Czeska Polska

Czeska Polska

Polak w Republice Czeskiej musi się starać bardziej, dlatego Zaolzianie odnoszą wyjątkowe sukcesy.

Gdyby nie Ewa Farna czy Halina Młynkowa o Zaolziu, polskim kawałku Czech, mało kto by u nas słyszał. Pochodząca z Wędryni Farna chętnie opowiada o swoich korzeniach, a Czechów zaszokowała wyznaniem: „Jsem Polka!”. Pięć lat temu dała się sfotografować w polskim stroju ludowym w czasie kampanii zachęcającej do deklarowania polskości podczas spisu powszechnego. Takiej deklaracji oczekują Zaolzianie. Gdy Halina Młynkowa u progu swojej kariery przedstawiana była w Polsce jako „Mlynková”, za Olzą mówiono, że to prowokacja. Bo przecież ojciec piosenkarki, nieżyjący już Władysław Młynek, był znanym działaczem miejscowej Polonii.


W Janie Monczce, aktorze pochodzącym z zaolziańskiej Karwiny, Polki kochały się w latach 80. Po zagraniu roli podrywacza oszusta w serialu „Tulipan” stał się jednym z czołowych amantów w kraju. Czesi z kolei dobrze znali ze swoich seriali zmarłego przed czterema laty Bronisława Poloczka, aktora praskiego Teatru Narodowego rodem z Suchej Górnej.

DWÓCH PREMIERÓW Z ZAOLZIA

O Zaolziu nad Wisłą głośniej zaczęto mówić w 1997 r., gdy premierem Polski został Jerzy Buzek urodzony w Śmiłowicach pod Frydkiem-Mistkiem. Z kolei w Czechach przez pół roku – od końca czerwca 2013 do końca stycznia 2014 r. – stanowisko premiera piastował Jiří Rusnok (który sam uważa się za Czecha). Warto zresztą dodać, że w życiu politycznym niepodległej Polski Zaolzianie obecni byli od samego początku. Wielu nie mogło się pogodzić z faktem, że ich mała ojczyzna, południowa część dawnego Księstwa Cieszyńskiego, znalazła się w granicach Czechosłowacji. A przecież już w październiku 1918 r. właśnie nad Olzą powstała Rada Narodowa, pierwszy formalny rząd na całych ziemiach polskich! Jednym z inicjatorów powołania tej instytucji był Józef Kiedroń, inżynier górnik z Błędowic, dwukrotnie zamykany w więzieniu przez Czechów za walkę o przyłączenie Zaolzia do Polski. W II RP był m.in. ministrem przemysłu i handlu w rządzie Władysława Grabskiego. Żyje jeszcze na Zaolziu prawdziwa legenda czeskiego futbolu – Tadeáš Kraus, piłkarz praskiej Sparty. To z jego podania Anton Moravčík strzelił zwycięskiego gola Brazylii w 1956 r. Tadeáš naprawdę nazywa się Tadeusz i zaczynał karierę w polskim klubie sportowym Siła w Trzyńcu. Dumą tego robotniczego miasta, przez stulecia związanego z polskością, jest klub hokejowy HC Oceláři Trzyniec, jeden z najlepszych w Czechach. Klub jest czeski, ale ciągle grają w nim Polacy, a barwami drużyny są biel i czerwień. Sponsorem klubu jest miejscowa huta – moloch, którym Polacy kilkukrotnie kierowali. Także dziś jej dyrektorem jest Zaolzianin Jan Czudek.

Listę wybitnych osobistości pochodzących z tego niewielkiego regionu można by ciągnąć jeszcze długo, bo mają oni osiągnięcia w każdej dziedzinie, nie tylko w kulturze, sporcie czy polityce. Dobrze ma się tu także biznes – kilka lat temu trzej bracia Wałachowie z Bystrzycy zostali Przedsiębiorcami Roku Republiki Czeskiej. Zresztą Zaolzianie odnoszą sukcesy na całym świecie (np. w Kanadzie znany jest specjalista od metalurgii Władysław Buzek, a na Cambridge University pracuje wybitny chirurg dr Thomas Santarius). Na stronach ambasady polskiej w Pradze wymienia się ok. 30 osób pochodzących znad Olzy, które odgrywają ważną rolę w kulturze i gospodarce. W rzeczywistości jest ich kilkukrotnie więcej, co jak na tę niewielką społeczność stanowi osiągnięcie doprawdy imponujące. Izabela Wałaska, Zaolzianka mieszkająca w Pradze, od lat przygotowuje cykl spotkań „Zaolzie potrafi”. – Wielu z tych, którzy coś osiągnęli, wyjeżdża w świat. Zdarza się, że nawet tu, na Zaolziu, nikt o nich nie słyszał. Widzowie, którzy oglądają nasz talk-show na żywo albo w sieci, dziękują mi za to, że mogą poznać ludzi sukcesu pochodzących z naszego regionu. Te imprezy mają sens – budzą w nas poczucie dumy „bycia stąd” – mówi. – Jesteśmy tu u siebie, ale jednocześnie w jakimś sensie obcy. Opowieści o odwiecznej czeskości tych ziem powtarzane są nad Wełtawą jak mantra. Dlatego, żeby coś osiągnąć, musimy się starać dwa razy mocniej – tłumaczy sukcesy Zaolzian Marian Siedlaczek, szef miejscowego Towarzystwa Fotograficznego.

