To pierwszy taki wyrok wobec członka Parlamentu Europejskiego z Polski. Teoretycznie polski europoseł uznany za "kłamcę lustracyjnego" miałby tracić swój mandat, ale wykonanie tego przepisu może być dużym problemem - PE musiałby bowiem stwierdzić wygaśnięcie mandatu, a nie wiadomo, kto i w jakim trybie miałby to stwierdzać.
W czwartek SN oddalił kasację Jałowieckiego, który chciał uchylenia wyroku Sądu Lustracyjnego II instancji z czerwca 2006 r. Sąd ten nie dopatrzył się wtedy żadnych uchybień w wyroku I instancji, która w lutym 2006 r. uznała, że 60-letni Jałowiecki zataił w swym oświadczeniu lustracyjnym, iż w październiku 1973 r. jako tzw. konsultant SB w Katowicach udzielił jej pomocy w postaci socjologicznej analizy kilku nielegalnych ulotek.
Jałowiecki - nieobecny w SN - mówił wcześniej, że padł ofiarą prowokacji SB, a notatki z ulotek robił w MO na użytek swego wykładu, nie dla SB. Wyjaśniał, że jego przełożony z Politechniki Śląskiej (jak się niedawno dowiedział - agent SB) polecił mu wygłosić wykład o propagandzie. "Sugerował, bym wykorzystał do tego dokumenty niejawne i że ktoś do mnie zadzwoni w tej sprawie" - zeznał Jałowiecki. Zadzwonił pracownik MO w Katowicach, który powiedział mu, by przyjechał taksówką, za którą dostanie zwrot pieniędzy. W komendzie oficer dał mu ulotki, których treść Jałowiecki spisał na potrzeby wykładu. Na koniec oficer zaproponował "stałe spotkania poza komendą", czego on odmówił. Jałowiecki dodał, że oficer zabrał mu notatki o ulotkach, wobec czego do wykładu nie doszło.
Konsultant to podlegająca lustracji - tak samo jak tajny współpracownik - forma współpracy ze służbami specjalnymi PRL, polegająca na wykonywaniu dla nich analiz naukowych. Zgodnie z instrukcją SB, od konsultanta pobierano tylko zobowiązanie do zachowania tajemnicy (nie zaś - zobowiązanie do współpracy, jak wobec tajnych współpracowników).
W ustnym uzasadnieniu decyzji SN sędzia Krzysztof Cesarz mówił, że SN nie znalazł w wyroku Sądu Lustracyjnego żadnych uchybień, które oznaczałyby konieczność uchylenia wyroku. Dodał, że przedmiotem badania było tylko to, czy Jałowiecki złożył prawdziwe oświadczenie lustracyjne. A dla tej oceny wystarcza epizod z 1973 r., z którego wynika, że był on "pomocnikiem przy operacyjnym zdobywaniu informacji przez organa bezpieczeństwa".
Sędzia podkreślił, że analiza ulotek była realizacją oczekiwań SB i spełnieniem wymogów pracy konsultanta SB; była ona poprzedzona "rozmową pozyskaniową"; Jałowiecki zobowiązał się też do zachowania tajemnicy. Ponadto zachowało się jego pokwitowanie odbioru 100 zł od SB "za wykonaną pracę". Według lustrowanego, był to zwrot za taksówkę.
Zastępca Rzecznika Interesu Publicznego, który podejrzewał Jałowieckiego o "kłamstwo lustracyjne", był za utrzymaniem wyroku.
Adwokat Jałowieckiego, mec. Jan Stefanowicz, który wnosił o oczyszczenie go z zarzutu, nie wyklucza skargi do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Zdaniem adwokata, nie ma możliwości, by PE uchylił mandat Jałowieckiego, bo "prawo krajowe nie ma prymatu nad prawem europejskim" (które nie zna procedur lustracji - PAP).
Już Sąd Lustracyjny podkreślał, że Jałowiecki nie był tajnym współpracownikiem SB i na nikogo nie donosił; udzielił tylko "jednorazowej konsultacji". Według sądu, jego "zasadniczym błędem" było jednak, że nie ujawnił tego w oświadczeniu. Sąd podkreślił, że ustawa lustracyjna nie różnicuje - co, według sądu, byłoby tu wskazane - form współpracy ze specsłużbami PRL między tymi, którzy raz udzielili konsultacji, a tymi, którzy donosili przez lata.
Przy wyroku sąd I instancji wspomniał o "chlubnej działalności" opozycyjnej Jałowieckiego w latach 80. (w stanie wojennym skazano go za działalność w podziemnej "Solidarności" w Opolu na 10 miesięcy więzienia. Po odbyciu kary wyjechał z Polski. Pracował w rozgłośni polskiej Radia Wolna Europa; w latach 1986-1988 był jej wicedyrektorem).
Także SN podkreślał, że sprawa nie obejmuje działalności Jałowieckiego po 1973 r. i że w pewnym sensie "odkupił" on epizod z 1973 r. swą późniejszą działalnością.
ab, pap