Wyrzucić z siebie piekło

Wyrzucić z siebie piekło

Janosch nie pasuje ani Polakom, ani Niemcom, ani Ślązakom – może dlatego sypia w hamaku na dalekiej Teneryfie. Właśnie ukazuje się biografia tego literackiego buntownika z zabrzańskich familoków.

Układaniu puzzli towarzyszy kojące przeświadczenie, że każdy element ma swoje miejsce, więc wetknięcie go tam, gdzie powinien się znaleźć, to tylko kwestia czasu i cierpliwości. Może dlatego ludzie lubią puzzle – rzeczywistość jest mniej przewidywalna. Ta nieprzewidywalność powoduje, że od czasu do czasu zostajemy w ręku z elementem, który do puzzli nijak nie przystaje. Kształt ma niezgodny z oczekiwaniami. Zagadka niepasującego elementu prowokuje z kolei niewygodne pytania o to, czym właściwie są puzzle, które układamy. Zbiorem stereotypów i uprzedzeń? Zestawem fałszywych zbiorowych wyobrażeń? A może ideologiczną i polityczną manipulacją? Tak właśnie sprawy się mają z Janoschem, wybitnym pisarzem i ilustratorem – Janosch nie pasuje do żadnej układanki. Ów rosły, 84-letni wąsacz rodem z zabrzańskich familoków wyłamuje się zarówno z polskiej, jak i z niemieckiej narracji na temat Śląska. Jego artystyczna kariera również nie spełnia kryteriów klasycznej opowieści o sukcesie człowieka ze społecznych nizin. Właściwie w ogóle nie wiadomo, co z Janoschem począć, choć w Niemczech jego fenomenalne książeczki zna praktycznie każde dziecko.

Wyzwanie podjęła krakowska germanistka Angela Bajorek. Nie było łatwo, jako że Janosch w stosunkach ze światem utrzymuje sarkastyczny dystans, w rozmowach fantazjuje, żartuje i naigrawa się z dziennikarzy, a ponad trzy dekady temu umknął przed sławą i fortuną aż na kanaryjską Teneryfę. Niemniej lody zostały w końcu przełamane i biografia ostatecznie powstała. Jest nie tylko dobrze napisana – jest też fascynująca.

Inna sprawa, że Janosch nie szczędził w swojej twórczości autobiograficznych tropów: jego najsłynniejsza proza dla dorosłych, „Cholonek, czyli dobry Pan Bóg z gliny” (1970), to właściwie ledwie zakamuflowana historia własnego dorastania. Opublikowana w Polsce w zeszłym roku powieść „Szczęśliwy, kto poznał Hrdlaka” (oryg. wyd. 1994) także bazuje na osobistych doświadczeniach autora, będąc swoistym appendiksem do „Cholonka...”. Obie układają się w szczególną kronikę losów Górnego Śląska lat 30. i 40. zeszłego wieku. Szczególną, bo ujętą nie z lotu ptaka, lecz z perspektywy robotniczej ulicy na ponurym górniczym osiedlu. Ale Janoscha nie interesowało współczucie pogrążonym w nędzy ludziom pracy, nie pociągały go też nostalgiczne wspomnienia utraconego raju młodości – on chciał jedynie wyrzucić z siebie piekło. „Na »Cholonka« potrzebowałem 41 butelek ginu Gordon’s. Puste butelki ustawiałem przed domem. Policzyłem je. Po tym wszystkim trafiłem do szpitala z zatruciem wątroby” – wspomina.

JANUSZ, CZYLI JANOSCH

Janosch to pseudonim wymyślony podobno przez pierwszego wydawcę pisarza, Georga Lentza, który „stwierdził, że widzi we mnie klauna, i razem się ululaliśmy”. Był rok 1959, Janosch wciąż był zaś Horstem Eckertem, ale Lentz miał inny pomysł: „Twoje nazwisko jest do kitu. Teraz będziesz Polakiem i będziesz się nazywał... no właśnie, jak?”. Stanęło na „Janoschu”, a ściślej na „Januszu” – tyle że pewien niemiecki zecer wykazał się inwencją i poprawił pisownię na bardziej zrozumiałą. Nim jednak Horst Eckert został Janoschem i mógł się włóczyć z Lentzem po monachijskich knajpach, a także opublikować u niego debiutancką książeczkę dla dzieci „Historia konia Walka” (z nakładu wysokości 100 egzemplarzy sprzedało się 15 sztuk), musiał się urodzić. „Gdybym miał przeżyć jeszcze raz to przeklęte dzieciństwo, powiedziałbym: »Nie, wyskrobcie mnie od razu«. Przez 30 lat upijałem się, żeby zapomnieć o tym gównie” – mówił w jednym z wywiadów po „Cholonku...”.

