Brudziński: 10 kwietnia Tusk z Putinem powinni czekać pod bramą

Brudziński: 10 kwietnia Tusk z Putinem powinni czekać pod bramą

Dodano:   /  Zmieniono: 67
Donald Tusk i Władimir Putin (fot. FORUM)
- Jarosław jako jedyny z nas nie rozsypał się emocjonalnie. Pomyślałem, że dobrze mieć tak silnego przywódcę - mówi Joachim Brudziński wspominając 10 kwietnia 2010 r. w rozmowie z Teresą Torańską.
Pierwszym uczuciem była niepewność - kto jechał pociągiem, a kto leciał z prezydentem. - Nikt nie odbierał telefonu. Dosłownie nikt! - opowiada "Dużemu Formatowi" Joachim Brudziński.  W końcu telefony się rozdzwoniły, a tragiczne wieści rozeszły. Jarosław Kaczyński dowiedział się o katastrofie pod Smoleńskiem od ministra Radosława Sikorskiego. - Jarosław też miał lecieć i został ze względu na mamę. Swoje miejsce oddał Wassermannowi - wspomina poseł PiS. Przyznaje, że na początku panował chaos, bo lista pasażerów prezydenckiego TU-154 była do ostatniej chwili zmieniana.

"Zobaczyłem w nim bardzo silnego człowieka"

Brudziński wspomina, że potem przyszła nadzieja. Że może ktoś jednak przeżył. - Mieliśmy włączone telewizory, kilka różnych stacji. Wciąż te same przebitki rozbitego wraku - relacjonuje Brudziński. Przyznaje, że odkrył wtedy w sobie emocjonalną słabość, że wcale nie jest silnym facetem, twardzielem z telewizji. Nie tylko zresztą on. - Adam Bielan ma opinię cynicznego spin doctora, zimnego, wyrachowanego. Nagle zobaczyłem przerażonego dzieciaka - mówi parlamentarzysta PiSu. Pierwsze emocje opadły, Jarosław Kaczyński chciał lecieć do Smoleńska. Zaczęło się planowanie wylotu. - Jarosław jako jedyny z nas nie rozsypał się emocjonalnie. Zobaczyłem w nim bardzo silnego człowieka. Tragedia osobista nie odebrała mu umiejętności analitycznego rozumienia tej tragedii - wspomina Brudziński. - Pomyślałem, że dobrze mieć takiego silnego przywódcę - dodaje.

Wyścig Tuska

Członek Prawa i Sprawiedliwości z niesmakiem wspomina o okolicznościach dojazdu autokaru z Kaczyńskim na miejsce katastrofy. Jego zdaniem, pojazd wiozący szefa PiS-u do Smoleńska był specjalnie spowalniany przez służby rosyjskie po to, by na miejsce pierwszy dotarł premier Tusk. - Jestem absolutnie przekonany, że były to świadome i celowe działania podjęte po to, byśmy w Smoleńsku byli później - ocenia Joachim Brudziński. - Tuskowi chodziło wyłącznie o wizerunek - dodał.

"Baliśmy się, że nas zabiją"

- Baliśmy się, że oni nas tutaj zabiją - Brudziński przytacza słowa jednego z członków kancelarii prezydenta Kaczyńskiego, który witał ich w lesie, gdzie rozbił się Tu-154M. Nie wie jednak, o kogo dokładnie chodziło. Poseł PiS-u
zarzucił również Donaldowi Tuskowi, że nie zadbał o odpowiednie zabezpieczenie miejsca, gdzie leżało ciało zmarłego prezydenta Kaczyńskiego. - Przez 12 godzin premier mógł zrobić najprostszą rzecz, nie stanowiło zagrożenia dla śledztwa rozpostarcie namiotu nad ciałem prezydenta - ocenia Joachim Brudziński.

 Poseł z dumą wspomina także zachowanie prezesa swojej partii, gdy ten został zaproszony przez premiera Putina, który chciał złożyć liderowi PiS kondolencje. - Nie wyobrażam sobie sytuacji, że Jarosław idzie do niego, a premier Putin siedzi w namiocie, rozparty i mówi "no, Polaczki przyszli, podożdtitie do mnie teraz, a ja wam będę współczuł" - mówi Brudziński. Jego zdaniem, Putin z Tuskiem powinni raczej "stać pod bramą" i czekać, aż prezes PiS wróci do autokaru i dopiero wtedy wyrazić swój żal. - To byłaby piękna scena. Doskonale ją sobie wyobrażam. My wsiadamy, oni do nas podchodzą i obaj składają Jarosławowi kondolencje - mówi Joachim Brudziński.

jc, "Duży Format", "Gazeta Wyborcza"

 67

Czytaj także