Młodzieży sposób na nudę

Młodzieży sposób na nudę

Dodano:   /  Zmieniono: 
Bang Gang / Une histoire d'amour moderne (2015)
Bang Gang / Une histoire d'amour moderne (2015) / Źródło: M2Films
Nie pochodzą z patologicznych rodzin. Nie klepią biedy. Nie doskwierają im choroby ani samotność. Życie obchodzi się z nimi łaskawie, a jednak robią wszystko, by je sobie uprzykrzyć. Wewnętrzną pustkę zagłuszają w możliwie najgłupsze sposoby. Co siedzi w głowach współczesnych, dobrze sytuowanych nastolatków? Z odpowiedzią śpieszy kino.

Status kultowego filmu o młodzieży uzyskały „Dzieciaki” Larry’ego Clarka z roku 1995. Choć od premiery minęło już ponad dwadzieścia lat, debiut Amerykanina nie stracił na aktualności. Po premierze na festiwalu Sundance reżyser musiał odpierać mniej lub bardziej absurdalne zarzuty – od rzekomego wprowadzenia nastoletnich aktorów w stan hipnozy po wojeryzm i akceptację pedofilii. Ten odmalowany w ciemnych barwach portret nowojorskich nastolatków zakłuł widzów niezwykle mocno. Okazało się bowiem, że zainteresowania bohaterów sprowadzają się do czterech kategorii: seksu, narkotyków, alkoholu i deskorolki. Nie dość, że uważają bezmyślną kopulację za sens życia, to ich pojęcie o chorobach wenerycznych i antykoncepcji równa się zeru. Telly wierzy, że nie ma nic bezpieczniejszego od seksu z dziewicą i ostrzy zęby na coraz to młodsze koleżanki. Nie podejrzewa, że sam jest nosicielem wirusa HIV, a tym samym nieświadomie nakręca spiralę śmierci. Siła rażenia „Dzieciaków” wynika z dokumentalnego zacięcia Clarka, który do projektu zaangażował naturszczyków i debiutantów (Chloë Sevigny, Rosario Dawson). Pomocy przy pisaniu scenariusza udzielił mu zaś 22-letni wówczas Harmony Korine, przyszły autor „Skrawków” i „Spring Breakers”. Wspólnie stworzyli dramat, którego wartość polega na bezceremonialnej szczerości.  

Jeśli coś zmieniło się przez ostatnie lata, to jest to znieczulenie opinii publicznej na obcesowość w kinie. Tegoroczna premiera francuskiego filmu „Bang Gang” Evy Husson przeszła bez większego echa, choć pod względem zepsucia jego bohaterowie nie ustępują wiele „Dzieciakom”. Na jednej z zakrapianych imprez George, kierowana chęcią zemsty na chłopaku, inicjuje orgię. Jej rówieśnicy zachowują się tak, jakby tylko czekali na tę propozycję i bez chwili zawahania zaczynają naśladować to, co widzieli na filmach pornograficznych (wyświetlanych zresztą w pokoju za pomocą projektora). Zabawę powtarzają tak długo, aż wstrzyma ich plaga chorób wenerycznych. O ile obraz Clarka można traktować jako produkcję „ku przestrodze”, to Husson żywi do swoich bohaterów niezdrową sympatię. Nieodpowiedzialne i niemoralne postępowanie postaci zrzuca ona na karb górnej i durnej młodości. Gdzieś w tle migocze wniosek, jakoby za tą degrengoladą stał Internet, powszechny dostęp do pornografii oraz łatwość współtworzenia takowych treści. Reżyserka stara się utrzymać „Bang Gang” w beztroskiej tonacji (w czym pomaga „instagramowa” kolorystyka oraz indiepopowa ścieżka dźwiękowa), lecz bezrefleksyjność portretowanej przez nią młodzieży bywa druzgocząca.      

