Śmierć 39-latka w szpitalu w Sosnowcu. Lekarz odsunięty od obowiązków

Śmierć 39-latka w szpitalu w Sosnowcu. Lekarz odsunięty od obowiązków

Szpital, zdjęcie ilustracyjne
Szpital, zdjęcie ilustracyjne / Źródło: Pexels / Pixabay
Dariusz Skłodowski, prezes zarządu Sosnowieckiego Szpitala Miejskiego, w którym 18 marca zmarł 39-latek po wielogodzinnym pobycie w izbie przyjęć poinformował, że lekarz prowadzący pacjenta został odsunięty od obowiązków. Oświadczenie w tej sprawie pojawiło się w poniedziałek 24 marca na stronie internetowej szpitala.

Prezes szpitala informuje, że pełni tę funkcję zaledwie od 2 miesięcy i „miał świadomość wyzwań stojących przed placówką, które należało podjąć”. „Moim priorytetem jest wyjaśnienie tego zdarzenia i wyciągnięcie z niego wszystkich odpowiednich wniosków i konsekwencji” – zapewnia. Dariusz Skłodowski deklaruje współpracę i pełną otwartość na nią ze wszystkimi służbami zajmującymi się wyjaśnieniem sprawy: prokuraturą, policją oraz Biurem Rzecznika Praw Pacjenta, który w poniedziałek rozpoczął kontrolę w szpitalu. „W szpitalu pracuje także komisja ds. zdarzeń niepożądanych, na której raport czekamy. Do czasu pełnego wyjaśnienia sprawy – lekarz prowadzący tego pacjenta, nie pełni swoich obowiązków” – poinformował.

Skłodowski zaznaczył, że deklaruje pełną otwartość, jednak szpital zobowiązany jest do przestrzegania praw pacjenta do tajemnicy informacji z nim związanych. Prezes w oświadczeniu poinformował o 10 badaniach i konsultacjach udzielonych pacjentowi w Izbie Przyjęć 18 marca. „Nie spoczniemy, dopóki sprawa nie zostanie wyjaśniona, a od osób winnych tego zdarzenia nie zostaną wyciągnięte konsekwencje” – zapewnia prezes szpitala.

Co wydarzyło się w sosnowieckim szpitalu?

Bulwersująca historia została opisana przez Annę Siwecką – szwagierkę 39-letniego Krzysztofa. Z relacji kobiety wynika, że mężczyzna w poniedziałek 18 marca trafił na izbę przyjęć szpitala przy ul. Zegadłowicza w Sosnowcu. Pojawił się tam około godz. 10:30 z polecenia lekarza rodzinnego, który na skierowaniu zaznaczył, że przyczyną opuchnięcia nogi są naczynia krwionośne. „Wszystko wskazywało na zator, stan zagrażający życiu. Mimo to dostał (szwagier kobiety – przyp. red) kolor zielony z oczekiwaniem powyżej 4 godzin. Z nogi cały czas sączył się płyn z krwią. To co widać na zdjęciu powstało w ciągu zaledwie 15 minut. Takich śladów płynu pozostawił po sobie mnóstwo na całej izbie, w windzie, toalecie... Nikogo to nie zainteresowało” – napisała pani Anna.

Zajmowała się nim tylko sprzątaczka

Z relacji kobiety wynika, że lekarze zainteresowali się 39-latkiem dopiero około godz. 12, kiedy mężczyzna został poddany badaniu drożności żył. Później znowu musiał czekać na izbie przyjęć. Stopniowo tracił głos, bełkotał, a po próbie podniesienia się z wózka, tracił równowagę. „Był roztrzęsiony. Rano rozmawiał i zachowywał się normalnie. Kiedy mąż mówił o tych objawach napotkanym na izbie lekarzom został zignorowany. Nawet nie zmierzono poziomu glukozy zwykłym glukometrem. Krzysztof był zdrowy. Pomagał innym, przez lata honorowo oddawał krew, był zawsze przy tym badany” – czytamy w poście Siweckiej.

Mąż pani Anny poprosił lekarzy o wykonanie podstawowego badania krwi, jednak ci nie spełnili jego prośby. Kobieta przekonuje, że w tym samym czasie na izbie przyjęć było jedynie kilka osób, a lekarze pojawiali się często. „Pomimo próśb żaden z nich nie zajął się profesjonalnie męczącym się szwagrem. Tylko zdawkowe pytania, boli? jak się pan czuje? Jedyną osobą która zajmowała się Krzysztofem była pani sprzątająca która co 15 minut wymieniała ręczniki spod nogi. Jak powiedziała następnego dnia jedna z pielęgniarek, jak pracuje już ponad 20 lat, takiej nogi jeszcze nie widziała” – relacjonowała Siwecka.

„Zmarł na izbie przyjęć”

Po godz. 17 mężczyźnie zmierzono ciśnienie. „66/46 to stan zapaści. Obecna już wtedy mama Krzyśka prosiła pielęgniarki o pomoc. Krzysztof powoli tracił życie. O 19.20 do szwagra została skierowana pani psychiatra bądź psycholog (sic!) stwierdziła że potrzebna jest natychmiastowa pomoc lekarska. W tym czasie Krzysiu zwymiotował i stracił przytomność. Był kilkakrotnie reanimowany. Po 21 została wezwana karetka by przewieźć go do Chorzowa. Nie zdążył tam pojechać. Zmarł na izbie przyjęć około 22.00” – czytamy w opisie historii.

Czytaj także

 0