"Abp Kowalczyk wiedział o sytuacji w Stella Maris"

"Abp Kowalczyk wiedział o sytuacji w Stella Maris"

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jeden z głównych oskarżonych w aferze finansowej w wydawnictwie archidiecezji gdańskiej Stella Maris zeznał w prokuraturze podczas śledztwa, że o sytuacji w kościelnej firmie wiedział nuncjusz apostolski w Polsce abp Józef Kowalczyk.

Wyjaśnienia b. dyrektora Stella Maris T.W. (sąd pozwolił jedynie na podawanie inicjałów oskarżonych), syna znanego trójmiejskiego adwokata, odczytano przed Sądem Okręgowym w Gdańsku podczas kolejnej rozprawy w głównym procesie dotyczącym afery w Stella Maris.

Przesłuchiwany w śledztwie b. dyrektor wydawnictwa powiedział m.in., że  dokumenty z wewnętrznej kontroli w Stella Maris zostały przedstawione w  Warszawie abp. Kowalczykowi.

Na rozmowę z nuncjuszem apostolskim pojechali m.in. nie pracujący już w  gdańskiej kurii ks. Tomasz oraz proboszcz parafii św. Antoniego w  Gdańsku-Brzeźnie ks. Bernard Zieliński. Według wyjaśnień T.W., spotkanie z  przedstawicielem Watykanu w Polsce miało służyć "ochronie Kościoła" i próbie "usunięcia" ze stanowiska ówczesnego metropolity gdańskiego abp. Tadeusza Gocłowskiego.

Sam oskarżony W. w spotkaniu z abp. Kowalczykiem nie uczestniczył, a relację o jego przebiegu usłyszał od jednego z uczestników.

Wraz z 45-letnim b. dyrektorem Stella Maris na ławie oskarżonych zasiadają jeszcze cztery osoby, 60-letni b. kapelan abp. Gocłowskiego i b. pełnomocnik wydawnictwa ksiądz Z.B. i dwóch właścicieli firm konsultingowych, jeden z nich jest b. pracownikiem PRL-owskiej cenzury - J.B. oraz K.K.

Wszyscy odpowiadają przed sądem za współudział w przywłaszczeniu mienia ponad 20 spółek handlowych na kwotę ponad 67 mln zł, pranie pieniędzy oraz  uszczuplenia podatkowe na szkodę Skarbu Państwa w wysokości kilkunastu milionów złotych. Grozi im do 10 lat więzienia.

"Chcę podkreślić, że w działalności Stella Maris nie było żadnych dwóch okresów, że w jednym tylko ja byłem za coś odpowiedzialny, a w innym czasie tylko ksiądz B. Od początku powstania Stella Maris jako swoistego zakładu budżetowego archidiecezji to ksiądz za wszystko odpowiadał. Nie było takiej możliwości, abym ja z nim czegoś nie uzgadniał" - powiedział w sądzie oskarżony W.

W. dodał, że b. kapelana abp. Tadeusza Gocłowskiego zawsze oceniał jako "sprawnego menadżera", który z ramienia metropolity gdańskiego zarządzał nie  tylko Stella Maris, ale także m.in. Radiem Plus i Fundacją Kultury Chrześcijańskiej im. św. Brata Alberta.

"Ja zarządzałem, ale tylko generalnie. Na szczegółach finansowych i prawnych w ogóle się nie znałem i do dziś tak jest. Trudno żebym po studiach teologicznych na seminarium był omnibusem. Oskarżonego W. pytałem +jak idzie?+, a on zawsze mi odpowiadał, że idzie dobrze" - powiedział w sądzie oskarżony duchowny.

Ksiądz dodał, że miał zaufanie do W. m.in. dlatego, że dobrze znał jego ojca adwokata. "Przez pierwsze dwa lata sprawdzałem co do grosza wszystkie wydatki W. w Stella Maris i nie miałem do nich żadnych zastrzeżeń. Potem już nie  sprawdzałem szczegółowo jego działalności" - wyjaśnił.

Podczas czwartkowej rozprawy do winy nie przyznał się współwłaściciel dwóch gdyńskich firm konsultingowych J.B., b. pracownik PRL-owskiej cenzury i  najbliższy współpracownik b. sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku Tadeusza Fiszbacha.

Oskarżony B. odmówił też składania wyjaśnień. W trakcie śledztwa mówił m.in., że Stella Maris - wbrew ustaleniom prokuratury - wykonywała usługi konsultingowe na rzecz innych spółek.

"Kiedy w branży poligraficznej pojawił się kryzys i Stella Maris straciła kontrakty na druk, zostałem zaproszony do kurii na rozmowy z wysoko postawionymi osobami - których nazwisk nie będę podawał. Podczas tych trzech spotkań, w  których uczestniczył też ksiądz B., zaproponowano, aby Stella Maris zaczęła zajmować się usługami doradczymi. Jak tłumaczono, wydawnictwo było wtedy, za  rządów AWS, bardzo skuteczne w tej dziedzinie" - wyjaśnił podczas śledztwa oskarżony J.B.

Ksiądz Z.B. i b. dyrektor Stella Maris T.W. chcieli kilka miesięcy temu poddać się dobrowolnie karze, uznając swoją winę. Duchowny proponował dla siebie karę czterech lat więzienia w zawieszeniu na dziewięć lat oraz 100 tys. zł grzywny, a b. pełnomocnik wydawnictwa wnioskował o cztery lata więzienia w  zawieszeniu na osiem lat i 150 tys. zł grzywny.

W czerwcu gdański sąd odrzucił jednak te wnioski z powodu braku zgody na  samoukaranie ze strony firmy z Koszalina występującej w sprawie jako oskarżyciel posiłkowy. Uzależniła ona zgodę na dobrowolne poddanie się karze przez oskarżonych od wyrównania przez nich strat spółki wycenionych na ponad 16 mln zł.

Według prokuratury przestępstwo polegało na tym, że firmy konsultingowe J.B. i K.K. zawierały z różnymi spółkami kontrakty na doradztwo, których wykonanie powierzali z kolei wydawnictwu Stella Maris. W rzeczywistości usługi te były całkowicie fikcyjne i zlecenia nigdy nie zostały wykonane.

Pieniądze ze spółek, które zlecały fikcyjne usługi B. i K., przelewane były najpierw na konta ich firm, a później, po odjęciu kilku procent, do Stella Maris. Wydawnictwo pobierało kolejne kilka procent prowizji i na końcu większość pieniędzy wracała do osób zarządzających spółkami.

Stella Maris, działając jako podmiot gospodarczy w ramach archidiecezji gdańskiej, była zwolniona z podatku dochodowego od osób prawnych w części przeznaczonej na cele statutowe Kościoła. Transfery pieniędzy miały miejsce w  latach 1997-2001.

Łącznie w aferze Stella Maris oskarżonych jest ponad 40 osób. Przed gdańskim sądem toczy się już kilka procesów. W jednym z nich występuje m.in. b. lider pomorskiego SLD, Jerzy J., oskarżony o wyprowadzenie wraz z innymi osobami prawie 31 mln zł z firmy Energobudowa oraz "wypranie" ok. 14 mln zł.

ND, PAP

 0

Czytaj także