O zgubnym wpływie Internetu opowiedziała także Sofia Coppola w „Bling Ringu” z 2013 roku. Jak to mówią – jeśli nie chodzi o seks, chodzi o pieniądze. W tym przypadku są one synonimem luksusu, ten zaś atrybutem celebryty. Bohaterowie filmu zrobią wszystko, by zbliżyć się do swoich idolek: Lindsay Lohan, Paris Hilton czy Rachel Bilson. Zaczyna się niewinnie, od wizyt w tych samych klubach. Z czasem nastolatkowie idą o krok dalej i wszczynają serię włamań do domów gwiazd. Choć nie gardzą znalezionymi tam plikami banknotów, to większej podniety zdaje się im dostarczać samo doświadczenie „high life’u”. Marzenie o sławie udaje im się spełnić całkiem niechcący, gdy dochodzi do rozprawy sądowej, a sprawa rabunków trafia na usta całej Ameryki. Z jednej strony Coppola inteligentnie krytykuje portale plotkarskie i prasę brukową, z drugiej wskazuje na chorobliwą fascynację Amerykanów (głównie młodych, choć nie tylko) zgnilizną show-businessu. Co zatrważające, dla granej przez Emmę Watson Nicki areszt odbyty cela w celę z Lindsay Lohan ma wymiar nagrody, nie kary.

Inaczej motywy Internetu i młodzieży ograł Jeppe Rønde, reżyser zeszłorocznych „Tajemnic z Bridgend”. Scenariusz filmu opiera się na autentycznych wydarzeniach, jakie do tej pory mają miejsce w małym walijskim miasteczku. Mowa o samobójstwach, dokładniej powieszeniach, dokonanych tu na przestrzeni lat przez dziesiątki młodych ludzi. Owa czarna seria budzi grozę nie tylko statystykami, lecz także swą niewytłumaczalnością. Duński twórca nie stara się rozwiązać tej zagadki – wręcz przeciwnie, unosi ramiona w geście bezradności i rzuca kilka równorzędnych tropów, przy czym żaden nie wydaje się wystarczająco przekonujący. Nie bez znaczenia w „Tajemnicach Bridgend” jest na pewno chat, na którym porozumiewają się przyszli samobójcy. Być może to Internet popycha nastolatków do desperackiego kroku. Wedle kolejnej hipotezy młodzież zamieszkująca Bridgend to tak naprawdę sekta wyznająca… no właśnie, co? Nienawiść do rodziców? Tego nie wiemy. Bohaterowie widzą w samobójstwie pewnego rodzaju misję, od której nie ma odwrotu. Wtajemniczenie w plany grupy wymusza na każdym przybyszu nie tylko milczenie, ale też konieczność udziału w „misterium”. W przeciwieństwie do bohaterów „Dzieciaków” czy „Bang Gangu”, postaci wykreowane przez Røndego dążą do autodestrukcji w sposób całkowicie świadomy.

Najostrzej młode pokolenie skrytykował wspomniany już Harmony Korine. Kluczem do odczytania jego „Spring Breakers” wydaje się postać Britney Spears, przywołana tu zresztą w soundtracku. Wychowane na MTV i grach komputerowych Candy, Cotty, Faith i Brit (!) wyjeżdżają na Florydę, by na dzikich imprezach roztrwonić ukradzione wcześniej pieniądze. Nastolatki nie tylko fizycznie przypominają piosenkarkę (z wyjątkiem granej przez Selenę Gomez Faith, która od początku nie pasuje do swoich koleżanek) i śpiewają jej utwory, ale tak jak ona łączą w sobie infantylność oraz perwersyjny erotyzm. Znieczulenie na przemoc to trzeci, ostatni składnik wybuchowej mieszanki, który pozwala im całkowicie pozbyć się jakichkolwiek skrupułów. „Wyobraź sobie, że to gra”, mówią na początku, a słowa te pobrzmiewają przez cały film. Korine dokonuje błyskotliwej i niedosłownej, bo zawoalowanej siateczką kiczu obserwacji dotyczącej wpływu mediów na młode umysły. Oryginalność reżysera polega na tym, że użył do tego środków, którymi popkultura przemawia: nie tylko zaangażował do współpracy gwiazdki Disneya, ale zrealizował film w konwencji teledysku. „Spring Breakers” jest jak zadra pod paznokciem i właśnie na tym polega jego siła – nie można zignorować ultrafioletu, którym błyszczy, nawet jeśli bolą nas od niego oczy.

Współczesne kino nie zostawia na młodzieży suchej nitki. Podatni na wpływy młodzi ludzie łykają wszystko, co podrzucą im mass media. Spalają się w swoich żądzach i mniej lub bardziej świadomie dążą do autodestrukcji. Całe szczęście to tylko jedna strona medalu – drugą tworzą produkcje pokroju „Mojej łodzi podwodnej”, „Królów życia” czy „Restless”, gdzie w cenie nadal pozostaje wrażliwość. To już jednak odrębna historia. 

Czytaj także

 0

Czytaj także