Dorastanie pana Michała

Dorastanie pana Michała

W II klasie liceum dowiedziałem się o Katyniu i wtedy pierwszy raz wstydziłem się swojego pochodzenia. Tego, że urodziłem się w Moskwie – mówi dziennikarz Michał Figurski.

O, widzę, że ma pan tatuaż na ręku po rosyjsku, cyrylicą. Co tu jest napisane?

„Da pribudiet s toboj sila”, czyli „Niech moc będzie z tobą”. Inni mają po chińsku, ja mam po rusku. Dla mamy to zrobiłem. Dla siebie też.

Mówi pan po rosyjsku?

Mówię. Mama jest Rosjanką. Mieszkała też z nami moja babcia z Rosji, więc jako dziecko mówiłem po rosyjsku i po polsku. Wiem, że to moje pochodzenie budzi skrajne reakcje. Już zostałem ruskim agentem, zdrajcą. I nic tego zmieni. Figuruję też w encyklopedii Żydów polskich, a uczestnicy Red Watch odwiedzili mnie kiedyś w domu. Przyszli z białym pitbulem i przekonywali, że Polska to nie jest mój kraj.

No dobrze, gdyby była wojna, walczyłby pan po naszej stronie czy po rosyjskiej?

Boże, ale pytanie na początek. Nie podaję w najmniejszą wątpliwość, po której stronie bym stanął. W stu procentach czuję się Polakiem, tak zostałem wychowany przez ojca. Zresztą przez matkę też.

Co na to rosyjska rodzina?

Precyzyjniej to rosyjsko-ukraińska. Tego lata, kiedy po naszym niefortunnym żarcie na temat Ukrainek rozkręciła się afera, mieliśmy jechać na wakacje do Kijowa. Nie pojechaliśmy, bo moja twarz stała się tam rozpoznawalna dzięki okładkom ukraińskich gazet, więc postanowiłem nie narażać na nieprzyjemności swojej rodziny. Ale wracając, to nigdy w życiu nie usłyszeliśmy żadnych antypolskich komentarzy od krewnych. Od kiedy moja mama odkryła Skype’a, jest z nimi w stałym kontakcie. Natomiast widzę wściekłość i furię mojej starszej przyrodniej siostry. Jest Rosjanką, mieszka w Polsce i na każdym kroku podkreśla, że jest jej wstyd za to, co robi Putin. Ona jest radykalnie antyputinowska.

Dlaczego?

Myślę, że wielki wpływ na to miał nasz ojciec i jego silny patriotyzm, propolskie myślenie. Pochodził z wojskowej rodziny, jego dziadek był oficerem Wojska Polskiego pod bezpośrednimi rozkazami marszałka Piłsudskiego, walczącym w wojnie polsko-bolszewickiej, a później w powstaniu warszawskim. I muszę pani powiedzieć, że w naszym domu pradziadek Kazimierz Figurski był wzorem, punktem odniesienia. On do końca swojego 93-letniego życia chodził w mundurze. W moim rodzinnym domu wiszą jego portrety. Zresztą marszałka Piłsudskiego też. Widzę, że pani się dziwi, że mówię o patriotyzmie, o Polsce.

Trochę się dziwię.

Nikt nigdy nie podawał w wątpliwość mojej polskości. Nigdy też z tego powodu nie musiałem się tłumaczyć, nikt mi nie ubliżał, że tak wyszło, iż mam inne miejsce urodzenia. Oczywiście, nie licząc komentarzy w internecie.

My, Polacy, Ruskich nie lubimy.

Oczywiście, że nie lubimy. I wcale się nie dziwię. Uważa pani, że ta rusofobia jest nieuzasadniona? To, co teraz robi Rosja, budzi we mnie, mówiąc grzecznie, odrazę. W II klasie liceum dowiedziałem się o Katyniu i wtedy pierwszy raz wstydziłem się swojego pochodzenia. Nie przyznałem się wtedy przed kolegami, że urodziłem się w Moskwie. A, jeszcze jedną sytuację pamiętam. Biegłem z mamą przez przejście podziemne na Marszałkowskiej, w którym ZOMO-wcy rozpylili gaz łzawiący. To był 1980 r. Mama powiedziała, że to zrobili źli ludzie, którzy nie dają innym żyć. Zaraz potem staliśmy w kolejce w Domach Centrum. Mama mówi z lekkim rosyjskim akcentem. Jakiś facetem za nami powiedział: „A pani co, Ruska?”. Naciąga mnie pani na jakąś poważną rozmowę.

Kiedy pan pojedzie do Rosji?

