Czy polskie kluby wiedzą, jakich trenerów zatrudniają?

Czy polskie kluby wiedzą, jakich trenerów zatrudniają?

Peter Hyballa
Peter Hyballa Źródło: Newspix.pl / JAKUB GRUCA / FOKUSMEDIA.COM.PL / NEWSPIX.PL
Kiedy drużyna gra słabo, wyniki są kiepskie, a z szatni dochodzą od piłkarzy sygnały, że obecny trener jest kimś w rodzaju Nikodema Dyzmy, polski działacz (prezes lub właściciel) zaczyna się drapać w głowę i pytać sam siebie: „kogo myśmy właściwie zatrudnili?”. Pytanie jest dobre, tylko zazwyczaj jest zadawane grubo poniewczasie. W naszych klubach zaczynają się uważniej przyglądać trenerowi dopiero wówczas, gdy zespół jest w ciężkim kryzysie.

Wtedy dokonuje się szczegółowej analizy metod szkoleniowych danego trenera, robi głębsze rozeznanie co do jego cech charakteru, umiejętności pracy w grupie, zdolności do rozwiązywania konfliktów itd. Tak jakby dobrego researchu nie można było zrobić wcześniej, jakby nie dało się zasięgnąć języka w poprzednim miejscu pracy szkoleniowca, popytać lokalnych dziennikarzy. Bo kiedy drużyna przegrywa i kiedy wiadomo, że obecny trener już nie pociągnie tego projektu, to zazwyczaj jest za późno.

Nie dość, że zespół jest w kryzysie, to aktualny trener ma zazwyczaj długi (np. dwuletni) kontrakt, który w razie zwolnienia trzeba płacić, a o wolnego i dobrego zarazem szkoleniowca, trudno. Więc zatrudnia się na szybko byle kogo, na teraz, na już. Żeby niedługo później, także jego zastąpić następnym szkoleniowcem. Tworzy się spirala trenerskich pomyłek personalnych. Kosztownych zarówno dla finansów klubu, jak i dla wyniku sportowego drużyny.

Niestety, w wielu przypadkach działacze podejmują tę ważną strategicznie decyzję personalną trochę po omacku. Coś tam o danym trenerze wiedzą, znają jego osiągnięcia, wyniki, ale to są suche liczby. O tym, jaki to człowiek, dowiadują się w klubie dopiero wówczas, gdy szkoleniowiec już tam pracuje. Wtedy pole manewru jest już mocno ograniczone.

Szaleniec Hyballa

Sztandarowym przykładem braku rozeznania cech charakteru zatrudnianego trenera, była współpraca Wisły Kraków z Peterem Hyballą. Niemieckiego trenera ściągały na Reymonta już nowe władze Białej Gwiazdy, na czele z Kubą Błaszczykowskim. Wtedy w Krakowie zachwycano się taktycznym pomysłem tego szkoleniowca na grę (tzw. gegenpressingiem), tym, że skończył słynną szkołę trenerską w Kolonii, albo faktem, że współpracował w Borussii Dortmund z samym Juergenem Kloppem.

Ale po początkowym zauroczeniu Hyballą, w Wiśle z każdym dniem mieli go bardziej dosyć. Niemiec bywał agresywny zarówno w czasie zajęć na boisku, jak i w szatni. Prowadził wykańczające treningi, był bezkompromisowy, wikłał się w najróżniejsze konflikty.

Najbardziej zdziwiony musiał być Kuba Błaszczykowski. Przecież jako współwłaściciel klubu zatrudnił Niemca, ale ten sam Błaszczykowski – już jako piłkarz – nie znalazł uznania w oczach Hyballi. Szkoleniowiec stopniowo odsuwał Kubę od składu, na konferencjach otwarcie mówił, że Błaszczykowski jest nieprzygotowany. Doszło do tego, że gdy Kuba zdobył bramkę w meczu z Lechem Poznań, podbiegł do ławki, żeby dzielić swoją radość z trenerem… Kmiecikiem.

To już była manifestacja niechęci wobec Niemca. Szczególnie, że wcześniej Hyballa chciał zwolnić z klubu legendę Wisły – właśnie Kazimierza Kmiecika. Ale przy Reymonta „gotowało” się już wcześniej, prawie przez całą kadencję Hyballi. Brazylijski piłkarz Białej Gwiazdy powiedział wprost w jednym z wywiadów: – Trener nikogo nie szanuje. Zachowywał się nieodpowiednio wobec wielu osób w tym klubie.

A inny zawodnik Wisły – Vulnett Basha nie miał zahamowań, żeby na swoim koncie na Instagramie publicznie wyrazić brak zaufania do Hyballi. Wisła w tamtym sezonie (2020/2021) ledwie utrzymała się w Ekstraklasie.

Oczarowani szaleńcem także w innych krajach

Niemal wszędzie skąd konfliktowy Hyballa odchodził, zostawiał po sobie spaloną ziemię. Ale i tak szybko znajdował się kolejny klub, który chciał go zatrudnić. Przez rok – od odejścia z Wisły – Hyballa zaliczył aż trzy kolejne kluby. I z każdego został bardzo szybko zwolniony! To naprawdę niesamowite! Kolejne kontrakty dostawał w Danii, Niemczech i Słowacji.

Najpierw, w ledwie dwa tygodnie po rozstaniu z Białą Gwiazdą, zgłosił się po niego duński drugoligowiec Esbjerg fb. Tam popracował raptem dwa miesiące, zdołał poprowadzić drużynę w zaledwie czterech meczach! Po buncie zawodników został zwolniony. Piłkarze oskarżali Hyballę m.in. o znęcanie się nad nimi.

Trener miał stosować kary fizyczne i psychiczne. Piłkarze opublikowali oświadczenie: „doświadczaliśmy codziennych gróźb zwolnienia, drwin, seksistowskich i poniżających uwag oraz tego, co uważamy za jawne zastraszanie, które wykracza daleko poza i tak już szerokie ramy świata piłki nożnej. Jak donoszą media, sztab trenerski zrobił nam, zawodnikom, zdjęcia nago, rzekomo w celu »zmierzenia« naszej sprawności” – napisano w szokującym oświadczeniu.

Czy to ostatecznie skompromitowało niemieckiego trenera? A skąd!

Mimo, że o historii z Danii było głośno w mediach, to po Hyballę sięgnęli działacze występującego w 3. Bundeslidze Türkgücü Monachium. Drużynie szło kiepsko, zespół wygrał zaledwie dwa z ośmiu meczów. Pojawiły się skargi piłkarzy. Po miesiącu Hyballę wywalono!

Ale już w czerwcu 2022 na niemieckiego ekscentryka zdecydował się kolejny klub – słowacki AS Trencin. Miejscowych działaczy nie zrażała historia szybkich i gwałtownych rozstań szkoleniowca z poprzednimi pracodawcami. W Trenczynie woleli pamiętać, że wcześniej (od lipca 2018 do stycznia 2020) Niemiec był trenerem zespołu DAC Dunajska Streda i tam szło mu nieźle. Ale tam też stosował te same metody: szaleńczo ciężkie treningi, wikłał się w konflikty, wywoływał awantury.

A jednak w Trenczynie zdecydowali się zatrudnić Hyballę. Jego kontrakt zaczął formalnie obowiązywać od 1.07.2022, a już… 27 lipca współpracę… zakończono! Jak myślicie, dlaczego? Ale spokojnie. Tylko patrzeć jak za chwilę Niemiec znajdzie kolejnych naiwnych.

Źródło: WPROST.pl
 0

Czytaj także