Najlepsze Role Josepha Gordona-Levitta

Najlepsze Role Josepha Gordona-Levitta

Dodano:   /  Zmieniono: 
kadr z filmu "Snowden" (2016)
kadr z filmu "Snowden" (2016)
Joseph Gordon-Levitt jest aktorem, którego kojarzymy przede wszystkim z rolami charyzmatycznych młodzieńców na skraju dojrzałości, którym życiu pisało najdziwniejsze scenariusze. Czy to w oryginalnych „500 dniach miłości”, drugoplanowej roli w „Incepcji” i pamiętnej scenie z kręcącym się pokojem hotelowym czy to w „Pół na pół” bądź w „Mroczny Rycerzu powstaje” – jego kreacje zawsze zapadają w pamięć.

„Don Jon”, reż. Joseph Gordon-Levitt

Kalifornijczyk w wieku 32 lat postanowił chwycić nieco pewniej za stery swojej kariery i wyreżyserował (według swojego scenariusza) pierwszy pełnometrażowy film fabularny o wdzięcznym tytule „Don Jon”. Obraz jest esencją jego obserwacji współczesnej rzeczywistości oraz dynamiki relacji męsko-damskich, przez co tak przekonująco wyszło mu zagranie głównego bohatera, będącego uzależnionym od filmów pornograficznych. Tytułowy Don Jon to modny osiłek, dla którego wieczór z dziewczyną jest równie ważny co wybór odpowiedniego żelu do włosów i zwisający z szyi złoty łańcuszek. Ta na poły, zupełnie fantazyjna postać a jednak mająca korzenie w dzisiejszych zachowaniach społecznych stała się polem do przeprowadzenia lekkiego ale i elokwentnego studium do zbadania współczesnych perwersji i uzależnień. Levitt zdecydowanie dobrze się bawił, wchodząc jednocześnie w buty reżysera jak i samemu stając za kamerą, co zaowocowało świeżym i zabawnym filmem, w którym pomimo niezwykle wyrazistej kreacji Scarlett Johansson, to jednak Levitt zdominował obraz. [Jan Stąpor]

„50/50”, reż. Jonathan Levine

Adam to  27 letni zwyczajny mężczyzna. Z powodu pozornie błahego bólu pleców udaje się do lekarza. Tam dowiaduje się, że… ma raka. Nie jest to jednak zwykły rak, bo jak pocieszył go lekarz – jest to interesujący guz który powstał w wyniku rzadkiej mutacji genów, w chromosomie 17. „50/50” to niezwykle prawdziwie opowiedziana historia walki z chorobą. Ma w sobie ogromne ciepło i humor, tryskając jednocześnie niezwykłą autentycznością i życiem. Jonathatn Levine (reżyseria) postarał się abyśmy dostali tutaj inne spojrzenie na historię choroby - skupił się raczej na żartach podczas chemioterapii niż na łzach rozpaczy. Bo kiedy cały świat zaczyna płakać na widok biednego, chorego Adama, a koledzy w pracy w milczeniu kiwają głowami - to on sam przyznaje że nigdy nie był jeszcze tak spokojny. Poza niezwykle zabawnymi momentami zapadają w pamięć odważne sceny z udziałem Gordona - Levitta. Jego relacja z rodzicami czy fragmenty kiedy stojąc przed lustrem w towarzystwie przyjaciela goli głowę, robią największe wrażenie. Równie udane są sceny w gabinecie lekko kujonowatej i nieporadnej pani psycholog (Anna Kendrick). Wszystkie one świetnie wypełniają pełen małych absurdów świat bohatera. [Anna Pawluczuk]

Snowden, reż. Oliver Stone

Mieszanka kina sensacyjnego i historii biograficznej, za oś historii wykorzystująca zresztą proces kręcenia filmu dokumentalnego o Edwardzie Snowdenie, to dzieło przykuwającego uwagę już od pierwszych scen. Wielka w tym zasługa głównego aktora, gdyż kreacja Josepha Gordona-Levitta jest tak wyważona, przemyślana i zniuansowana, że spokojnie niesie cały film na swoich barkach. Maniera zachowania, tembr głosu, niezwykle wyważona mimika twarzy oraz niezwykle żywe oczy, które zdradzają wszelkie wewnętrzne rozterki bohatera, sprawiają, że Joseph nie tylko przykuwa wzrok widza do ekranu, ale i rzeczywiście staje się Edwardem Snowdenem. Jego kreacja jest bowiem tak dobra, że nawet rodzina prawdziwego Edwarda miała kłopoty z rozróżnieniem obu mężczyzn, gdy rozmawiała z nim przez telefon. [Michał Kaczoń]

„Człowiek na linie”, reż. Robert Zemeckis

Robert Zemeckis nie odchodzi od dokumentalnego sposobu opowiadania, a dysponując archiwalnymi nagraniami dostarcza Josephowi Gordonowi-Levittowi kopalnię materiału. Aktor staje się przewodnikiem po świecie Petita, który stojąc na Statui Wolności jest ucieleśnieniem jej idei. Francuski linoskoczek miał umiłowanie do ryzyka, do przekraczania granic i robienia rzeczy niemożliwych. Jako jedynemu na świecie udało mu się przejść na linie rozciągniętej pomiędzy dachami wież World Trade Center. Gordon-Levitt, idąc za swoim bohaterem, nie uznaje ograniczeń. Jego aktorstwo opiera się na stawaniu się daną postacią tak, że niemal trudno zauważyć różnice od oryginału. Ćwiczy każdy gest czy minę, ale pozostaje w bezpiecznej strefie, bez przerysowań i karykatury.  Jego Petit jest pełen determinacji i nutki szaleństwa. Brawura miesza się z wyważeniem. I choć film jest hollywoodzkim popisem efektów specjalnych oraz wyobraźni, to szalona twarz Gordona-Levitta całkowicie odciąga uwagę od technicznych i fabularnych niedociągnięć. Udało mu się stworzyć show, dzięki czemu skutecznie wciąga widza w świat realizowania marzeń za wszelką cenę. [Małgorzata Czop]

„500 dni miłości”, reż. Marc Webb

Zdecydowanie jedna z najlepszych komedii romantycznych ostatnich lat. Pełna życia, zabawna, sympatyczna i naśmiewająca się z konwencji (którą sama, oczywiście realizuje). Do tego z kilkoma naprawdę znakomitymi pomysłami, jak chociażby podzielenie ekranu na dwie części i pokazanie tych samych wydarzeń na imprezie pod kątem wyobrażeń bohatera oraz rzeczywistości. (Co oczywiście jest nawiązaniem do „Annie Hall” Woody’ego Allena – podobieństw jest zresztą więcej). No i jest tu świetna rola Jospeha Gordona-Levitta, którego energia wprost rozsadza ekran. Najlepiej widać to w scenie wędrówki przez miasto i tańca z przechodniami. Nie da się nie lubić Toma Hansena i nie przejmować jego losami. Razem z Zooey Deschanel stworzyli zapadającą w pamięć ekranową parę, do której losów chce się wracać. [Jędrzej Dudkiewicz]

ZapiszZapisz

Czytaj także

 0

Czytaj także