tej firmie rozwiązania „Google Earth” próba Google aktywnego wejścia do sektora, który jeszcze do niedawna wydawał się zupełnie niepodatny na integracje z rozwiązaniami sieciowymi. Google pracuje też bardzo aktywnie nad pojazdami autonomicznymi, w których kierowcy będą zbędni, albo ich rola ograniczy się do „przejmowania sterów” jedynie w określonych sytuacjach, tak jak to już teraz ma miejsce w przypadku samolotów pasażerskich.
W kraju, w którym problemem jest właściwe oznakowanie wjazdu na autostradę, może to brzmieć jak czysta fantastyka, ale zaangażowanie w ten projekt takich ludzi jak profesor Sebastian Thrun z Uniwersytetu Stanford, który w samochodach autonomicznych widzi szansę na ożywienie amerykańskiego przemysłu samochodowego, każe się poważnie zastanowić nad przytaczanymi przezeń argumentami. To właśnie w Stanach Zjednoczonych każdego roku w wypadkach samochodowych ginie ponad 40 tysięcy osób. Doprowadzenie do sytuacji, w której samochód wyposażony byłby wyłącznie w urządzenie zapobiegające niekontrolowanemu przekroczeniu pasa ruchu, mogłoby doprowadzić do zmniejszenia tej liczby o 4 tysiące.
Choć zatem na prawdziwe samochody autonomiczne przyjdzie nam zapewne poczekać 10-20 lat, to rozwiązania pozwalające na poprawę bezpieczeństwa i komfortu jazdy związane z wykorzystaniem zasobów w sieci, będą pojawiać się coraz częściej podobnie, jak coraz częściej pojawiać się będą pytania o granice prywatności związane z wykorzystywaniem informacji dotyczących tras naszych podróży, tego gdzie się zatrzymujemy czy też, z jaką prędkością jedziemy.
Póki co, każdemu ruszającemu w drogę polecam sprawdzenie aktualizacji w oprogramowaniu GPS-u, a wyjątkowo przezornym zakup aktualnego atlasu drogowego. Ja już kupiłem. Na właściwe oznakowanie wjazdów na nasze autostrady przyjdzie nam czekać pewnie krócej niż 10 lat, ale pomimo noworocznej euforii, nie byłbym pewien czy atlas ten nie przyda się mi w trakcie kolejnej sylwestrowej eskapady.