Nie wybieram się. Byłem trzy lata temu i mam dość na jakiś czas. Dwa tygodnie spędziłem pod Astrachaniem. I każdego, kto narzeka na życie w Polsce, wysłałbym do miejscowości Kamyziak. Jedyny fragment drogi to 200 m przed budynkiem tamtejszego odpowiedni ka ZUS-u. A w mieście mieszka z 50 tys. ludzi, wszystko tonie w śmieciach, policjant, nawet widziany z daleka, budzi poważny lęk, gdzie na każdym kroku jest się zmuszanym do łapówkarstwa. Najgorsza komuna w Polsce nie wyglądała nigdy tak, jak wygląda obecna demokracja w Rosji.

Zaraz mi pan powie, że w razie zagrożenia przyjmie pan i ugości swoją rodzinę z Kijowa.

Pewnie, że przyjmę. U nas w Polsce z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciu. Urodziłem się w Moskwie, ale miałem trzy miesiące, gdy moi rodzice stamtąd wyjechali. Ojciec się bał, że przez to, że matka jest Rosjanką, a ja przyszedłem na świat w moskiewskim szpitalu, będę grażdaninem Sowietskowo Sojuza. Nie chciał, żeby syn miał ruskie obywatelstwo. Dlatego wrócił do Warszawy. Jestem warszawiakiem,znam tu każdą bramę, znam historię tego miasta. Mówi się o tym, że ta historia Warszawy się skomercjalizowała, stała się cepelią. A ja twierdzę, że trzeba być idiotą, by mówić, że symbol Polski Walczącej, pokazywanie ludziom przedwojennej Warszawy, różne akcje związane z powstaniem warszawskim, to są jakieś komercyjne próby wyciśnięcia od ludzi kasy. Trudno być autorytetem w tej sprawie.

Boi się pan tego?

Nie, choć wiadomo, jakie opinie na mój temat krążą.

Czyli przez 20 lat pan kłamał, wyśmiewając się z patriotyzmu, Polski, tworząc wizerunek faceta, któremu sprawy narodowe są co najmniej obojętne?

To wszystko nieprawda, co pani powiedziała. Nie tworzyłem żadnego wizerunku. Zawsze byłem rozpatrywany przez pryzmat mojego zawodowego partnera, z którym de facto różniliśmy się pod każdym względem.

Kuby Wojewódzkiego. Nie wymawia pan jego nazwiska?

Wymawiam. Wcześniej kojarzyłem się z chłopaczkiem lizaczkiem, który zapowiada pop przeboje w radiu i ma utlenione włoski. Potem zacząłem prowadzić programy z Kubą. Pracowaliśmy razem dziewięć lat. To prawie dekada dobrze opłacanej zabawy. Wykonywałem swoją pracę i tyle. A że moim obowiązkiem było bycie radiowym skandalistą, to nim byłem. I wszystkim bardzo się podobało. Balansowałem na krawędzi, z której w końcu spadłem. To musiało się tak skończyć. Ogólny poklask motywuje, by coraz wyżej stawać na paluszkach, żeby przekraczać kolejne granice. Na żywo w radiu można mówić to, co ślina na język przyniesie, a gdy jeszcze wszyscy wokół biją brawo...

Pan to teraz mówi z pozycji 41-latka, który poszedł po rozum do głowy, który żałuje...

Nie, przecież kiedy zaczynaliśmy program, satyra polityczna kojarzyła się z Janem Pietrzakiem. Przełamaliśmy kilka tabu, które później, co prawda, zostały poddane twardej weryfikacji…

Mówi pan o żartach z Ukrainek, z Murzynów, ze Smoleńska?

Nie było żartów z katastrofy smoleńskiej, tylko z polityków, którzy na tej katastrofie chcą zbudować swoją siłę. Ja nigdy nie ujawniałem publicznie swoich preferencji politycznych, nie agitowałem. Okazuje się teraz, że nigdy nie jest za późno, by zacząć wszystko od zera.

Czyli jednak będzie na wysokim C.

Będzie. Wszystko się zmieniło. Parę lat temu zmieniła się moja sytuacja zdrowotna, zaraz potem zawodowa, a na końcu rodzinna. Nie, nie będę kolejną osobą publiczną, która w wywiadzie będzie opowiadać o depresji, załamaniach. Uważam, że to są tak osobiste sprawy, że nie widzę możliwości, by mówić o tym, jak wyglądał mój stan psychiczny, kiedy sporo rzeczy mi się w życiu zawaliło. Nie wypada. Poza tym, nawet jakbym zaczął, to i tak obróciłoby się to przeciwko mnie.

Takie ma pan złe zdanie o tzw. opinii publicznej?

W ostatnich dwóch latach ukazało się na mój temat bardzo dużo publikacji, nie tylko w portalach plotkarskich, ale i w poważnych tygodnikach, i 90 proc. tych artykułów nie zawierało prawdy.

