Tribeca '16 - Wolves

Tribeca '16 - Wolves

Dodano:   /  Zmieniono: 
Tribeca '16 - Wolves
Tribeca '16 - Wolves / Źródło: Process Media
„Wolves” Barta Freundlicha jest niezwykle emocjonującą historią młodego chłopaka, który musi wyjść z cienia ojca i zacząć samodzielnie decydować o swoim życiu.

„Wolves” to jeden z najciekawszych filmów festiwalu, pięknie stawiający akcenty interesującej historii. Oto poznajemy Anthony’ego (dobry, wyrazisty, choć małomówny Taylor John Smith), kapitana drużyny koszykówki, który może ubiegać się o stypednium w wymarzonej szkole. Przeszkodą jest jednak zbyt dobry charakter bohatera. Wydaje się, że Anthony jest zbyt dobrym przyjacielem, członkiem drużyny, który chce pomóc rozbłysnąć innym, a nie przejąć całą chwałę dla siebie, by w pełni podjąć krok, który wybije go na piedestał Gwiazd sportu. Drugim, nawet większym problemem jest uzależniony od hazardu ojciec (dobry Michael Shannon), który nie wiedząc, kiedy przestać grać, może stłamsić marzenia syna, nim te na dobre rozkwitną.

Amerykanie potrafią robić filmy o sporcie. Jest coś niezwykle interesującego w ich podejściu do pokazywania emocji związanych ze sportami zbiorowymi, co sprawia, że widz nie może robić nic innego, jak kibicować bohaterom w ich dążeniu do zwycięstwa. Najlepsze w „Wolves” jest natomiast to, że wątek koszykówki jest ściśle związany z wątkami z życia prywatnego głównego bohatera. Jego decyzje na boisku mają bezpośrednie przełożenie na to, co dzieje się w domu. Ten splot sprawia, że „Wolves” to nie tylko opowieść o drodze do zwycięstwa, ale także, (a może przede wszystkim) historia opowiadająca o dorastaniu, podejmowaniu własnych decyzji i radzeniem sobie z konsekwencjami (nie tylko) swoich czynów oraz umiejętności odnajdywania się w nowych sytuacjach i lądowania na własnych nogach. Końcowe sceny podbijają poziom dzieła na najwyższe obroty, sprawiając, że widz naprawdę siedzi na brzegu swojego siedzenia, a intryga jest tak skrzętnie poprowadzona, że choć widz przeżywa swoiste katharsis, nie może pozbyć się wrażenia, że oto obejrzał słodko-gorzki koniec. Splecenie znaczeń ukrytych, kryjących się pod fasadą gorącego finału, jest wyjątkowo silnie, a dzięki świetnej budowie historii też w pełni zrozumiałe.

Swoim stylem i sposobem prowadzenia historii, samych bohaterów oraz faktem mocnego zaczepienia w prawdziwym Nowym Jorku, obraz przypomina znakomite „Szukając siebie” Gusa Van Santa. Oba obrazy operują podobną optyką patrzenia na rzeczywistość i wciągania widza głęboko do swojego świata. Obu towarzyszą podobnie wzniosłe emocje, wynikające z kibicowania bohaterom w podjęciu właściwych decyzji. Dodać do tego należy, że „Wolves” to obraz świetnie napisany. W połowie filmu pojawia się wyśmienity cytat, który jest niczym credo całej opowieści. „Nie bądź jak liść na wietrze, dający się porwać w dowolną stronę. Bądź niczym żagiel, steruj wiatrem tam gdzie chcesz”.

„Wolves” to obraz niezwykle świadomy, przemyślany, gdzie każda scena jest ważną częścią emocjonującej układanki. Każdy element znajduje się na właściwym miejscu, tworząć piękną mozaikę znaczeń. Na pokazie filmu dało się odczuć zbiorowe emocje oraz pewną podniosłość chwili. Emocje te można wręcz przyrównać do tych, które towarzyszą najważniejszym meczom o mistrzostwo ulubionej drużyny. „Wolves” to zdecydowanie pierwszoligowe Kino, dlatego mam szczerą nadzieję, że obraz jak najszybciej trafi do szerokiej dystrybucji. Zdecydowanie jest tego wart!

Ocena: 8/10


Czytaj także

 0

Czytaj także