Przyszedł na świat w 1931 r. w Zaborzu- -Porębie, dzielnicy Zabrza (wówczas Hindenburg), tuż przy dokumentnie wydeptanej przez przemytników granicy z II RP. Imię dostał po Horście Wesselu, zamordowanym pięć miesięcy wcześniej przez komunistów młodym działaczu NSDAP, którego śmierć szybko otoczono męczeńskim kultem. Ta przewidująca i zapobiegawcza decyzja nie znaczyła bynajmniej, że rodzina przyszłego pisarza miała jakieś zdecydowane nazistowskie inklinacje – nawet jej niemieckość była bowiem raczej wątpliwa. „My, Eckertowie, byliśmy więc po prawdzie bardziej polscy. Nie mógłbym wynaleźć mojego sposobu myślenia, gdybym nie miał go we krwi. [...] Moi dziadkowie nie znali niemieckiego, moja babcia i dziadek mieli praniemieckie nazwisko Eckert. Nie znali oni szczoteczki do zębów, ale oboje mieli zdrowe uzębienie. Drudzy dziadkowie mieli polskie nazwisko Głodny, ale nie mieli ani jednego zęba, jednak rozumieli język niemiecki. To jest jednak dzieło czystego przypadku, jak gdyby Bóg tu, nad Czarniawką, zrobił kilka głupich dowcipów”. Z imieniem chodziło więc o to, o co i z całą resztą – o strategię przetrwania. Janosch w zasadzie unikał i nadal unika refleksji na temat śląskiej tożsamości; małomiasteczkowa ludzka menażeria, którą z groteskową czułością opisuje w powieściach, ci wszyscy sfrustrowani pijacy, do absurdu skąpe babiny, drobni oszuści, świętoszkowate kurwy, łatwowierni oportuniści i mydłkowaci kolaboranci, jest skupiona głównie na rozpaczliwych próbach wyrwania się z patologicznej biedy. Wybór narodowości i języka to tylko jedna z wielu ryzykownych decyzji, które mogą w tym pomóc albo przeszkodzić.

Jakże daleko tej wizji od mitu dumnych, szlachetnych, zahartowanych ciężką pracą Ślązaków. Może dlatego „Cholonek...” mógł się ukazać już w 1975 r. w PRL-u (cenzura usunęła z niego skwapliwie jedynie sceny gwałtów i rozbojów będących dziełem sowieckiej armii) – uderzał bowiem w etniczną i kulturową odrębność Śląska, przedstawiając tę ziemię jako zbieraninę lumpenproletariackich wyrzutków opętanych obsesją społecznego awansu za wszelką cenę, choćby za cenę noszenia opaski ze swastyką i szabrowania pożydowskich majątków. Ziemię, gdzie zdrowy rozsądek zachowują tylko ludzie powszechnie uznawani za wariatów. Nic dziwnego, że niemieckie organizacje wypędzonych nie były, delikatnie rzecz ujmując, zachwycone twórczością Janoscha.

ODRAŻAJĄCY KATOLICYZM

Piekło dorastania na Śląsku lat 30., naznaczone ciasnotą, wódką, przemocą, nazizmem i wonią kiszonej kapusty, miało jeszcze jeden wymiar – religijny. Według Janoscha katolicyzm nasączał ówczesną rzeczywistość nienawiścią, pogardą, hipokryzją i strachem. „Raz katolik, na zawsze katolik” – mówił pisarz w wywiadzie. – „Z tego powodu przez całe życie nie miałem żadnej przyjemności z seksu. Właściwie nigdy”. „Kościół nigdy nie uratował żadnego człowieka przed nazistami” – dodawał w innym miejscu. Kiedy opublikował w „Spieglu” satyryczny rysunek zatytułowany „Chrzest”, przedstawiający księdza wbijającego dziecku krzyż w pępek, wzbudził wściekłość bawarskiego premiera Edwarda Stoibera. Religijny uraz został zresztą Janoschowi do dziś: „Wszystko, co katolickie, jest dla mnie odrażające. Zresztą większość religii jest dla mnie wielkim światowym oszustwem” – wyznaje swojej biografce, sympatię zachowując tylko dla buddyzmu. Podobne poglądy irytują nie tylko Bawarczyków: w latach 90. nie doszło w Zabrzu do wystawienia sztuki Janoscha „Powrót do Uskow” z powodu kpin z Jana Pawła II – co zabawne, dano ją do tłumaczenia jednemu z lokalnych księży.

„Gdyby los miał akurat inny kaprys, Janosch nazywałby się dziś tak jak w paszporcie: Horst Eckert. Gdyby został w Polsce, administracyjnie zmieniono by mu imię na swojskiego polskiego Heńka i wytłumaczono to »błędem zapisu przez niemieckiego urzędnika«” – pisze Bajorek. – „Byłby pewnie ślusarzem w którymś z zabrzańskich zakładów, jadł co niedziela roladę z kluskami, popijał piwo Tyskie [...], a w wolnych chwilach malował śląskie dziouchy, hałdy czy kościoły”. Rodzina Eckertów wyjechała jednak po 1945 r. do Dolnej Saksonii, znów: nie tyle w poszukiwaniu tożsamości, ile po prostu za chlebem. Młody Horst szybko uwolnił się z familijnych więzi, prowadził życie wędrowne i nieuporządkowane, pił. Próbował dostać się na monachijską Akademię Sztuk Pięknych, ale nie przyjęto go z uwagi na domniemany brak talentu. Przez lata pracował jako projektant tkanin.

Gigantyczny sukces swoich książek dla dzieci zawdzięcza talentowi, ale też kontrkulturowym przemianom gustów: nagle na przełomie lat 60. i 70. okazało się, że rysunki mogą być proste i niedbałe, a historie do poduszki mogą opowiadać o wyluzowanych nieudacznikach i hippisowskich marzycielach. Koszmar dzieciństwa Janosch zamienił w miękką, spokojną utopię bajek o Misiu i Tygrysku (cykl obejmuje ponad 100 pozycji, w sumie książek dziecięcych powstało około 300). „Jestem utopistą, pewnie. Tylko że wiem, że moja utopia nigdy nie dojdzie do skutku. Ludzie nie nadają się do tego. Być może aniołom uda się ją urzeczywistnić”. �

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 9/2015
Więcej możesz przeczytać w 9/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także