Free Fire - TIFF '16

Free Fire - TIFF '16

Dodano:   /  Zmieniono: 
Free Fire (2016)
Free Fire (2016) / Źródło: Protagonist Pictures
„Free Fire” Bena Wheatleya to najlepszy film pierwszego dnia festiwalu. Świetna wariacja na temat bójki w klubie, która wymyka się spod kontroli.

W pierwszych scenach poznajemy bohaterów, gdy Ci siedzą w samochodzie pod hangarem, w którym rozegra się cała akcja filmu. Sposób ich zachowania, luz i poczucie humoru od razu zjednują im sympatię widza, dzięki czemu z jeszcze większym zaangażowaniem będziemy śledzić ich poczynania.

Bohaterowie po chwili spotkają bowiem swoich kontrahentów, z którymi udadzą się do hangaru. Tam ma dojść do transakcji - pieniądze za broń - broń za pieniądze. Wszystko będzie iść po myśli obu zaangażowanych stron. Aż do chwili, gdy wyjdzie na jaw pewna problematyczna sprawa z przeszłości i dojdzie do burzliwej sprzeczki. Od słowa do słowa, od popchnięcia do kopniaka, ręce szybko sięgną po broń i rozpocznie się piękny taniec kul, a łuski po nabojach padać będą na ziemię niczym woda z rozpędzonego wodospadu. Wszystko to okraszone humorystycznymi uwagami, wzajemnymi przytykami, czy spostrzeżeniami natury ogólnej, wypowiadanymi z prędkością karabinu maszynowego (nomen omen) przez wszystkich bohaterów. Ci są na tyle wyraziści, specyficzni i umiejący przykuć uwagę, że nie sposób nie kibicować im w ich poczynaniach. Najlepsze w tym wszystkim jest zaś to, że przez to, że bohaterowie co chwile zmieniają swoje grupowe afiliacje, nigdy w pełni nie wiemy co za chwilę może wydarzyć się na ekranie. Siedzimy więc na brzegu siedzenia przez niemal cały czas trwania seansu.

Ogromna w tym zasługa ciekawej choreografii walk, dobrze napisanych dialogów, a przede wszystkim wyrazistych i godnych zapamiętania postaci. Cała obsada (m.in Cillian Murphy, Brie Larson, Armie Hammer, Sharlto Coopley, Sam Riley, Michael Smiley, czy Jack Raynor) błyszczy na ekranie. Każdy jest równoprawnym członkiem ekipy i każdy egalitarnie dostaje swoje pięć minut. Tym samym bitwa o zwycięstwo (i przeżycie) toczy się nie tylko między bohaterami, ale i aktorami, którzy się w nich wcielają. Będąc tak równomiernie rozpisani, aktorzy muszą wykazać się nie lada umiejętnościami, aby przyćmić pozostałych. To zaś sprawia, że każdy z nich jest w szczytowej formie. Dzięki temu występy wszystkich członków obsady ogląda się z nieskrywanym zainteresowaniem.

Podczas sesji pytań i odpowiedzi po premierowym seansie filmu, reżyser zdradził, że: „chciał pokazać film akcji, z rozwałką, pościgami samochodowymi i wszystkimi innymi elementami, które wypełniają tego rodzaju obrazy, tyle że w mikroskali”. Zamykając akcję w jednej hali, dodając wybuchowych bohaterów i faszerując hangar horrendalną ilością broni, czyni właśnie to. Wheatley stworzył rozpędzone kino akcji, które korzysta ze wszystkich elementów gatunku, w autorski sposób je komentując.

Dzięki temu „Free Fire” to film bezkompromisowy, co chwila przyciskający pedał szaleństwa.  Wiele tu zwrotów akcji, a kolejne szalone inscenizacyjne pomysły reżysera pozytywnie zaskakują. Przemoc jest tutaj postawiona w nawias, groteskowa, dzięki czemu wywołuje salwy śmiechu. Tylko momentami dostajemy nadmierny naturalizm, który tak bardzo mnie odrzucił, gdy przed laty oglądałem „Turystów”. W większości wypadków sceny strzelanin wkładają nam uśmiech na usta. Jest ich tak dużo, że odgłos strzałów z różnorodnego kalibru broni będzie dźwięczeć nam w uszach na wiele godzin po seansie. Tarantino byłby dumny!

Ocena: 7,5/10


Czytaj także

 0

Czytaj także