ZAOLZIE DLA TURYSTY

Sentymentalną podróż po Zaolziu można rozpocząć od zwiedzania Czeskiego Cieszyna. Kiedyś to było przedmieście. Dopiero w okresie międzywojennym, po podziale miasta między Polskę i Czechosłowację, zbudowano tu osobny rynek, kilka pierzei kamienic, szpital i teatr. Co ciekawe, burmistrzem był w owym czasie Ślązak, który rządził wraz z Polakami i Niemcami, a Czesi byli w opozycji. Przedwojenny plac nie robi może wielkiego wrażenia, ale poszczególne modernistyczne kamienice to już dzieła sztuki – jednym z nich jest „Gimpel” – Polskie Gimnazjum im. Juliusza Słowackiego, kuźnia zaolziańskiej inteligencji. – W podstawówce nauczyciele uważali za coś oczywistego, że wszyscy pójdziemy do polskiego gimnazjum – wspominała kiedyś Ewa Farna.

Do Czeskiego Cieszyna warto się wybrać na przełomie kwietnia i maja, gdy odbywa się tam festiwal „Kino na granicy” (w tym roku po raz 18.). Po obu stronach Olzy pokazywane są polskie i czeskie filmy i akurat wtedy most graniczny naprawdę łączy, by użyć słowa, którego często się nadużywa. Godny uwagi jest też Jabłonków (Jablunkov). Norman Davies powiedział kiedyś, że na przełomie XIX i XX wieku było to miasto najbardziej polskie na całych ziemiach polskich, choć w swojej 500-letniej historii niespełna dwa lata należało do państwa polskiego. Spacerując po miasteczku, nie sposób przeoczyć szkoły podstawowej im. Henryka Sienkiewicza, bo informuje o tym wielki napis na froncie budynku. W pierwszy weekend sierpnia odbywa się tu Gorolski Święto, największa impreza folklorystyczna, która gromadzi górali z całego regionu. To właśnie wtedy południowa część Zaolzia, tzw. Goraljia, manifestuje swoje przywiązanie do polskości. Sami górale śląscy, żyjący po jednej i po drugiej stronie granicy, są w Polsce mało znani. Fenomenem jest to, że ich kultura była w czasach komunizmu skansenem i nagle w latach 80. zaczęła się spontanicznie odradzać. Widok dumnego górala w czerwonej kamizelce i charakterystycznym kapeluszu z podwiniętym rondem wciąż zaskakuje kuferkorzy, jak nazywa się tu przyjezdnych z głębi Czech.

Zwiedzając zaolziańskie kościoły i zbory, warto pamiętać, że na tym skrawku ziemi żyją wyznawcy wszystkich 21 związków religijnych zarejestrowanych w Czechach, a mimo to nie dochodzi tu do żadnych waśni na tym tle. Niektóre historie wydają się idealnym materiałem na film: choćby dzieje Związku Stanowczych Chrześcijan. Jeden z jego przywódców miał widzenie, że Bóg wybrał dla całej wspólnoty nową ziemię obiecaną w Polsce. Mimo problemów stwarzanych przez władze komunistycznej Czechosłowacji na przełomie lat 60. i 70. ok. 100 rodzin wyemigrowało w Bieszczady i żyje tam do dziś.

Mówi się, że mieszkańcy regionu posiadają niemieckie umiłowanie porządku, czeskie poczucie humoru i polską fan- tazję. Jarosław Jot-Drużycki w swojej książeczce „Hospicjum Zaolzie” zanotował uwagę jednego z Zaolzian, że „w Krakowie wystarczyć coś powiedzieć, by wiedzieli o tym wszyscy. Tu wystarczy pomyśleć, i już wszyscy wiedzą”. Wiadomości najszybciej rozchodzą się w knajpie. Tutejsze knajpy są bardzo przyjazne, ale jedna z nich jest szczególna i trzeba ją koniecznie zobaczyć. To pub U Huberta znajdujący się w Czeskim Cieszynie, zaraz za granicą, przy moście nad Olzą. Wyróżnia się surowym wystrojem niezmienianym od kilkudziesięciu lat. Wielu Polaków przychodzi tu, żeby poczuć czeski klimat. Miejscowi szybko wtedy przypomną, że w 1913 r. knajpę założył polski restaurator Innocenty Partyka. Do dziś mówi się w Cieszynie, że ktoś był na piwie u Partyki. ■

©� ©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 5/2016
Więcej możesz przeczytać w 5/2016 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0