Kalifornia - rozmowa z Mariną Person

Kalifornia - rozmowa z Mariną Person

Marina Person
Marina Person / Źródło: Youtube
Marina Person zaczynała karierę w brazylijskiej MTV, gdzie puszczała klipy modnych aktualnie kapel. Sama jednak wolała słuchać The Cure, Iggy’ego Popa i Davida Bowie, a także myśleć o swojej – najlepiej filmowej – przyszłości. W końcu w ubiegłym roku zrealizowała fabularny debiut, będący intrygującą mieszanką poważnych tematów, znakomitego „coming-of-age drama” i fenomenalnej muzyki, która piękną klamrą zamyka świetną historię. „Kalifornia” ma właśnie swoją polską premierę, po niezwykle udanym sezonie na licznych festiwalach filmowych na całym świecie, a Marina Person opowiada o dorastaniu, trudnej historii Brazylii i zazdrosnych dziewczynach aktorów.

Magdalena Maksimiuk: „Kalifornia” jest osadzona w trudnych dla Brazylii czasach, w tle umieściłaś walkę o demokratyczne wybory. Na pierwszym planie natomiast – małe dramaty dziewczyny wchodzącej w dorosłość.

Marina Person: Bezpośrednią inspiracją do powstania tego filmu są moje własne wspomnienia z okresu dorastania. Mówimy o latach 80., konkretnie o 1984 r. To bardzo szczególna data z punktu widzenia historii Brazylii, która walczyła wtedy o powrót do demokracji. Od 20 lat była dyktaturą, krajem owładniętym protestami na ulicach, wszyscy desperacko chcieli wybrać demokratycznego prezydenta. Polityka miała ogromny wpływ na mnie i moich rówieśników, na każdego, kto żył wtedy w Brazylii, niezależnie od wieku. Stąd ten temat zajmuje tak ważne miejsce w „Kalifornii”. Drugi – to AIDS, z czym również chciałam się zmierzyć. Moje pokolenie było jednym z pierwszych, które wchodziło w dorosłość w czasie niekontrolowanego rozprzestrzeniania się wirusa HIV. Miłość zaczęto łączyć z chorobą i śmiercią. Ale w gruncie rzeczy „Kalifornia” nie jest ani o polityce, ani o AIDS. To historia dziewczyny w czasie, kiedy przestaje być dzieckiem i dojrzewa, ze wszystkimi zaletami i wadami tego stanu. Pokazuje też ściśle kobiecy punkt widzenia.

W jaki sposób “Kalifornia” różni się więc od innych filmów “coming of age”, które całkiem często pojawiają się na ekranach kin? 

Kiedy byłam nastolatką, byłam kompletnie zauroczona amerykańskim kinem. Uwielbiałam „Klub winowajców” Johna Hughesa i „Wyrzutków” Francisa F. Coppoli. „Kalifornia” trochę te filmy przypomina. Mam wrażenie, że bardzo wiele współczesnych obrazów dla młodzieży, szczególnie powstających w USA, w jakiś sposób z tych tytułów czerpie. Poza tym zawsze fascynowała mnie francuska Nowa Fala i twórczość François Truffaut. Chciałabym, aby widzowie utożsamiali mój film z tymi dwoma nurtami: z jednej strony amerykańskie kino popularne, a drugiej – europejskie klasyki dla koneserów.

Przyjęta przez mnie w filmie perspektywa zależy w dużej mierze od pochodzenia i wychowania. Mnie ukształtowało kino i muzyka, dlatego jest jej dużo w „Kalifornii”. Jako ścieżkę dźwiękową wybrałam po prostu swoje ulubione piosenki i na szczęście znalazły się one w filmie. Strona muzyczna tego przedsięwzięcia to spełnienie marzeń, świetnie oddaje ducha epoki i wyróżnia „Kalifornię”.

Nie było chyba najprościej zdobyć prawa do wykorzystania tych utworów? 

