Irena Dziedzic znów się zautolustruje

Irena Dziedzic znów się zautolustruje

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Irena Dziedzic (fot. Wikipedia)
Irena Dziedzic będzie miała ponowny proces autolustracyjny. Sąd Apelacyjny w Warszawie uchylił wyrok sądu pierwszej instancji, który uznał, że ta znana w PRL dziennikarka w latach 1958-1966 świadomie i tajnie współpracowała ze służbami specjalnymi PRL.
Sąd Apelacyjny uznał, że sąd pierwszej instancji nie wykazał, by Dziedzic miała świadomość takiej współpracy oraz by w ogóle doszło do jej "materializacji". - Lustrowana nie przejmowała się zlecanymi jej zadaniami i nie wykonywała ich - mówił sędzia Zbigniew Kapiński, uzasadniając wyrok Sądu. 85-letnia Dziedzic, która nie kryła satysfakcji po wyroku, liczy na wyrok oczyszczający.

W 2006 r. "Newsweek", a potem m.in. "Misja Specjalna" TVP podały jej nazwisko wśród dziennikarzy PRL, którzy mieli być tajnymi współpracownikami. Dziedzic, która zaprzeczała, by była TW "Marleną", wniosła do sądu o autolustrację. Mówiła, że uważa się za wieloletnią ofiarę tajnych służb, bo sprawa jej rzekomej współpracy miała być zemstą wysokiego oficera służb za to, że w latach 50. nie chciała z nim zatańczyć, a potem poskarżyła się do KC PZPR, że za odmowę przetrzymano ją przez całą noc. Jej zdaniem akta "wszystko przedstawiają w esbeckiej interpretacji".

Pion lustracyjny IPN - który jest stroną procesu, choć formalnie nie oskarża Dziedzic, bo nie pełniąc funkcji publicznej, nie podlega ona lustracji - uznał, że od czerwca 1958 r. do kwietnia 1966 r. świadomie i tajnie współpracowała ona z kontrwywiadem MSW jako "Marlena". Nie zachowała się ani teczka pracy "Marleny", ani jej zobowiązanie do współpracy. Są zaś zapisy oficera prowadzącego Włodzimierza Lipińskiego i sześć dokumentów z lat 60., pod którymi podpisała się Dziedzic, w tym jej pokwitowania wzięcia pieniędzy.

W 2010 r. Sąd Okręgowy Warszawa-Praga uznał oświadczenie lustracyjne Dziedzic za nieprawdziwe i zakazał jej pełnienia funkcji publicznych na 3 lata. O taki wyrok wnosił IPN. - Lustrowana przekazywała informacje kontrwywiadowi w ograniczonym zakresie, kontakty były sporadyczne, ale jednak była to współpraca - uzasadnił sędzia Przemysław Filipkowski. Dodał, że do współpracy nikt jej nie zmuszał, a ona zdawała sobie sprawę, z kim się kontaktuje. Podkreślił, że SB nie uznawała informacji od niej za bezwartościowe, choć zarazem przyznał, że "brak jest związków pokwitowań z udzielaniem informacji".

Przed Sądem Apelacyjnym pełnomocnik Dziedzic mec. Leszek Ziomek wnosił by zwrócić sprawę sądowi I instancji. Zarzucił Sądowi Okręgowemu, że wątpliwości nie rozstrzygnął "na korzyść", a pokwitowania odbioru pieniędzy "mogą być za cokolwiek, np. za prowadzenie konkursu piosenki w Sopocie". Dziedzic mówiła w Sądzie Apelacyjnym, że w pokwitowaniach za Sopot czy za wczasy w Bułgarii nie pisała, za co odbiera pieniądze, "co wykorzystali panowie z SB". Dodała, że agenci w takich dokumentach pisali, że kwitują odbiór pieniędzy od SB - a tego zwrotu brak w jej pokwitowaniach. - Na pokwitowaniach są adnotacje oficerów SB - podkreślał jednak prok. Jarosław Skrok z IPN, wnosząc o utrzymanie wyroku Sądu Okręgowego.

Sąd Apelacyjny uznał że sąd niższej instancji "nie wykazał się dużą wnikliwością i należytą orientacją". Sędzia Kapiński przyznał, że Sąd Okręgowy nie odpowiedział na zasadnicze pytanie: czy kontakty Dziedzic z kontrwywiadem miały formę tajnej i świadomej współpracy.  Sędzia podkreślił, że pokwitowania ze sprawy nie są typowe, bo zazwyczaj agenci nie podpisywali się nazwiskiem, lecz kryptonimem i pisali, że odebrali pieniądze od SB. - Nie zakładamy, że je sfałszowano - zastrzegł.

PAP, arb
+
 1

Czytaj także