Filmowy zmysł M. Nighta Shyamalana

Filmowy zmysł M. Nighta Shyamalana

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kadr z filmu „Wizyta” / „The Visit” (2015)
Kadr z filmu „Wizyta” / „The Visit” (2015) / Źródło: United International Pictures
Konia z rzędem temu, kto znajdzie reżysera o dorobku tak nierównym, jak u M. Nighta Shyamalana. Na filmografię Hindusa składają się tytuły kultowe oraz spektakularne klapy, a na liście nagród i wyróżnień kolekcję Złotych Malin poprzedza nominacja do Oscara. Dobrze przyjęta „Wizyta” skierowała naszą dziennikarską soczewkę ku najjaśniejszym punktom w karierze tego twórcy.

Wieść o genialnym hinduskim filmowcu, M. Nightcie Shyamalanie, obiegła świat w roku 1999. Twórca, który miał do tej pory na koncie dwa finansowe klopsy (dramaty „Praying With Anger” oraz „Dziadek i ja”), podpisał się wówczas pod kasowym „Szóstym zmysłem”. Sukces w box office szedł w parze z uznaniem krytyków, w tym Akademii Filmowej. Mimo sześciu nominacji do Oscara (między innymi za najlepszy film, reżyserię i scenariusz) Shyamalan i spółka wyszli z gali pustymi rękoma. Nie zmniejszyło to oczekiwań wobec kolejnych projektów tego twórcy. Według prasy „Niezniszczalny” okazał się rozczarowaniem, lecz fani komiksów prędko nadali mu status kultowego (do szczególnej sympatii przyznaje się nawet Quentin Tarantino, który wymienia „Niezniszczalnego” w dwudziestce swoich ulubionych filmów). Choć „Znaki” i „Osada” również wywołały pomruki niezadowolenia pismaków, Shyamalan nie mógł narzekać na brak zainteresowania i wsparcia ze strony fanów rozmiłowanych w aurze tajemnicy, jaka emanuje z tych opowieści.

Resztkę prestiżu udało się zachować reżyserowi do roku 2006; później mydlana bańka pękła. Kolejne „Kobieta w błękitnej wodzie”, „Zdarzenie”, „Ostatni Władca Wiatru” oraz „1000 lat po ziemi” to litania wszystkich nieszczęść, jakie przytrafić się mogą twórcy filmowemu (oraz widzowi). Dziewięć nominacji do Złotych Malin przerodziło się w cztery niechlubne nagrody. Rok 2015 przyniósł jednak upragnioną zmianę – tym razem jury antyoscarów umieściło Shyamalana wśród gwiazd wracających do łask, czyli nominowanych w kategorii Odkupiciel za Złotą Malinę. Stało się tak dzięki horrorowi „Wizyta”. Podczas gdy wszyscy byli przekonani, że stylistyka found footage to już tylko sucha skórka, filmowiec wycisnął z niej sok.

Jeśli pójdziemy śladem jury Złotych Malin i rozgrzeszymy Shyamalana z jego przewinień (innymi słowy – spuścimy zasłonę milczenia na jego nieudane projekty), ukaże się nam twórca z konsekwentnie realizowanym pomysłem na siebie i swoje kino. „Szósty zmysł”, „Niezniszczalny”, „Znaki”, „Osada” i „Wizyta” przynależą do tego samego, niesamowitego uniwersum. W ruch planety te wprawia napięcie między zwykłością i cudownością. Rzeczywistość namacalna i duchowa (paranormalna) nie są tu rewersem i awersem, lecz dwiema warstwami farby nałożonymi jedna na drugą. 

