Berlinale '16 - Zjednoczone Stany Miłości

Berlinale '16 - Zjednoczone Stany Miłości

Dodano:   /  Zmieniono: 
Zjednoczone Stany Miłości (2015)
Zjednoczone Stany Miłości (2015) / Źródło: Kino Świat / fot. Oleg Mutu
„Zjednoczone Stany Miłości” Tomasza Wasilewskiego, startujące w Konkursie Głównym tegorocznego festiwalu w Berlinie to dzieło tyleż dobre, co nierówne.

Posiadająca strukturę epizodyczną opowieść podąża za czterema kobietami, które mieszkają w tym samym bloku. Prawdziwe dramaty rozgrywają się za zamkniętymi drzwiami, parafrazując wypowiedź reżysera o inspiracjach do dzieła, dlatego ważnym było, aby ukazać życie tych kobiet właśnie od kuchni, od środka. Każda z nich opowiada o jakiejś niespełnionej miłości, o niezaspokojonej potrzebie, której brakuje w ich życiu.

Historie czterech kobiet (granych przez Magdalenę Cielecką, Julię Kijowską, Dorotę Kolak oraz Martę Nieradkiewicz) przeplatają się ze sobą. W zasadzie jednak nie tyle się przeplatają, co następują po sobie. Ta epizodyczna forma jest zarówno plusem, jak i przekleństwem dzieła. Dwa pierwsze „odcinki” posiadają bowiem straszliwie nierówny poziom. Obok elementów wybitnych, godnych uwagi i zapamiętania, wiele jest tam chwil oklepanych, standardowych, niewystarczająco ciekawych, by przykuć uwagę widza, który chwilami zaczyna odpływać od toku historii. Taka budowa umożliwiła jednak także wprowadzenie w trzecim akcie, po godzinie czasu ekranowego. nową bohaterkę, której historia staje się najbardziej angażującą, najciekawiej rozpisaną i taką, która w pełni się broni. Jest de facto wyśmienitą etiudą, dołączoną do dwóch innych historii, które niestety nie są już tak wygładzone.

Największym atutem dzieła, które zachwyca w całym toku jego trwania, są zdjęcia Oleg Mutu, które mamią zmysły, urzekają i zostają w głowie na dłużej. Wyśmienicie skadrowane, świetnie ogrywające przestrzeń, ukazujące jak bardzo odludne jest miejsce wydarzeń. Kilka bloków postawionych pośrodku niczego. Z większości kadrów wybrzmiewa elegancja, szyk, ład, a do tego idealne zgranie z tematem dzieła. Wirtuozerski wręcz rozmach skali zdjęciowej ekstrawagancji, która przejawia się (zaskakująco) w niezwykłym stonowaniu i wykorzystaniu jednej szaro-niebieskiej palety barwnej, intryguje i przyciąga. W szczególności godne uwagi są chwile spędzone na wysypisku śmieci, gdzie bohaterka Magdaleny Cieleckiej spotyka się z bohaterem Chyry. Szare barwy nabierają tam dodatkowych odcieni, a niemal pusty kadr cudownie ogrywa przestrzeń tak rzeczywistą, jak i emocjonalną, w której znajdują się bohaterowie.

„Zjednoczone Stany Miłości” to dzieło, które wywołało we mnie skrajnie różne uczucia - przez znudzenie aż po zaangażowanie i zachwyt. Poszczególne części są bowiem niezwykle nierówne. Najsłabszy, bo najbardziej typowy i schematyczny segment opowiadający o bohaterce Cieleckiej, ma także dwie najciekawsze sceny całego obrazu. Moment, w którym jeden z epizodycznych bohaterów mówi do niej „Nie poznaje mnie pani?”, czy dramatyczna chwila (ukazana w sposób niemal komiczny) na zamarzniętym jeziorze wybijają się z natłoku scen, które pojawiają się w dziele.

„United States of Love” to obraz, który mógłby sięgnąć doskonałości, gdyby nieco inaczej poprowadzić dwie pierwsze historie. Mimo wszystko jest to dzieło, z którym warto się zapoznać, dać omamić jego rozwiązaniom formalnym oraz bezbłędnej „etiudzie” końcowej. Mam nadzieję, że Jury dostrzeże precyzję oraz rozmach zdjęć Olega Mutu, które zasługują na wszelkie nagrody, swoją formułą wybijając się ponad przeciętną.

Ocena: ?! (Bo: Ostatni akt: 8/10 Całość? Nie wiem, (jeszcze) nie potrafię ocenić)

Czytaj także

 0

Czytaj także