Poncyljusz przerażony "pohukiwaniem europosłów PiS"

Poncyljusz przerażony "pohukiwaniem europosłów PiS"

Dodano:   /  Zmieniono: 14
Paweł Poncyljusz (fot. A. Wiktor)
- Pierwsza rzecz, która mnie uderzyła, to europosłowie PiS pohukujący na Jerzego Buzka. To mnie po prostu przeraziło, to jest coś porażającego - powiedział wiceszef PJN Paweł Poncyljusz, komentując zachowanie niektórych polityków obecnych podczas otwarcia wystawy o katastrofie smoleńskiej w Parlamencie Europejskim.
12 kwietnia w PE otworzono zorganizowaną przez posłów PiS i członków frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów wystawę. Otwarcie ekspozycji zatytułowanej "Prawda i Pamięć. Katastrofa smoleńska" odbyło się w atmosferze skandalu. Powód? Zaklejone podpisy pod zdjęciami. O ich zasłonięciu zdecydowali kwestorzy PE. Współorganizujący wystawę posłowie PiS nazwali to cenzurą, z sali dochodziły okrzyki: "skandal", "hańba". Winą obciążano też przewodniczącego PE Jerzego Buzka. W niedzielę politycy PO, PiS, SLD, PSL, PJN i Pałacu Prezydenckiego komentowali to wydarzenie w Radiu Zet.

Uderzenie w Buzka

Szef klubu parlamentarnego PSL Stanisław Żelichowski uważa, że zamieszanie wokół tej wystawy jest przenoszeniem walki politycznej w Polsce na forum międzynarodowe. Jak dodał, oprócz polskich mediów nikt w większym zakresie się tą wystawą nie zainteresował. - To jest uderzenie w przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, naprawdę takich rzeczy nie wolno robić - powiedział Żelichowski.

Akt cenzorski

Z kolei lider Prawicy Rzeczypospolitej Marek Jurek ocenił, że zakrycie podpisów pod zdjęciami było "zupełnie niepotrzebnym aktem cenzury". - Jeżeli prof. Ryszard Legutko, jako osoba reprezentująca autorów wystawy, nie dopełnił wymogów formalnych, które mógł zrealizować żeby tej wystawie zapewnić bezpieczeństwo, no to jest jego wina. Po to są szczegółowe przepisy. Natomiast akt cenzorski ze strony cenzorów PE jest oczywisty - powiedział Jurek.

To nie był przypadek

Prezydencki doradca prof. Tomasz Nałęcz uważa, że prawdziwym celem tej wystawy nie było upamiętnienie ofiar katastrofy smoleńskiej, ale wyłącznie wywołanie awantury. - Zasadnicze jest pytanie, czy autorzy tej wystawy chcieli upamiętnić ofiary katastrofy czy chcieli wywołać awanturę w Parlamencie Europejskim. To robili ludzie świetnie w polityce zorientowani, obyci i znający PE. Tu nie ma mowy o żadnym przypadkowym błędzie czy zaniechaniu - powiedział Nałęcz.

Chodzi o powagę

Szef sejmowej komisji spraw zagranicznych Andrzej Halicki uważa, że jeśli 10 kwietnia 2011 r. wygląda tak, że "zamiast wspólnej pamięci mamy wiece obrażające polskie państwo, władze i wszystko co związane jest z naszą dumą budowaną przez ostatnie 20 lat, to jest skandaliczne". - Jeżeli wystawa służy temu, żeby obrażać przewodniczącego PE, Polaka, to sami sobie wystawiamy świadectwo jak najgorsze. Chodzi o to, żeby być poważnym na arenie międzynarodowej - powiedział poseł PO.

Tybet należy do Chin

- Gdy przyszedłem na tę wystawę, od razu wiedziałem, że będzie wielka awantura. To nie jest wystawa o pamięci ofiar, tylko to jest wystawa o tragicznie zmarłym najwybitniejszym prezydencie w historii Rzeczpospolitej - każdej: trzeciej, czwartej, piątej, którą tam chcecie - i podejrzeniach kto mógł go załatwić. Taki powinien być pełny tytuł tej wystawy. Ta wystawa była przygotowywana z życzliwością władz PE. Kwestorzy, cenzorzy, zachowali się rutynowo. Gdyby ktoś napisał: "Wolny Tybet", to też by to zakleili, bo to jest niezgodnie z prawem międzynarodowym, bo Tybet należy do Chin - powiedział europoseł SLD Marek Siwiec.

zew, PAP

+
 14

Czytaj także