Podobno inspiracją dla scenariusza „Szóstego zmysłu" był odcinek „Czy boisz sie ciemności?" zatytułowany „Opowieść o dziewczynie snów”, którego ignorowani przez wszystkich bohaterowie nie zdają sobie sprawy z tego, że umarli. Gdy okazało się, ze mariaż dramatu psychologicznego i horroru to strzał w dziesiątkę, Shyamalan uczynił z opowieści z dreszczykiem swoją domenę. Po historii o chłopcu, który rozmawia z duchami, przyszedł czas na superbohaterski epos – w „Niezniszczalnym” szary Iksinski o niepozornym wyglądzie Bruce’a Willisa odkrywa w sobie nadzwyczajne zdolności. „Znaki” przedstawiają zaś starcie ludzkości z najeźdźcami z kosmosu. Shyamalan, jakby w obawie przed śmiesznością, prezentuje motyw UFO z przymrużeniem oka, o czym świadczą choćby niewydarzony bohater grany przez Joaquina Phoenixa czy też aluminiowe czapeczki, które mają zabezpieczyć umysły przed ingerencją kosmitów. W przypadku „Osady” i „Wizyty” reżyser nie sięga po kolejną pozycję z listy „nadprzyrodzonych” tematów. Zamiast tego szuka niezwykłości w realnym świecie. Niezależnie od tego, jak dosłownie traktuje on wątki paranormalne, fabuła jego filmów zawsze kręci się wokół tajemnicy. Tu sowy nigdy nie są tym, czym się wydają…   

Owe niesamowite historie Shyamalan opowiada często z perspektywy everymana. By nadać fabułom pozory realności i sprawić, by widz „uwierzył w ducha”, hinduski twórca osadza akcję w zwyczajnych amerykańskich domach. Ich mieszkańcy wiodą zwykle nudnawe, nie do końca satysfakcjonujące żywoty. Najwyraźniej tendencję tę obrazuje „Niezniszczalny”: David Dunn to smutny ochroniarz, jedną nogą rozwodnik, który wdzięku ma tyle, ile  grający tę postać Bruce Willis włosów. A jednak to właśnie on okazuje się Supermanem bez peleryny, herosem „no filter”. Podobna koncepcja doskonale sprawdza się też w „Znakach”. Na Ziemi wylądowało UFO, po czym nagle odleciało. Dlaczego? Nikt nie wie. Co więcej, brak tej informacji nie ma w filmie znaczenia. Inwazję obserwujemy oczami przeciętnej (ponownie niekompletnej) rodziny, która niczego z zaistniałej sytuacji nie rozumie. Nawet nie próbuje; Hessom chodzi jedynie o to, by przetrwać. Nikt tu nie ratuje świata, nikt nie zakłada, że da popalić zielonym. Shyamalan pozbawił spotkanie trzeciego stopnia misterium. 

Kontrast dla zrezygnowanych, nieporadnych dorosłych stanowią w tym kinie dzieci – zawsze rozwinięte ponad swój wiek, bardziej spostrzegawcze od swoich opiekunów. Cole Sear ma wgląd w zaświaty. Syn Davida Dunna dostrzega „niezniszczalność” ojca prędzej, niż on sam. Młodzi Hessowie jako pierwsi zaczynają rozumieć, czym naprawdę są kręgi na polu kukurydzy. Becca i Tyler – bohaterowie „Wizyty” – niemal od razu wyczuwają, że poziom dziwactw ich dziadków przekracza normę. W „Osadzie” zaś odpowiednikiem dziecięcych bohaterów jest równie niewinna, niewidoma Ivy Walker. Dziewczyna widzi sercem, a więc widzi więcej. Wszystkie te postaci łączy wyostrzona intuicja, która nadaje im funkcję łączników między światem materialnym i duchowym. Dzieci w filmach Shyamalana nie zapomniały jeszcze, jak używać „trzeciego oka”.

Czy filmowy szósty zmysł M. Nighta Shyamalana uległ stępieniu? „Wizyta” pozwala zaprzeczyć tej tezie. Jednak jak powszechnie wiadomo, jedna jaskółka nie czyni wiosny. O tym, czy jest to rzeczywisty powrót do formy, czy tylko przedśmiertne podrygi, przekonamy się niebawem – reżyser pracuje obecnie nad filmem „Labor of Love”. W roli głównej wystąpi ponownie Bruce Willis, co można odczytywać jako dobry znak.

Czytaj także

 0

Czytaj także