Kto to kreował? Pan?

Media. Przecież to był serial o krnąbrnym wieprzku, który ma siano zamiast mózgu.

O sobie pan teraz mówi?

Tak, o jakimś cycastym chłopczyku z radia, któremu nie stawało inteligencji, by udźwignąć cały ciężar popularności, jaką przyniósł mu jego partner zawodowy. No przecież tak ten serial leciał.

Pan w mediach jest od ponad 20 lat.

I doskonale je rozumiem. Plotkarskie portale to nie jest dziennikarstwo. Wystarczy, że źle wyjdziesz na zdjęciu, i od razu powstaje artykuł na temat np. operacji plastycznych. Miałem niewyparzoną gębę i źle wychodzę na zdjęciach – to wystarczy, by wymyślać na mój temat różne rzeczy o ćwierćinteligencie. Dobrze jest jeszcze dołożyć zdanie pani nadredaktor Moniki Olejnik o tym, że nigdy nic nie rozumiałem, i historia układa się w opowieść o bezrefleksyjnym idiocie, który nie ma na zimną rybę z ryżem.

Monitoruje pan media, czyta pan wszystko, co się o panu pojawia?

Nie. I nie zatrudniłem też agencji PR, która ma ratować mój wizerunek. Gdybym ją miał, to pewnie nie pojawiłyby się teksty o tym, jakim to jestem zgorzkniałym amatorem pozbawionym sushi. Przecież to było w poważnej gazecie. Moja córka ma 11 lat, potrafi czytać i widzi, co w mediach jest na temat jej rodziców.

„Czułam się kelnerką na bankiecie życia Michała”.

To cytat z „Seksmisji”.

Z pana żony.

Rozwiedliśmy się kilka tygodni temu. Już raz powiedziałem, że prywatność jest w dzisiejszych czasach najtańszym towarem. Darujmy sobie dyskusję na ten temat.

No dobrze, ale zła passa chyba się skończyła, już się pan podnosi?

Chyba tak, ale proszę uwierzyć, że z naszej rozmowy zostaną wyciągnięte zdania, z których zostanie uszyty jakiś sensacyjny news.

Pan kiedyś miał przecież zostać naczelnym „Faktu”.

Dziesięć lat temu. Rozmowy były zaawansowane, a propozycja kusząca. Byłem nawet w redakcji. Nie wiem, czy poszedłem po rozum do głowy, ale w końcu odmówiłem. Jednak w tzw. miasto poszła informacja, że propozycję przyjąłem. Konsekwencje były tego takie, że wielokrotnie byłem proszony o interwencję w sprawach buduarowych. Nie miałem jednak mocy sprawczych.

Co z panem będzie, jak wygra PiS?

A co ma być? Ja nie jestem na usługach żadnej partii politycznej. Moja zawodowa kariera nie jest w żaden sposób ustawiona politycznie ani – jakby chciało wielu – historycznie. Na prawicowych portalach z lubością wypisywane są teksty o tym, że jestem dzieckiem prominenta, że jestem partyjnie umocowany. W 1989 r. miałem 16 lat, a rok później mój ojciec na polecenie Leszka Balcerowicza został likwidatorem Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. I w związku z tym, że moje nazwisko pojawia się w kontekście FOZZ, to na tych portalach piszą, że ojciec był jednym ze złodziei okradających państwo polskie. Nikt nie zadaje sobie trudu, żeby sprawdzić, że ojciec rozliczał tych, którzy te pieniądze wyprowadzali.

Rodzina jest z pana dumna?

Ojciec, póki żył, nie opuścił żadnej audycji, którą prowadziłem. Mama ogląda mój program, ale zawsze znajdzie dziurę w całym. Wie, jaki jestem, urodziła mnie, zna mnie. Jest największym rockandrollowcem, jakiego znam. Nie do zdarcia.

Prawdziwy pan jest? Szczery ze mną?

Ostatnio rozmawiałem z panią redaktor, która zaczęła od pytania, czy nadal jeżdżę luksusowym samochodem i co zrobiłem, że tak schudłem. Już mnie nie interesują takie rozmowy. Z doświadczenia wiem, że mówienie o życiu prywatnym nie popłaca. Ale jak człowiek jest młody, naiwny...

I ma parcie na popularność?

Tak. To wtedy mu się wydaje, że mówienie o prywatności jest w to wpisane.

Mówi pan jak Krzysztof Ibisz. On do takich wniosków doszedł przed pięćdziesiątką.

Teraz wręcz uważam, że ujawnianie przez dziennikarzy szczegółów życia prywatnego czy nawet preferencji politycznych jest niewłaściwe. To jest odzieranie się z obiektywizmu, a często kompromitacja.