Rzeczywiście, to było prawdziwe piekło. Do tego niesamowicie drogie. Muszę od razu zaznaczyć, że „Kalifornię” kręciliśmy przy minimalnym budżecie. Jedyne, co mogłam zrobić, aby móc wykorzystać piosenki, które chciałam, to zaryzykować. Postanowiłam więc część pieniędzy przeznaczonych na post-produkcję wydać na muzykę właśnie. Stwierdziłam, że i tak niemożliwe byłoby całkowite odtworzenie ulic, samochodów, latarni ulicznych z epoki. Dlatego wszelkie zmiany scenerii i otoczenia zilustrowaliśmy muzyką, która najlepiej oddaje upływ czasu, podkreśla relacje między bohaterami i wydarzenia. Dzięki temu jednak nasz mały muzyczny projekt doszedł do skutku.

„Kalifornia” to film pełen ważnych tematów, nie tylko z punktu widzenia nastolatków. Jednak to, co usiłujesz przekazać nie brzmiałoby tak mocno i dobitnie, gdyby nie fenomenalni aktorzy, dzięki występom których wiele wątków zyskuje zupełnie nową głębię i niespotykaną energię.

Jako twórca filmowy staram się robić filmy, które sama bym chciała zobaczyć. Od zawsze najbardziej uważnie przyglądałam się aktorom, podziwiam ten zawód – powołanie. To coś absolutnie niezwykłego, móc swobodne przeistaczać się w kogoś zupełnie innego, fascynują mnie te przemiany. Przy „Kalifornii” moim priorytetem było uważne śledzenie ruchów aktorów, dlatego potrzebowałam najlepszych możliwych osób. Z odtwórcami głównych ról, z Clarą Gallo, Caio Horowiczem i Caio Blatem pracowało się fenomenalnie. Z obsadą każdego z tej trójki wiąże się określona historia. Caio Blat jest bardzo znany w Brazylii, więc nawet nie marzyłam, by go zatrudnić. Tak naprawdę szukałam kogoś podobnego do niego wizualnie, ale potem okazało się, że oryginał jest zainteresowany tą rolą, więc moje marzenie się spełniło. Naturalnie trochę trzeba było na niego czekać ze względu na konflikt grafików, ale było warto. Co do Clary – ona dźwiga na swoich barkach ogromny ciężar, jej postać jest obecna na ekranie przez długi czas, więc to również duża odpowiedzialność. Decydując o odtwórcach głównych ról musiałam też myśleć o tym, że ich postaci będą ewoluowały w ciągu trwania zdjęć. Scenariusz był tylko pewnym punktem wyjścia, startem, w którym nie wiedzieliśmy jeszcze, do czego nas to wszystko doprowadzi. Wydaje mi się, że ta właśnie niewiedza, czy gotowość na niespodzianki i zaskoczenia, wprowadza bardzo pożądany element ludzki i buduje napięcie i relacje między bohaterami. O to chodziło. Dlatego na przykład Estela (Clara Gallo) początkowo ma głęboką więź z własnym wujkiem i wcale nie myśli specjalnie o JM (Caio Horowicz). Choroba wujka (Caio Blat) paradoksalnie zbliża tych dwoje młodych do siebie i pozwala im się odnaleźć w codzienności. W tej konfiguracji choroba i polityka znajdują się na dalszym, choć bardzo ważnym, planie.

Jak udało ci się przekonać tych młodych aktorów do występów w odważnych scenach?

Cóż, rzeczywiście momentami trzeba ich było przekonywać do określonej sceny czy ujęcia. Z Clarą bardzo długo rozmawiałyśmy o co odważniejszych fragmentach, niezwykle zależało mi przede wszystkim na tym, żeby czuła się swobodnie. W „Kalifornii” jest szczególnie jeden bardzo śmiały moment. Wyjaśniłam Clarze i Caiowi, na czym to wszystko polega i co chcemy osiągnąć. W każdej chwili mogli się wycofać albo powiedzieć, że woleliby, żebyśmy coś nakręcili trochę inaczej. Ani razu jednak nie skorzystali z tej możliwości. Caio miał wtedy dziewczynę, i ona nie chciała, żeby jej chłopak całował inną, nawet w filmie. To też musieliśmy wziąć pod uwagę. Caio i Clara mieli oboje po 17 lat, kiedy ich obsadziliśmy, więc musieliśmy czekać aż skończą 18 lat. Pamiętam, jak często wymienialiśmy się mailami w czasie pre-produkcji i później, tyle oboje mieli wątpliwości i pytań! W jednym z maili Caio pytał mnie, czy będzie musiał się przy wszystkich całkiem rozebrać. Zadbałam jednak, by w dniu, kiedy kręciliśmy tę scenę, ekipa była jak najmniejsza. Byłam tam tylko ja i operator kamery. Starałam się ich oboje bardzo pewnie prowadzić, tłumaczyć co robimy i po co. Te sceny należą do moich ulubionych, są takie subtelne, czułe, wysmakowane.

Powiedziałaś, że główne postaci zostały napisane z myślą, że wiele cech i wątków rozwinie się już w czasie trwania zdjęć. W jaki sposób i w jakim stopniu odtwórcy tych ról mieli ostatecznie rzeczywisty wpływ na bohaterów?

Wszystko działo się raczej organicznie. Moja przygoda z Clarą i z Caiem zaczęła się w zupełnie inny sposób. Clara od początku wyróżniała się z tłumu, wyglądała inaczej niż jej rówieśnicy – bardzo dojrzale jak na swój wiek, miała dredy do pasa, a jednocześnie była dość nieśmiała. Przez 6 tygodni przed rozpoczęciem zdjęć ćwiczyła z trenerem, który pomagał jej wyrażać emocje za pomocą określonych ruchów. Z kolei z Caiem sprawa wyglądała zupełnie inaczej. To niesamowita osobowość, chociaż kiedy go poznałam, jeszcze nie wiedziałam nawet, czy umie grać. Fizycznie wyglądał dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam. Postać JM to miks moich nastoletnich zauroczeń i miłości. Wspaniale poszło mu na przesłuchaniach, więc nie mogłam już myśleć o nikim innym. Dzisiaj Caio i Clara nadal są przyjaciółmi, a na ekranie widać prawdziwą chemię. Trudno jednak powiedzieć, który fragment, scena czy cecha charakteru wypłynęła od kogo, wydaje mi się, że to raczej mieszanka wszystkiego po trochu. Bardzo lubię w ten sposób pracować. Kiedy swobodnie się nawzajem inspirujemy powstają piękne rzeczy.

„Kalifornia” to twoja debiutancka fabuła. Spodziewam się, że mimo twojego dużego doświadczenia w branży, nie było łatwo.

Debiutantom nigdy nie jest łatwo, szczególnie jeśli jest się do tego kobietą. Studiowałam w szkole filmowej, ale pracowałam w MTV, co wydawało mi się wtedy dobrym rozwiązaniem. Planowałam, że to będzie zajęcie maksymalnie na 2 lata, a zostałam – 18! (śmiech) Nie tak to sobie wszystko zaplanowałam, ale teraz, dzięki „Kalifornii”, wracam do korzeni. Już nie pracuję w telewizji, ale trudno powiedzieć, czy jeszcze kiedyś nie wrócę. Natomiast muszę przyznać, że praca w branży nigdy nie była łatwa, niezależnie chyba od tego, czy jest się mężczyzną czy kobietą. I tak było mi ciężko zdobyć pieniądze na „Kalifornię”. Mam jednak wrażenie, że od kilku lat na świecie trochę zmienia się atmosfera, na lepsze. Ostatnimi czasy rozmawia się o tym coraz częściej i coraz częściej dochodzi się też do konkretnych wniosków. Liczę, że na tym się nie skończy. Na razie cieszy mnie po prostu, że pojawia się sporo nowych nazwisk wśród aktorek, scenarzystek czy montażystek, i te kobiety dochodzą do głosu, są głośne i ważne. Jak ostatnio kilka razy Viola Davis – moja idolka.

Trochę inaczej wygląda to w Brazylii, gdzie wciąż tylko 16% filmów realizowanych jest przez kobiety. To mnie jednak aż tak bardzo nie dziwi biorąc pod uwagę, że mówimy o kraju, w którym kultura macho jest wciąż bardzo silna. Po prostu nie można oglądać się za siebie, tylko robić swoje.

Rozmawiała: Magdalena Maksimiuk

Czytaj także:
Off Camera '16 - Califórnia

Czytaj także

 0

Czytaj także