O kim to?

Z jednej strony np. o Wojtku Cejrowskim, świetnym dziennikarzu, z drugiej, choćby o Monice Olejnik. Bycie dziennikarzem to niezależność polityczna, a nie wykorzystywanie pozycji do wygłaszania swoich poglądów.

I kto to mówi.

Ja robiłem satyrę polityczną, a nie dziennikarstwo polityczne. I tyle samo żartów było z PiS, co z PO, tyle że te z PiS częściej kończyły się awanturą.

W piątek, 1 sierpnia, o godz. 17...

Stanąłem na baczność, w ciszy, i oddałem hołd powstańcom. Co roku tak robię. Naprawdę chce pani Figurskiego pytać o powstanie? Za każdym razem denerwuję się, kiedy ktoś podaje w wątpliwość fakt, czy powinno ono wybuchnąć. Nie mogę słuchać, kiedy ktoś mówi, że było niepotrzebne, że to zbrodnia, a nawet zamach. Z roku na rok ta dyskusja jest coraz głośniejsza. Nie rozumiem tego, bo przecież fakty są od dawna znane, nie pojawiają się żadne nowe poszlaki. Nie rozumiem, dlaczego przelana krew powstańców, tak potwornie umęczonych i upodlonych, poddawana jest dyskusji. Dlaczego nie można uszanować pamięci tych ludzi? Przepraszam, że klnę, ale wkurwia mnie to. To gadanie o wyrżnięciu kwiatu polskiej młodzieży i inteligencji, to rozmydlanie, te komunały powodują, że mi się nóż w kieszeni otwiera. Dochodzi do tego, że pojawiają się głosy, że to powstańcy zniszczyli Warszawę. Myślę, że dla wielu biorących udział w powstaniu godzina W była pierwszym od dawna szczęśliwym momentem ich życia. Wtedy to przestała być walka narodowo- -wyzwoleńcza, tylko prywatna wendeta za lata strachu, głodu i śmierci. Za rozstrzelania, za łapanki, za godzinę policyjną, za żydowskie getto i za przedziały z napisem „Nur für Deutsche”. W dzisiejszych czasach nie jesteśmy w stanie wyobrazić sobie choćby w promilach cierpienia, jakiego doznali ci ludzie, więc nie mamy prawa oceniać ich czynów. W realiach okupacji śmierć wydawała się nieunikniona. Chwała im za to, że wybrali taką.

Ma pan jakieś autorytety?

Ciężko o tym mówić, nie popadając w patos. Nie chciałbym, żeby powstanie było używane do jakichś gierek politycznych. Widzę, jak teraz świat reaguje na to, co się dzieje na Ukrainie, i mam poczucie, że historia znowu zatacza koło. Rozmawia się o sankcjach gospodarczych dla Rosji, o głębokim zaniepokojeniu, politycznym wsparciu. Cały świat wiedział, co się dzieje w Warszawie podczas powstania, cały świat wiedział, że Wielki Czerwony Brat stoi po drugiej stronie Wisły i czeka, aż ostatnia kropla polskiej krwi spłynie... Teraz świat patrzy na Ukrainę i czeka. Proszę pamiętać, że kilka lat przed wojną Hitler został człowiekiem roku „Time’a”. Podobnie jak dwa lata temu Putin, który jeszcze niedawno uważany był za znakomitego przywódcę i przyjmowany na światowych salonach. Dopiero w obliczu realnego zagrożenia zaczynamy widzieć prawdziwe intencje. Wcześniej mówili o tym głośno tylko tak zwani fundamentaliści, których u nas nie brakuje, a którzy w czasach pokoju potrafią uczynić wiele zła. Jednak w czasie wojny, to oni pierwsi stają na barykadzie.

Pan w której grupie by się znalazł?

Daleko mi do radykała, ale pewne zginąłbym pierwszego dnia wojny. Bez żadnego pomyślunku wyszedłbym walczyć z każdym, kto podniósłby rękę na mój kraj, na moją rodzinę. Za kraj, za ojczyznę. Jestem wielkim fanem Marysi Peszek. Bardzo mnie zabolała jej piosenka: „Sorry Polsko, sorry Polsko, wybacz mi, nie przeleję za ciebie ani jednej kropli krwi”. To się kłóci z moim światopoglądem. Zadzwoniłem, powiedziałem jej o tym. Myślę, że patriotyzm trzeba w sobie hołubić. Żal mi, że tak bardzo nie szanujemy polskiej flagi, że patriotyzm sprowadzany jest do pieniactwa i obrzucania się kamieniami na Krakowskim Przedmieściu. �

Okładka tygodnika WPROST: 32/2014
Więcej możesz przeczytać w 32/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0